Niesamowita historia z 1918 r.: Dziecięca kolonia przed głodem uciekła w podróż dookoła świata

Redakcja
800 dzieci z Piotrogrodu, które w 1918 r. opłynęły niemalże cały świat, przez lata milczało o swojej przygodzie, bo radzieckie władze podejrzewały je o szpiegowanie dla USA - pisze Małgorzata Gołota

Jest rok 1918. W Rosji trwa wojna domowa, między bolszewikami - czerwonymi - i ich przeciwnikami - białymi. W Piotrogrodzie, od kilkunastu miesięcy już kontrolowanym przez Lenina, panuje wielki głód. Jego mieszkańcy nie mają pracy, nie mają pieniędzy, w sklepach brakuje żywności. Setki ludzi umiera każdego dnia, w domach i na ulicach. Historia pokaże, że wkrótce w mieście zacznie dochodzić do aktów kanibalizmu.

Czytaj też:Pamiętnik Anny Kukli, czyli I wojna światowa oczami nastolatki

O dramatycznej sytuacji wiedzą i władze miasta, i władze państwa. Wspólnie postanawiają zebrać 800 dzieci z Piotrogrodu i wysłać je na kolonie letnie na Ural. Pierwsza grupa wyjeżdża 18 maja. Kolejna - kilkanaście dni później. Zarówno Lenin, jak i jego komisarze wierzą, że jest tam więcej jedzenia. I nie mylą się, tyle tylko, że na Uralu nadal trwają krwawe walki, wokół pogorzelisko. "(...) W Tiumeni kolonia mieściła się w dużym domu z drewnianych bali, dawnej twierdzy wzniesionej przez ród Stroganowów za czasów Iwana Groźnego. Po mrocznych korytarzach snuły się półnagie postacie. Chłopcy o skołtunionych włosach grali w karty, nie zwracając w ogóle uwagi na gości... Między graczami wybuchały awantury, bójki... Inni leżeli rozwaleni na łóżkach... Dopełniały obrazu schody zamienione w ubikację".

Wśród dzieci płynących na "Yomei Maru" było wiele talentów, m.in. Leonid Jakobson, w późniejszych latach światowej sławy tancerz i choreograf

Dzieci trzeba ratować, trzeba je stąd zabrać. Pytanie tylko: jak i dokąd? Gdyby spytać maluchy, odpowiedź byłaby jedna: do mamy. Ale to ze względu na trwającą wojnę nie takie proste. By uciec od walk, przewozi się je coraz dalej i dalej w głąb Syberii. Droga jest trudna, nie wszystkim udaje się ją przeżyć.

"Jelena Babuszkina - utonęła w rzece w pobliżu miasta Irbit.
Diana Sawienkowa - zmarła w mieście Irbit.
Nikołaj Korniew - zmarły w stanicy Ujska.
Lidia Michajłowa - zmarła w drodze na Syberię.
Nikołaj i Tatiana Polikarpowie - zmarli wskutek zatrucia nieznanym gatunkiem jagód.
Siostry Spandikowe, Jewgienia i Ludmiła - spłonęły w wagonie, w drodze z Syberii.
Michaił Iwanow i Wiera Matwiejewa - zmarli we Władywostoku".

Ci, którzy przeżyli, znajdują się w końcu na Wyspie Ruskiej koło Władywostoku. Stamtąd ostatecznie amerykański Czerwony Krzyż organizuje ich wielką morską podróż do domu. "My, dzieci, oczekiwaliśmy tego statku, jak oczekuje się Mesjasza. I oto nadszedł. Z zagadkową nazwą, jak ze wschodniej baśni. »Yomei Maru« zatrzymał się nie u brzegu wyspy, jak się spodziewaliśmy, ale naprzeciw zarządu Czerwonego Krzyża. Zbyt daleko, by go zobaczyć. A kiedyśmy zobaczyli… pomyśleliśmy nawet, że się pomyliliśmy, bo statek był czarny. Tak czarny jak węgiel, który wcześniej przewoził. Krótko mówiąc, ciemny i wyglądający na stary. Ale ktoś wypatrzył na kominie czerwony krzyż. A na burcie - duży biały napis po angielsku »American Red Cross«. Tak, to ten statek, którym popłyniemy do domu".

Czytaj też nt. książki o niezwykłej podróży na "Yomei Maru":"Dziecięca arka" - opowieść, której żadna fikcja nie dorówna

Początkowo dzieci mają płynąć prosto do Piotrogrodu. Wojna odcina jednak najkrótszą i najprostszą drogę. Statek płynie więc w przeciwnym kierunku. Rozpoczyna się przeszło dwuletnia podróż dziecięcej arki dookoła świata. Opływa całą Rosję, dwa oceany, dobija do San Francisco, Nowego Jorku, jest na Kara-ibach, we Francji, Wielkiej Brytanii i Finlandii.
Opiekunami 800 kolonistów zostają amatorzy. Najważniejsza trójka: Riley Allen, Burle Bramhall i Hanna Campbell, to kolejno: dziennikarz, bankowiec i życiowa awanturnica, która parę miesięcy wcześniej zajmowała się kopaniem złota na Alasce i Syberii. Wszystkie te osoby z czystej potrzeby serca oddają kilkanaście miesięcy swojego życia tym obcym dzieciom. Robią wszystko, by żyło im się jak najlepiej, zapominając niekiedy o własnych rodzinach. I udaje im się.

Czytaj też:Pamiętnik Anny Kukli, czyli I wojna światowa oczami nastolatki

"(...) Odkąd podpisano umowę z Amerykanami, zaczęło się życie jak w bajce! Jeszcze tego samego dnia zatrudniono dwóch kucharzy. Najęto także 20 krawców, którzy przynieśli ze sobą maszyny. (...) Amerykanie dostarczyli wielkie bele perkalu i płótna. Zaczęto szyć sukienki, spódniczki, koszule, kalesony... Znalazło się również sukno. My, chłopcy, nalegaliśmy, żeby krawcowe szyły nam spodnie rozszerzane dołem, jakie noszą marynarze... Wszyscy koloniści mieli teraz ciepłą zimową odzież. (…) Wikt był bajeczny. Na przykład na obiad zupa z mięsem, potem kotlety z kaszą gryczaną, a na trzecie ananas z puszki. Następnego dnia kakao lub mleko skondensowane i tak dalej. I zawsze jakiś przysmak na deser" - tak pierwsze dni pod opieką Amerykanów opisywał jeden z kolonistów Witalij Zapolski.

Atrakcji jest dużo więcej. Gdziekolwiek pojawią się koloniści, obsypuje się ich darami, karmi najlepszymi specjałami. Chodzą do opery, oglądają filmy. Przeżywają przygody, rozwijają swoje talenty. Jest wśród nich m.in. Leonid Jakobson, który kilkanaście lat później będzie znanym na całym świecie tancerzem i choreografem, założycielem Baletu Miniatury, autorem choreografii baletów "Szurale" F. Jarullina, "Spartak" A. Chaczaturiana, "Dwunastu" B.I. Tiszczenki. Jest chłopiec żyjący jak Huckleberry Finn u Marka Twaina. Nastolatek od dawna tułający się po świecie w poszukiwaniu zaginionego ojca przypadkowo dołącza do grupy i zaczyna z nią wspólną wędrówkę. Jest Maria, piękna wychowawczyni, w której śmiertelnie zakochuje się Riley Allen. Są nie tylko przygoda, humor, smutek, miłość, ale i choroba i śmierć. Jest wszystko to, co składa się na zwyczajne życie.

800-osobowa eskapada szybko jednak staje się elementem wojny psychologicznej między Wschodem a Zachodem. Przez 2,5 roku cały świat obserwuje dzieje tej arki. Sprawą interesuje się sam Woodrow Wilson, który na wielkim globusie śledzi trasę rejsu. Lenin bez przerwy dostaje depesze ze sprawozdaniami. Cziczerin (ludowy komisarz spraw zagranicznych w latach 1918-1930 - red.) wspólnie z wieloma innymi politykami alarmuje, że Amerykanie dzieci porwali, by wychować je na agentów burżuazyjnych, którzy po powrocie będą podkopywać władzę bolszewicką.
Amerykański Czerwony Krzyż jako organizacja humanitarna, pacyfistyczna, niezaangażowana w skrajnie ideologiczne podziały jest czymś szczególnie podejrzanym. Uznaje się go za tajną agenturę Zachodu. Stąd bolszewicy boją się tych dzieci, które kilkanaście tygodni wcześniej sami na Ural wysłali.

Czytaj też nt. książki o niezwykłej podróży na "Yomei Maru":"Dziecięca arka" - opowieść, której żadna fikcja nie dorówna

Dziecięca arka dobija do piotrogrodzkich portów w 1921 roku. W mieście panuje głód jeszcze większy od tego, który koloniści pamiętają sprzed blisko trzech lat. Rozpaczliwie próbują odnaleźć swoich rodziców. Część z nich dawno zabrała śmierć. Część po wielu miesiącach cierpień zmieniła się tak, że dzieci ledwo poznają swoje matki.
O przygodach, jakie przeżyły pod opieką Allena, Bramhalla i Campbell, nie mówią nikomu. Wiedzą doskonale, że jedno nierozważne słowo, zwłaszcza to przychylne Amerykanom, może sprowadzić na nich samych lub ich najbliższych śmierć. Przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat ukrywają więc skrzętnie fakt, że wiedzą cokolwiek o "Yomei Maru" i jego niezwykłej historii. Ukrywają tak skutecznie, że autor "Dziecięcej arki" Władimir Lipowiecki przez wiele lat próbuje potem kolonistów odnaleźć, by spisać ich wspomnienia i wydać swoją niezwykłą książkę.

Pierwsza i zarazem ostatnia oficjalna wzmianka o historii kolonistów pojawia się w 1974 roku. Wówczas na zaproszenie radzieckich władz przyjeżdża do Leningradu Burle Bramhall. Przyjeżdża jako jedyny z wychowawców płynących niegdyś japońskim statkiem z 800 dziećmi. Riley Allen nie żyje już wtedy od przeszło ośmiu lat. Leonid Breżniew uroczyście wręcza więc Bramhallowi order i dziękuje za pomoc, jakiej udzielił rosyjskim kolonistom w latach 1918-1921.

"Dobrych ludzi nie zmienia nawet najgorsza wojna..."

Z dr. Wiktorem Rossem, politologiem, rosjoznawcą i dyplomatą, rozmawia Małgorzata Gołota

We wstępie do "Dziecięcej arki" Aleksiej Simonow, prezes Fundacji Obrony Głasnosti, pisze, że jej miejsce jest obok "Dzienników" Anny Frank. Zgadza się Pan?
Nie do końca. Simonow lokalizuje ją koło dramatycznych dziecięcych przeżyć związanych z Holokaustem. Ja "Dziecięcą arkę" odbieram odwrotnie. Tam nie ma wymiaru tragedii, ta książka tchnie optymizmem i wiarą w ludzką solidarność i uczciwość.

Bo obcy pomogli głodnym dzieciom?
Bo przy tej pomocy przekroczyli polityczne podziały. Proszę spojrzeć - to czasy I wojny światowej, walk między bolszewikami i ich przeciwnikami wspieranymi m.in. przez USA i Japonię. A te rosyjskie dzieci wysłane na Ural przez bolszewików właśnie wsadzone zostają na japoński statek i pod opieką Amerykanów opływają cały świat.

Pojawiają się takie opinie, że "Dziecięca arka" to próba wybielenia Lenina, wskazania, że miał drugą, ludzką twarz.
Lenin był okrutny. Stosował potworny terror, czerwony terror. Jest masa dowodów tego okrucieństwa. Ale on miał też takie przebłyski jakiejś swojej odmiany dobroci. Bo jak inaczej wyjaśnić, że Lenin z jednej strony walczy z Amerykanami, a z drugiej organizuje kolonie dla głodnych dzieci? Ten sam Lenin niezgadzających się z bolszewizmem artystów, pisarzy czy filozofów wsadza na statek i proponuje im wyjazd z kraju, zamiast zgodnie ze swoją zasadą likwidować ich jako wrogów systemu. Ale wybieleniem ta książka nie jest. Lenin to był człowiek okrutny i nic tego nie zmieni.

Jak w takim razie klasyfikować "Dziecięcą arkę" - to hołd dla kolonistów, rozliczenie się z historią bolszewickiej Rosji czy kolejna chwytająca za serce pozycja z cyklu literatury faktu?
Wszystko, o czym pani mówi. Wielka polityka, ideologia stanowią tło opowieści o tym, jak normalni, przyzwoici ludzie powinni się zachowywać w pewnych sytuacjach. To jest historia o tym, że nawet w czasach wojny udaje się przeżyć coś pięknego. To jest literatura faktu, ale pokazująca ludzi, nie politykę.

I to są źródła tego jej pozytywnego przesłania, o którym wspomniał Pan na początku?
Mówi się, że jeśli skala horroru jest zbyt duża, to ludzka świadomość nie chce go przyjmować do wiadomości. To dlatego odwracamy się od książek o bolszewikach, Stalinie, gułagach i kołchozach. Są zbyt straszne, byśmy chcieli je czytać. W "Dziecięcej arce" jest taki element, który potrafi zainteresować historią Rosji, rewolucji. Ta książka jest pełna życiowego optymizmu. Otwiera oczy na wiele spraw, również tych z dzisiejszych czasów.

Czytaj więcej nt. książki o niezwykłej podróży na "Yomei Maru":"Dziecięca arka" - opowieść, której żadna fikcja nie dorówna

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie