Nienawiść albo śmierć

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Witold Głowacki Fot. Bartek Syta/Polskapresse
Michał Boni zamiast cyfryzować administrację, chciałby radzić o mowie nienawiści, zapobiegać temu smutnemu zjawisku. Zapomina być może minister, że to właśnie owa nienawistna mowa od dwudziestu już lat jest głównym - momentami zaś jedynym - paliwem polskiej polityki.

Poziom emocji, agresji i fanatyzmu był czymś niebywałym. Obóz rozpadał się nie w atmosferze ostrych napięć - co byłoby zrozumiałe - ale w klimacie absolutnej wrogości. Strony po prostu się nienawidziły. Zarzucano sobie nie głupotę czy cynizm - oskarżenia w polityce normalne - ale oszustwo, kradzież i zdradę.

***

Tak mógłby się dziś spokojnie zaczynać utrzymany w biadająco-poprawnym tonie kawałek o "mowie nienawiści". Ale się nie zacznie. Bo to fragment tekstu Roberta Krasowskiego - Bynajmniej nie biadająco-poprawnego, opublikowanego zaś równo dziesięć lat temu - w dawno już nieistniejącym "Życiu".

Krasowski pisał wtedy oczywiście o polskiej przestrzeni publicznej lat 90. - wojnie na górze i jej następstwach. Pisał z perspektywy już niemal historycznej, żyjąc w epoce schyłkowego milleryzmu i rodzących się rojeń o IV RP. To był mniej więcej ten sam czas, w którym Miller nazywał Ziobrę zerem, a Rokita widział Michnika przychodzącego do Rywina. Zarazem moment, w którym rosnący w siłę obóz IV RP sięgał po polityczny spadek po koalicji AWS-UW. Platforma i PiS przejmowały wtedy pełne dziedzictwo obozu postsolidarnościowego. Jego mit i legendę, ale też jego jad, jego rosnące autodestruktywne szaleństwo. Także skłonność do tego, co dziś niektórzy chcieliby zwać "mową nienawiści".

Znów ten sam tekst Krasowskiego: "Demonizacja przeciwnika nie była brutalnym chwytem politycznym. Prawda była dużo gorsza. Michnik naprawdę wierzył, że Olszewski szykował zamach stanu. Macierewicz naprawdę myślał, że Polską rządzi agentura. Wierzbicki szczerze dowodził, że w Magdalence Michnik z Kiszczakiem podzielili się władzą. Najbardziej przytomni politycy i publicyści uważali, że Wałęsą - poprzez Wachowskiego - rządzi KGB. Albo że Oleksy jest zwykłym zdrajcą". Taka to była ta mowa nienawiści lat 90-tych. Taka to była nienawiść.

Temperatura - często stricte emocjonalna - nawet publicystycznych tylko sporów tamtych lat była naprawdę wysoka. Może nawet momentami wyższa niż dziś. Zwłaszcza, że przez całe lata można było wtedy jakoś jeszcze wierzyć, że o coś tak naprawdę w tym sporze - poza dystrybucją władzy - chodzi. Że to spór o kształt modernizacji, o stosunek do tradycji, o to czy Polska jest krajem społeczeństwa czy narodu. Różniły się odwołania, tradycje, język. Różniła się też retoryki - obóz liberalny sięgał chętniej po wykluczające szyderstwo, z kolei prawica miewała wyraźniejszą skłonność do histerii na najwyższych diapazonach. Mimo wszystko jednak obie strony potrafiły jeszcze cenić kunszt polemiki - a może chociaż swych odbiorców - najmocniejsze oskarżenia formułowano w błyskotliwych, długich tekstach, nie zaś w jednozdaniowych formułkach. Cóż z tego, skoro po dekadzie nie dało się już wyjść ponad ciągłe powtarzanie dawno już wypowiedzianych argumentów. W niejednej zaś ciemnej salce prawicowcy epatowali się i wtedy wizją wieszanych redaktorów "Wyborczej", nie było zaś na salonach śmieszniejszych żartów niż te o łupieżu i skłonnościach seksualnych prawicowych publicystów.

Przez moment i pozornie intelektualnie przełomowy mógł zdawać się właśnie czas, w którym Krasowski czytał Andrzeja Walickiego i pisał cytowany tu tekst "Gazeta Wyborcza" straciła wówczas sporo w słupkach poparcia swego rządu dusz i zaczęła szukać nowych źródeł inspiracji w lewicowych biblioteczkach, z kolei prawica postanowiła na moment dać sobie spokój z dotychczasową retoryką i zaczęła się bawić w neokonserwatyzm we wczesno-bushowskim stylu. Polityczny wiatr powiał jednak w znacznie bardziej jednoznacznym kierunku.
Na tyle jednoznacznym, że czatując nad zwłokami rządu Marka Belki Platforma i PiS musiały mówić niemal jednym głosem o moralnej sanacji i odbudowie państwa. Nadszedł w końcu czas, w którym obie partie obozu IV RP zbliżyły się już na tyle, że Jan Rokita nie dziwiłby specjalnie w roli zastępcy Jarosława Kaczyńskiego a Adam Lipiński mógłby spokojnie zostać wiceprzewodniczącym Platformy. W kluczowym momencie wyborów roku 2005 coś w końcu musiało odróżnić rywali. Skoro zaś największymi partyjnymi tytanami intelektu tego obozu byli Rafał Grupiński z Ryszardem Legutką, nie mogło skończyć się inaczej niż na powrocie do linii i języka podziałów z epoki Mazowiecki-Wałęsa. Kaczyński wybrał spuściznę "oszołomów", którą sam współtworzył i wrócił do mitu Magdalenki, Tusk powrócił do "miękkiej charyzmy" liberałów, w której atmosferze sam się wychował i ogłosił się dziedzicem mitu Okrągłego Stołu. W tej oto jednoznacznej sytuacji nie pozostawało oczywiście nic innego niż odżegnać się nawzajem od czci i wiary. I zacząć budować polityczną i publiczną "wyrazistość" - o której wspaniale pisze Michał Okoński w ostatnim "Tygodniku Powszechnym". Odświeżono więc dawne sojusze, wyciągnięto z piwnic tytanów i chochliki wojny na górze, Rafał Ziemkiewicz znów stanął naprzeciw Waldemara Kuczyńskiego a Bronisław Wildstein ruszył na Piotra Pacewicza.

Smoleńsk, czyli ostatnia cezura w tej krótkiej historii polskiej nienawiści, nie okazał się żadnym katalizatorem oczyszczenia, lecz utrwalaczem status quo. Tragedia i śmierć jeszcze bardziej wyszlifowały kanty. Albo się wchodzi do obozu hańby i zdrady, albo do klubu szaleństwa i bomby helowej. Innego wyjścia nie ma.

Przyszło też nowe, oczywiste, w tych samych mniej więcej czasach. Publicystyka umiera wraz z dziennikarstwem, polityka ustąpiła zaś miejsca postpolityce. Jedno i drugie pod hasłem infotaintment. Bo żeby istnieć w świecie współczesnej komunikacji, przeciwnika trzeba już było umieć odżegnać od czci i wiary a następnie rzucić twarzą w błoto trzydziestosekundowej setce przed kamerą. W 140 znakach tweeta. W 70 indeksowanych przez Google’a znakach tytułu tekstu internetowego. Nawet wzywać do mordu należy też potrafić w nadającym się do zacytowania kilkuzdaniowym wywodzie. Każdą okazję należy wykorzystać. Wygrają ci, którzy to zrozumieli.

Kiedy więc upada w szemranych, bardzo źle kojarzących się okolicznościach prawicowy tygodnik, skorzystają na tym albo ci, którzy na plecach kolegów i przy wsparciu senatora PiS zakładają natychmiast własny tytuł reklamowany jako ostatni bastion "niepokorności". Albo też ci, którzy natychmiast otworzą łamy przed byłym od dekady nieudacznym redaktorem naczelnym prawicowego dziennika, by ten w obrzydliwy sposób opluł dawnych pracowników.

Nie ma się więc co dziwić, że prawdziwe profity przynosi dwudziestoletnia polska nienawiść tylko tym, którzy sprawnie potrafią nią zarządzać. Monetyzować jak bracia Karnowscy czy Tomasz Lis. Albo przekuwać w strach i resentyment będący paliwem polityki - jak Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk. Takie są korzyści z mowy nienawiści.

Mowy? A może po prostu nienawiści?

Witold Głowacki, twitter: @witoldglowacki

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
psycholog
doniesienie prasowe. Juz mielismy premiera = prezesa i jego ekipe IV RP- w goracej wodzie kompanych. Rzadzenie polega na zupelnie innych relacjach. Warto sie zapoznac z nowoczesna mysla naukowa o technice ORGANIZACJI I ZARZADZANIA.
p
psycholog
sie osmiesza.
e
ed
Gdzie widzicie tyle nienawiści w mowie Tuska co u Kaczyńskiego, gdzie widzicie tyle pychy co u Kaczyńskiego? Opamiętajcie się, także panowie dziennikarze. Tusk w końcu ma na głowie rządzenie państwem, Kaczyński nic poza podsycaniem nienawiści jako fundament swojej partii. Trzeba być ślepym lub niezwykle wyrachowanym, żeby ferować opinie o równości w mowie nienawiści. Atak jest zawsze ze strony tego jedynego obrońcy katolicyzmu w Polsce, któremu miłość bliźniego dawno się pomieszała z miłością bliźniaka nauka Chrystusa jest pustym hasłem.
Dodaj ogłoszenie