Niedźwiecki: U nas zawsze grało radio

    Niedźwiecki: U nas zawsze grało radio

    Dorota Kowalska

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Niedźwiecki: U nas zawsze grało radio

    ©Anna Kaczmarz/Dziennik Polski/Polskapresse

    O swoim dzieciństwie i miłości do radia - opowiada Marek Niedźwiecki, dziennikarz muzyczny i jeden z bohaterów książki „Pasjonaci. Rozmowy o tym, co w życiu ważne” autorstwa naszej dziennikarki Doroty Kowalskiej.
    Niedźwiecki: U nas zawsze grało radio

    ©Anna Kaczmarz/Dziennik Polski/Polskapresse

    „Bez muzyki, bez radia byłbym człowiekiem bez osobowości, frustratem bez celu” - to pana własne słowa.
    Napisałem kiedyś taką książkę „Nie wierzę w życie pozaradiowe” i teraz niewykluczone, że będę musiał napisać następną: „Wierzę w życie pozaradiowe”, bo wszystko bardzo się zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat. Nie wiem, czy będzie dla mnie jeszcze miejsce w radiu. Chciałbym je nadal robić, ale jeśli nie będzie dla mnie miejsca, to spokojnie usunę się w cień. Będę sobie robił swoje ulubione rzeczy: będę grał muzykę, pisał bloga, może znowu polecę do Australii.

    W Trójce, w ogóle w polskim radiu, sporo się ostatnio działo. Panu musi być szczególnie ciężko, bo poświecił pan życie muzyce.
    No tak, ale dlatego jestem w dobrej sytuacji. Mam od groma płyt w domu i tu na Myśliwieckiej. W czasach, kiedy nie mam ochoty oglądać telewizji, uciekam w muzykę. Nigdy nie słuchałem jej tak dużo, jak słucham teraz, przyznaję. I to jest fantastyczna sprawa. Nigdy nie miałem czasu na słuchanie tak dużej ilości muzyki. Często było tak, że słuchałem, wiem, że to źle zabrzmi, pierwszych trzech utworów, z tych trzech wybierałem jeden, który grałem i odkładałem płytę na półkę. A teraz zdarza mi się, że słucham jednej płyty siedem razy w ciągu dania, opisuję ją sobie dokładnie. Wtedy wiem, jak wchodzę na antenę, po który utwór sięgnąć, który z nich chcę zagrać. To cudowne, że mam teraz tyle czasu na słuchanie muzyki.

    Jak pan myśli, czemu wam się udało? Bo zrobiliście z Trójki stację kultową. To już niemal symbol, marka sama w sobie.
    Może to jest tak, że wszyscy, którzy tu pracują, dłużej lub krócej, traktują Myśliwiecką 3/5/7 jak swój drugi dom. Tutaj nie zobaczy pani tłumów, jakie widać na Woronicza czy Malczewskiego. Tu nie jest też tak, jak w radiach korporacyjnych, że jeden prezenter chodzi na korytarzu, a potem pojawi się jeszcze jeden, zmiennik tego pierwszego. My tu jesteśmy cały czas, parę godzin dziennie spędzamy razem, rozmawiamy, śmiejemy się, czasami spieramy. Wszystkie moje przyjaźnie są stąd, z Trójki, którą traktujemy, jak nasze radio.

    Słyszałam, że jest pan zakupoholikiem, jeśli chodzi o płyty. Ile pan ich ma w domu, pewnie tysiące?
    15 tysięcy, ale mówię tak już od 15 lat. Jestem zachłanny na kupowanie płyt, to prawda. Chociaż ostatnio mniej, bo wychodzi mniej płyt, jest mniej sklepów z płytami. Kiedyś, jak leciałem do Chicago, to przywoziłem ich dwieście, teraz jak wróciłem z Australii przywiozłem może z trzydzieści.

    Pan te płyty przechowuje tutaj, na Myśliwieckiej, czy w domu?
    Te, których używam częściej są tutaj…

    Właśnie widzę, tysiące płyt!
    No tak, ale wożenie ich w te i z powrotem, to zawracanie głowy. Od kiedy pojawiły się płyty kompaktowe, one są tak łatwe w obsłudze i tak dobrze słucha się z nich muzyki, że już bym nie wrócił do analogów, chociaż to jest vintage, to jest modne, na czasie. Jakby mnie ktoś zapytał, jak padały płyty analogowe, czy do nich jeszcze wrócimy, to bym powiedział: „Puknij się w głowę, przecież to jest anachronizm!”. A okazało się, że dźwięk z płyty analogowej jest lepszy, wprawdzie trochę trzeszczy, ale te trzaski też są modne. Są ludzie, którzy mają całe kolekcje płyt analogowych i nadal kupują płyty analogowe, bo one nadal wychodzą - na kompakcie i na analogu. Natomiast ja lubię tak bardzo ten nowocześniejszy nośnik, że przy nim zostanę. Jak mi się coś nie podoba - lecę dalej, nie muszę wstawać, przewracać płyt na drugą stronę - tak, zostanę przy kompakcie. Poza tym, gdzie bym te tysiące płyt analogowych pomieścił!

    Wie pan, myślę, że pan jest człowiekiem niesłychanie szczęśliwym, bo jak tylko w pana rodzinnym Szadku podłączyli prąd i w domu u Niedźwieckich stanął pierwszy radioodbiornik, to pan od razu wiedział, co chce w życiu robić.
    Tak, oczywiście. Nie chwaliłem się tym, nawet przed rodziną, bo pewnie dostałbym pasem albo dyscypliną od ojca i wybiłby mi te moje pomysły na życie z głowy. No bo jak to? W małym miasteczku Szadek, 2,5 tysiąca mieszkańców, tak trochę w środku niczego, wymyśliłem sobie, że będę pracował w radiu i najchętniej w Trójce! Pewnie, że nie mówiłem tego nikomu. Powiedziałem, kiedy poszedłem na studia i zacząłem pracować w radiu studenckim, wcześniej nikt nie wiedział, że mam taką pasję.

    Czym pana radio uwiodło? Oczarowało? Muzyką?
    Uwiodło mnie radio jako takie. Nie było wtedy u nas telewizora, radio było czymś istotny, ważnym. Siostra pierwsza go słuchała. Kochała się w Piotrze Szczepaniku, w Elvis’ie Presley’u. Radio zawsze grało u Niedźwieckich. Było istotnym czynnikiem życia domowego, bo w niedzielę o godz. 15.00 bodajże leciało słuchowisko Teatru Polskiego Radia i myśmy zasiadali, tak jak się teraz zasiadali przed telewizorem, przed radiem. To już było po obiedzie, bo obiad był zawsze około godz. 13.00, w niedzielę zwłaszcza - rosół i jakieś mięso, ale o godz. 15.00 każdy przykucał w swoim kącie i słuchał. Radio grało głośno, słuchaliśmy tego słuchowiska przez godzinę. Nikt nie gadał, nikt nie wychodził, telefon nie dzwonił. Radio to było nasze okno na świat.

    I pewnie było też odskocznią od dość szarej jednak peerelowskiej rzeczywistości, prawda?
    No tak, było siermiężnie, chociaż w takich małych miasteczka pewnie łatwiej to było znieść. Moja mama była nauczycielką, mój tata był rzeźnikiem, pracował w masarni, robił w mięsie, więc nigdy nie było biednie w naszym domu. Ale jako taki mały chłopak, 14-15-letni, myślałem, że tak będzie zawsze. Był socjalizm, absurdy, bo przecież wiedziałem, że pewne rzeczy są absurdalne, ale jednocześnie było poczucie bezpieczeństwa w takich małych miasteczkach, jak Szadek.

    Wszystko było uporządkowane, każdy znał swoje miejsce.
    Było wiadomo, że w niedzielę idzie się na msze. Do szkoły chodziliśmy siedem minut, klucz wieszaliśmy na szyi na specjalnej tasiemce.

    Też chodziłam do szkoły z kluczem na tasiemce, wszyscy w klasie z taką biżuterią biegali na lekcje!
    No tak. Szło się do tej szkoły, nikt nas nie odprowadzał, nikt nas nie odwoził, nikt nas nie odbierał. Listonosz przychodził na dużą przerwę i rozdawał dzieciom pocztę, tak, żeby nie musieć potem chodzić po mieście. Myśmy za niego robotę odwalali (śmiech) To były zalety małego miasteczka: wszyscy się znali, wszyscy wiedzieli o wszystkich wszystko. Życie było spokojne, normalne. Było biednie, nosiło się buty po starszych kuzynach, swetry…

    Panu swetry dziergała mama!
    (śmiech) Niestety, to była straszna trauma. Tak bardzo chciałem mieć taki normalny sweterek, nie robiony na drutach, jak mówiła moja ciotka: „Jaki ładny sweterek szelandzki masz!” (śmiech)

    Wie pan, tak sobie myślę, że z tego powodu tak wiele osób tęskni za czasami peerelu, bo tęskni za tym poczuciem bezpieczeństwa właśnie. Nie było wtedy takiej rywalizacji, jak dzisiaj, takiego wyścigu szczurów.
    Zwłaszcza tacy ludzie jak ja, czyli młodzi, żyli dość wygodnie. Młodego człowieka nic nie boli, jest zdrowy, niczego nie potrzebuje - rodzice wszystko dadzą, jeszcze czasami jakieś kieszonkowe dorzucą. Szkoła, potem boisko, nie było komputerów, nie było tych wszystkich rzeczy, które są dzisiaj, więc dzieciństwo w takim małym mieście było całkiem przyjemne. Dla mnie to nie była żadna krzywda, a cudowny czas.
    1 3 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo