Nikt nie szuka morderców Mariusza Sobkowiaka

Łukasz Cieśla, współpraca Robert Socha, Superwizjer TVN
W wielu szczegółach ta historia uderzająco przypomina sprawę Krzysztofa Olewnika. O historii również w poniedziałkowym magazynie "Superwizjer" w TVN o godz. 23.05.

Jest tragiczna i tajemnicza śmierć młodego mężczyzny, jest bezsilna, rozpaczliwie wołająca o sprawiedliwość rodzina.

Jest też śledztwo, w którym roi się od skandalicznych błędów i zaniechań oraz dowody ginące w dziwnych okolicznościach. Są wreszcie podejrzenia bliskich i znajomych ofiary, że w tuszowanie sprawy zamieszani są ci, którzy powinni ją wyjaśnić - policjanci i prokuratorzy.

Podejrzenia, że morderców Mariusza Sobkowiaka, rolnika z podpoznańskiego Głuchowa, chroni lokalny układ.

23 maja 1999 roku wieczorem Mariusz wyszedł z domu. Nazajutrz w pobliżu jego domu bliscy natrafili na ślady krwi. Cztery dni później z odległego od Głuchowa o kilka kilometrów Jeziora Chomęcickiego wyłowiono jego ciało. Mariusz zginął od strzału w głowę.

Początkowo wydawało się, że prokuratorskie i policyjne postępowanie szybko da efekty. Śledczy byli do tego stopnia skrupulatni, że ustalali nawet to, czy Sobkowiak, z natury zamknięty w sobie i małomówny, nie padł przypadkiem ofiarą jakichś porachunków mafijnych.

Szybko okazało się jednak, że nie miał żadnych związków z gangsterami. Weryfikowano też wątek mówiący o tym, że mordercą może być brat Mariusza. Bracia byli skonfliktowani, różnili się charakterami. Jedna z kłótni zakończyła się bójką. Pobity Mariusz próbował potem popełnić samobójstwo.

Jednak wielu mieszkańców Głuchowa, choć nie przedstawiając dowodów, twierdziło, że za zabójstwem mogą stać Andrzej P. i jego syn Jacek, sąsiedzi Sobkowiaków.

Ale prokuratura i policja nie podjęły tego tropu - być może dlatego, że trudno byłoby wskazać motyw, dla którego P. mieliby zabijać Sobkowiaka. Do tamtego momentu obie rodziny żyły w zgodzie.

Jednak Andrzej i Jacek P. nielegalnie posiadali broń, którą po śmierci Sobkowiaka ukryli. Ponoć lubili sobie postrzelać do tarczy ustawionej na terenie posesji.
Bronią P. prokuratura z Poznania zainteresowała się dopiero po ponad roku od tragedii, w grudniu 2000 r. Dochodzenie wszczęto 4 grudnia, ale zostało umorzone już po 11 dniach. Andrzej P., zeznając jako świadek, powiedział, że broni nie posiada. Po latach przyznaje, że skłamał.

- To był mój błąd, że ukrywałem ten fakt - powiedział nam. - Ale bałem się, że zostanę posądzony o zabójstwo. Sobkowiakowie mnie o to bezpodstawnie oskarżali. Nie mieliśmy nic wspólnego z tym morderstwem.

Andrzeja P. i jego syna oskarżono jedynie o nielegalne posiadanie broni. Przyznali się do winy i dobrowolnie poddali karze.

Zarzutu o składanie fałszywych zeznań Andrzej P. nie usłyszał jednak do dziś. Dlaczego? Prokurator Renata Brudło-Kałdyk, która wyjaśniała sprawę zabójstwa tuż po odnalezieniu zwłok, nie jest dziś w stanie odpowiedzieć na to pytanie. - Nie pamiętam już takich szczegółów - twierdzi.

Ale nie tylko w tej sprawie P. mieli szczęście. Kilka miesięcy po zabójstwie do Sobkowiaków przyszedł anonimowy list. Jego autorzy wskazywali na udział Andrzeja i Jacka P. w zabójstwie Mariusza Sobkowiaka.

Prokuratura zajęła się anonimem po wielu miesiącach. W 2005 r., kilka lat po jego przysłaniu, rodzice Mariusza napisali wniosek o ustalenie autorów listu. Śledczy przesłuchali wiele osób, pobrali od nich próbki pisma. Wyglądało na to, że autorem doniesienia był Marcin K., mieszkaniec Głuchowa.

Podobno widział on, jak rodzina P. w noc zabójstwa wrzucała coś dużego do bagażnika swojej osobowej hondy. K. miał bardzo podobny charakter pisma do tego z anonimu. Składając zeznania nie był, w przeciwieństwie do innych przesłuchiwanych, stanowczy. Powiedział, że "nie przypomina sobie, aby coś takiego napisał". Ostatecznie grafolog nie potwierdził jednak, by to on był autorem anonimu.

Kolejny dziwny błąd w śledztwie wiąże się z hondą należącą do przyszłego zięcia Andrzeja P. Śledczy nie przebadali tego samochodu, chociaż relacja Marcina K. mogła wskazywać, że przewieziono nim ciało Mariusza Sobkowiaka.

Niedługo po odnalezieniu zwłok Mariusza auto zostało sprzedane, a próby jego odnalezienia, jak się szybko okazało - bezowocne - podjęto dopiero po kilku latach. W rozmowie z nami jeden z funkcjonariuszy przyznał, że od początku wiedziano o tym, że auto mogło zostać użyte do zatuszowania zabójstwa.
Najbardziej zagadkowy w tej historii jest jednak wątek Waldemara N., policjanta kryminalnego z Poznania, który od początku zajmował się sprawą Mariusza Sobkowiaka. Upór w próbie jej wyjaśnienia kosztował go karierę.

30 września 1999 r., cztery miesiące po śmierci Sobkowiaka, Waldemar N. odnalazł sztucer należący do rodziny P. Na trop broni wpadł dzięki zeznaniom przyszłego zięcia Andrzeja P. Mężczyzna zanim "pękł" w śledztwie, dopytywał, czy na podstawie pocisku znalezionego w ciele ofiary można ustalić broń, z której oddano strzały.

Choć potem okazało się, że to nie z tej broni zabito Mariusza, wydawało się, że wyjaśnienie zagadki jego śmierci to kwestia czasu. I nagle Waldemara N. odsunięto od sprawy. Prokuratura oskarżyła go o zagubienie dowodu, którym była broń (choć przecież to on znalazł sztucer). Sprawa trafiła do sądu, który w zeszłym roku uniewinnił i przywrócił policjanta do służby.

Po wyroku Waldemar N. złożył doniesienie na swych dawnych przełożonych. Twierdzi, że to oni ukryli broń. Odkrył także, że zaginęły też tajne notatki dotyczące sprawy. Postępowanie prowadzi prokuratura.

Na razie umorzyła wątek dotyczący kierowania gróźb karalnych pod adresem Waldemara N. - przez telefon straszono go śmiercią. N. jest przekonany, że pogróżki inspirowali jego dawni koledzy z pracy. Według niego chcieli, by wycofał swoje zawiadomienie z prokuratury.

Jeden z byłych przełożonych Waldemara N., który wcześniej obciążał go zeznaniami, przeszedł już na emeryturę. Drugi pełni funkcję radcy komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu.

Obaj byli bohaterami naszego artykułu z kwietnia 2007 r. Ujawniliśmy wówczas, że do Komendy Głównej Policji wpłynął anonim od policjantów. Oskarżali oni dwóch wspomnianych funkcjonariuszy, kierujących w przeszłości wydziałem kryminalnym w poznańskiej policji, o przyjmowanie łapówek od przestępców zamieszanych w głośne zabójstwa. Te zarzuty nadal są wyjaśniane.

Czy obu przełożonym Waldemara N. naprawdę zależało na wyjaśnieniu sprawy Sobkowiaka? W aktach pojawia się sugestia, że rodzina P., wskazywana przez niektórych świadków jako domniemani zabójcy, mogła przekupić niewymienionych z nazwiska poznańskich policjantów. Andrzej P. pogłoski o rzekomym przekupieniu policjantów nazywa jednak bzdurami.

Na razie morderca Mariusza Sobkowiaka może spać spokojnie. - Nie planujemy wznawiać umorzonego śledztwa. Nie ujawniono nowych, istotnych okoliczności - mówi Magdalena Mazur-Prus z poznańskiej prokuratury.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie