"Nie wierzę w całkowite zło bez przyczyny" rozmowa z autorem książki "Preparator"

Karolina Sarniewicz
materiały prasowe
Czasami życie i zbiegi okoliczności mogą doprowadzić człowieka do jakichś okrutnych czynów, które są tylko chwilą, a które mają straszliwe następstwa - mówi Hubert Klimko-Dobrzaniecki, autor powieści "Preparator"

Jak się udało spotkanie autorskie w zeszły czwartek?
Było fajnie! Przyszło nawet sporo ludzi.

Jacy to byli ludzie? I dla kogo właściwie pisał Pan "Preparatora"? Bo historia nekrofila zabójcy to raczej nie jest pozycja dla nastolatków.
Ja, pisząc książki, nie myślę o targecie. On generuje się dopiero, kiedy skończę. Ta książka, oczywiście, jest pewnego rodzaju sensacją, więc jest kierowana do osób, które lubią ten klimat. A jacy ludzie przyszli? Publiczności w większości nie znałem, ale pytania, które zadawała, były głównie o to, ile w książce jest prawdy, a ile fikcji. Ile jest faktów, a ile inwencji autora. W tej kwestii wydawnictwo dało mi dużą swobodę, chociaż książka była oparta na faktach. Dostałem tysiąc stron akt sądowych, które niezmiernie pomogły mi w stworzeniu powieści.

Pomogły, ale czy wystarczyły? Robił Pan coś jeszcze, żeby tę książkę stworzyć?
W tych aktach było mnóstwo faktów technicznych, które nie wydały mi się dla fabuły ważne, więc z tysiąca stron do zbeletryzowania nadało się jakieś 120. Wziąłem, oczywiście, rzeczy kluczowe. Bohater sporą część życia przepracował jako grabarz, resztę jako preparator, czyli ktoś, kto przygotowuje zmarłych do pogrzebu. Wykorzystałem informacje: kogo zabił, dlaczego zabił, czy żałuje, czy nie. Były tam też listy, które przeczytałem, i ogólnie sporo informacji, ale nie aż tyle, żeby zrobić z tego powieść na 230 stron. Musiałem działać pisarsko, fabularyzować, wymyślać, dokładać, stworzyć bohaterowi życiorys, młodość, dzieciństwo... Sporo mogłem wywnioskować z akt, ale przede wszystkim: to jest człowiek młodszy ode mnie o pięć lat. Młodość, którą przeżył w siermiężnej, komunistycznej Polsce, była też moim przeżyciem. Więc oddanie jej nie było trudne. To zdecydowanie mogło się wydarzyć.

Postać była jednak na tyle barwna, że nie wierzę, że powstała z niczego. Jaki ma Pan system pracy? Skąd bierze Pan anegdoty? Niektórzy pisarze składają bohatera z życiorysów dziesiątek krewnych i znajomych.
Sama postać zabójcy, na której bazowałem, aż tak barwna nie była, więc czytelnik mógłby nie być nią usatysfakcjonowany. A ja nie chciałem tej książki upiornie i do końca trzymać jako jakiejś strasznej pozycji. To nie miał być thriller czy kryminał, tylko powieść oparta na faktach. I chociaż dzieje się w niej coś strasznego, to jest w niej również humor. Bo w każdej tragedii pojawia się coś śmiesznego.
Byłem kilkukrotnie na pogrzebach, różne rzeczy miały miejsce, więc zapamiętywałem. Bohater pracował jako grabarz, ja jako pielęgniarz na Islandii. Miałem styczność z grabarzami czy preparatorami, bo pracowałem w domu starców, gdzie ludzie umierali dość często. Wziąłem więc ten temat, bo byłem poniekąd blisko ze środowiskiem ludzi pracujących obok śmierci. Co ciekawe - preparator to jehowita. I w książce dużą rolę w jego wywiadzie z psychologiem więziennym odgrywają religia i religijność. Świadków Jehowy dobrze nie znam, ale miałem kilku takich znajomych i wiem, że to jest religia, która ma bardzo dużo zakazów. To doprowadziło do prostych wniosków. Te zakazy mogły się w nim skumulować i doprowadzić do tego, co zrobił.

Czyli w Pana założeniu ta religia ma więcej zakazów niż inne?
Po prostu pomyślałem, że świadek Jehowy może być ciekawą postacią, że w morzu katolicyzmu to będzie coś nowego. Poza tym oni cieszą się nieskazitelną opinią ludzi moralnych, a - jak widzimy - nie zawsze się ona potwierdza. Nie chcę oskarżać całej organizacji, chcę tylko powiedzieć, że w każdym środowisku zdarzają się ludzie, którym po prostu w życiu nie wychodzi.

A jakie znaczenie miało dla Pana, że osoba, która przesłuchuje w książce głównego bohatera, jest prawosławna?
Założyłem celowo, że nie będzie żadnego katolika. Katolicy pojawiają się co prawda w tle, ale na pierwszym planie jest dwóch innowierców. Długo zastanawiałem się, jak będą ze sobą rozmawiać i i w jaki sposób będą mówić o większości społeczeństwa polskiego, które należy do Kościoła katolickiego. Chciałem znaleźć spojrzenie w drugą stronę - nie na to, co znamy, ale na to, czego jeszcze nie odkryliśmy.

I dlatego wybrał Pan formę rozmowy dwóch postaci, bez żadnej narracji?
Nad formą myślałem długo. Do Łodzi, skąd pochodził bohater, nie chciało mi się jechać, zresztą dobrze jej nie znam. Nie zabiegałem też o rozmowę ze skazanym, bo po pierwsze mógłby się nie zgodzić, a po drugie i najważniejsze - bałem się, że mogę nasiąknąć jego historią. A to miała być moja historia oparta na jego faktach. A forma spowiedzi wydała mi się najbardziej trafna. Na początku miałem dylemat, w jakiej narracji pisać, ale w końcu uznałem, że jeśli to miała być książka w jakiś sposób wstrząsająca, musiała być wyznaniem.

Narracja pierwszoosobowa zawsze jest najbardziej wiarygodna...
Oczywiście! Na spotkaniach autorskich pytają mnie nawet, jak było w obozie dla uchodźców, w którym nigdy nie przebywałem! (śmiech)

To ciekawe, bo ja, kiedy zaczęłam czytać, nie mając jeszcze pojęcia, co trzymam w dłoni, widziałam Pana raczej w roli pytającego. Pomyślałam, że to po prostu dziennikarski wywiad. Z prawdziwą, niewymyśloną postacią.
I cieszę się, bo to może oznaczać, że przeprowadzenie realistycznie wyglądającej postaci mi się powiodło. Jestem zadowolony z tego, co wyszło. Zobaczymy, co na to wszystko czytelnicy.

Ale pomysł nie był Pana? To była propozycja Od Deski Do Deski - nowo powstałej oficyny wydawniczej?
Dostałem telefon z agencji, czy zgodzę się napisać książkę na podstawie faktów, i otrzymałem kilka streszczeń spraw. W Polsce nie było jeszcze czegoś takiego jak "Z zimną krwią" Capote'a, a mnie się od razu skojarzyło, że to mniej więcej coś takiego. Poza tym ja nie mieszkam w Polsce od 25 lat i nie bardzo wiedziałem, kim jest Tomasz Sekielski. Zguglowałem go i zobaczyłem program, w którym on i jego bliski współpracownik wchodzą z domniemaną bombą do Sejmu, żeby zapytać posłów, czy czują się bezpiecznie. Pomyślałem: kurczę, jeśli taki człowiek otwiera wydawnictwo, to ja w to wchodzę - bo to dość odważne i mi zaimponowało. I jest jeszcze jedna sprawa! Ja nigdy nie pisałem książki na zamówienie. Chciałem więc sprawdzić, czy potrafię być rzemieślnikiem. I jakoś się udało.

Więc porównanie z Capote'em, które nasuwa się od razu, spodobało się Panu? W tę stronę książka miała iść, gdy była jeszcze założeniem autora?
Trudno mi się równać z mistrzem, ale fajnie, że są takie skojarzenia. Takiego typu literatury brakuje na polskim rynku. Zobaczymy, jak sprawa rozwinie się dalej, ale na razie jest to jakieś novum.

Tytułowy preparator to też nie jest chyba jakaś znana w Polsce funkcja?
To mi się też spodobało - że preparatorzy to w Polsce tabu. Wielkich wymagań w stosunku do nich nie ma, nie muszą legitymować się wielkim wykształceniem, muszą być tylko silni fizycznie, reszty mogą się nauczyć. Obcowanie z umarłymi, przygotowywanie ich na ostatnią drogę jest dla mnie w pewnym sensie imponujące. Bohater w dodatku nie dość, że był grabarzem, miał jeszcze obsesję na punkcie cmentarzy i je fotografował. Mroczna postać, mroczna. I dobra, jeżeli chodzi o materiał literacki.

Sądzi Pan, że taki zawód to pewnego rodzaju skaza na życie? Trauma, która może doprowadzić do skrzywień?
Nie każdy preparator jest zabójcą, a preparatorów w Polsce są tysiące i myślę, że to są w większości porządni ludzie. (śmiech) Ale podejrzewam, że jeśli nie ma się silnych nerwów i taką pracą żyje się również w domu, to źle. I mimo że nie wyobrażam sobie, żeby bez jakiejś rysy na umyśle można było przez 40 lat być preparatorem i mówić, że się lubi tę pracę, chciałem w tej książce pokazać, że on potrafił dostarczyć ludziom radości. Jest nawet pewna scena, w której wyszykował faceta do trumny i żona powiedziała, że wygląda lepiej niż za życia. Myślę, że i tak bywa! (śmiech)

Portalowi Natemat.pl powiedział Pan, że taka historia może się przytrafić każdemu. Jak to?!
Czasami życie, zbiegi okoliczności, to że się komuś nie powiodło i że ma jakieś problemy, z którymi nie potrafi sobie poradzić, lub żyje w jakiejś opresji, może doprowadzić człowieka do jakichś okrutnych czynów, które są tylko chwilą, a które mają straszliwie następstwa. I po których życia właściwie już nie ma. Dokładnie to przytrafiło się naszemu bohaterowi. Bo ja nie sądzę, żeby człowiek mógł być całkowicie zły. Nie wierzę w kompletne zło. Ono zawsze ma jakieś przyczyny.

Czyli misją tej książki jest usprawiedliwianie i tłumaczenie? Chce Pan powiedzieć czytelnikowi: Hej, nie oceniaj. To, że ktoś zrobił zło, może wynikać z tego, że jego też to zło spotkało?
Nie czułem żadnej misji, pisząc tę książkę, a ile czytelników, tyle odczytań. Napisałem ją i ona teraz idzie w świat. Jeśli czytelnik odczuje, że była jakaś misja - w porządku, jeśli nie - też dobrze. Autor po napisaniu utworu nie powinien mieć z nim już nic wspólnego. Nie powinien interpretować, narzucać, namawiać. To już jest osobny byt - ona nie jest już moja, tylko wasza. Chociaż po spotkaniu autorskim podejrzewam, że linczu na bohaterze nie będzie. Albo jak będzie, to mały.

Koronawirus fake news. Oto największe absurdy.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie