Nie ma to jak na grzybach

Paweł Zarzeczny
Paweł Zarzeczny
Paweł Zarzeczny Fot. Polskapresse
Pogoda barowa. Jak patrzę za okno - sino, buro i ponuro. Mokro. Tylko pić albo na grzyby iść.

Od razu ważna wstawka na początek. Bo kilka osób powiedziało mi, żebym pisał krótsze teksty. Pewnie macie rację, przyjaciele. Ale ja piszę tylko dla tych, którzy kochają czytanie. A nie przerzucanie kartek. Ja się staram dla czytaczy, dla smakoszy, a nie dla gości, którzy najbardziej pragną być na bieżąco. Ja nie jestem na bieżąco. Ja jestem ponadczasowo.
Wczoraj córka wysłała esemesa z pociągu: "Jak wracałam ze szkoły, przeczytałam Hamleta. Jutro Makbet albo Król Edyp, pomyślę jeszcze".

Znaleźlibyście czas na czytanie "Hamleta", tej dłużyzny, i do tego wiadomo, że od kilkuset dobrych lat nie żyje ten biedaczyna?
I po co córka moja się tak stara czytać i psuje wzrok, skoro ma nowiutkiego iPhone'a i mogłaby słuchać ukochanego przez siebie Mansona?

No, domyślam się, czemu chce być inna, my to w domu nazywamy "genem zajebistości". Trzeba być dobrym na każdą pogodę, także barową. Jak się trzeba uczyć, no to trzeba, mieć same szóstki. Zawsze tak miałem. Chęć wyróżniania się z szarego, barowego tłumu, chociaż w nim przesiaduję do dzisiaj. Dla lepszego postrzegania rzeczywistości.

Z córką mamy on nowego roku szkolnego hasło. O wartościach. Bo jak szła do zakonnic - zapytałem co to są wartości, czy wie...

Ona odpowiedziała:

- Bóg, honor, Ojczyzna...

I po chwili, z uśmiechem, dodała:

- I Legia!

Niesamowitą pociechę mam z tego dziecka, szesnastoletniego, które wstaje o piątej trzydzieści i jedzie pociągiem uczyć się, uczyć, ścigać, ale nie z debilami, tylko z równie ambitnymi dziewczynkami. Gdzie wszystkie mają mundurki, gdzie szkoła jest zamknięta, gdzie biblioteka nie przypomina kiosku z dworca, z setkami kolorowych pisemek. Wczoraj i przedwczoraj się pochwaliła. Najpierw, że w szkole gdzie połowa dzieci mówi tylko po angielsku, udało się jej nie przegrać tylko z jedną dziewczynką z testu z gramatyki...

A wczoraj, że te międzynarodowe dzieci wybrały ją przewodniczącą klasy. Pochwaliła się bratu, którego szalenie pragnie naśladować, podziwia (ja ostatnio mniej), a on odpisał: "Od przewodniczącej klasy do przewodniczącej rady nadzorczej już tylko mały kroczek...".

Czasem pytacie czemu chwalę się dziećmi swoimi. Bo choć na to nie wyglądam - nie mam takich problemów jak premier. Poza kosztami, ale to tylko inwestycja. Zwróci się. Spośród wszystkich narodów - tylko ten najstarszy to rozumie.

No dobra, pogoda barowa (tym, dla których moje teksty są za długie, mówię: Nara), otóż miałem jechać na grzyby. Mam nawet kawałek lasu w Wildze, a w nim czego oczy zapragną. Najpierw kurki, potem czerwone koźlaki, podgrzybki, całymi stadami prawdziwki, aż wreszcie jesienne gąski, opieńki, pełno tego, koszami można zbierać… Ale… jak w życiu, jak uczeń ociągający się z pójściem do szkoły, ze wstaniem… O 5.30, czyli jak córka miała wstać i wstała, to ja odpuściłem. I miałem pociechę spotykając wieczorem kolegę na mieście - że grzybów nie ma, same psiary. Ale - może warto było jednak tyłek ruszyć - powąchać chociaż las, mech zdeptać, trzasku łamanych gałązek posłuchać? Ale zaraz usprawiedliwienie - ja przecież mam las w ogrodzie przy domu, dziesiątki choinek, więc czy warto się szwendać gdzieś daleko, zgubić pewnie auto, drogę, a w razie dobrych zbiorów - szukać kogoś kto te grzyby obierze, udusi, ugotuje, zamarynuje? Ususzy? I nie znaleźć...

No więc taki inny kolorowy mój bohater to muchomor właśnie. Taki czerwony z białymi plamkami. Cudny. Trujący, a i tak ludzie go jedzą

Kocham chodzić po lesie. Moje najlepsze grzybobranie - ze ćwierć wieku temu, z synem. Nieco wcześniej, a miał może ze sześć lat, dostał od Świętego Mikołaja "Winnetou", aż 600 stron, grube tomisko. I on to w dwa dni przeczytał, był najszczęśliwszym dzieckiem świata i oczywiście płakał, kiedy wódz Apaczów zginął podstępnie… No i jesteśmy na tych grzybach u mojej babci, znajduję prawdziwka za prawdziwkiem, dziesiątki, ale... gubię drogę. On już nie ma siły, pierwszoklasista przecież, a rąbiemy pieszo naście kilometrów, godzinami. I płacze, nawet jak go noszę na barana, ja też już płaczę, bez łez, z bezsilności, bo moja to wina że nie wiem jak z lasu wyjść. Dzień mija, żadnej drogi, robi się ciemno, ale żeby go jeszcze zachęcić wtykam znalezione już prawdziwki w mech, naprowadzam go żeby coś go ucieszyło, podbudowało. Ale przy którymś już prawdziwku, może setnym, on płacze i siada…

"Musisz być dzielny. Jak Winnetou!" - gram już na najbardziej emocjonalnych odczuciach dzieciaka, trzymając go na barana.

A on, przez łzy:

"Ja już nie chcę być Winnetou!!!".

No więc, czy jechać na grzyby i się zgubić, z pustym workiem wracać, robaczywe grzyby przy drodze kupić?

Albo z weekendową watahą z miasta się spotkać, która przeorze cały las? W którym tylko poobcinane korzenie się widzi i o nie potyka, i wyobraża - jakie to duże musiały być okazy, skoro korzeń gruby jak ręka? I czemu nie byłem pierwszy? Nie wstałem wcześniej?

Ja jestem pod wrażeniem prawdziwków, jasne, bo zapach nie do podrobienia w perfumerii, żadnej, ale bardziej... muchomorów. Natura tworzy takie kolorowe mieszanki dla radowania naszych oczu. Pawie pióra. Jak bażanty. Mnóstwo ich oglądam jadąc do Warszawy pociągiem, brązowe upierzenie, zielono-czerwone główki. Ludzie u nas ohydnie na nie polują - ucięta butelka plastykowa, a w środku kilkanaście ziaren pszenicy, bażant wkłada główkę i… nie potrafi wyjąć, szyjka usmarowana towotem, a on boi się, że ubrudzi pióra! I lata z taką butelką, nie może odfrunąć, aż podchodzi jakiś kretyn i ukręca mu szyjkę. I do garnka!

No więc taki inny kolorowy mój bohater to muchomor właśnie. Taki czerwony z białymi plamkami. Cudny. Silnie trujący, a i tak ludzie go jedzą, gotują, marynują. Bo człowiek jest jak świnia. Wszystkożerny.

Tak zbierając grzyby w lesie pomyślcie - ile muchomorów, silnie trujących grzybów jest wokół nas. Ile jest muchomorów, które zatrują życie wszystkim wokół, zabiją. Choć wyglądają tak niewinnie i ślicznie - czerwony kapelusik, cekiny, świeżość... Sporo ludzi to muchomory.

Przecież cały ten Pruszków, w wymiarze gangsterskim, to trucizna. Słyszałem, że hersztów uniewinniono. Ładną przyszłość mamy - bezradne Państwo. Bo nikt mi nie wmówi, że ludzie niewinni. Mam takie wrażenie, że każdy chce dorobić do pensji, więc zacznie się nie zbieranie grzybów, tylko wykopywanie słoików. Pamiętacie te tysiące amnestii prezydenckich? To co widzimy, to się nazywa rozbój w biały dzień.

Kiedyś wszedłem w zatarg z zastępcą Pershinga (ja zawsze muszę wejść z kimś w zatarg, tak już mam). No i chciał mnie postraszyć, zadzwonił i mówi: "Masz Paweł zakaz wjazdu do wszystkich lokali w mieście".

Nieco się zdziwił, bo powiedziałem tak: "Postrasz dzieciaki w piaskownicy, fajansie. A do lokali i tak nie chodzę, nie musisz mnie szukać".

Zamknął się. Nie wiem czy wiecie, ale herszci gangów to zazwyczaj grono starych kumpli chorych na wrzody i pijących ziółka na śniadanie. Obraz gangstera wszechmogącego wykreowało kino - a tak naprawdę jest to grupa mitomanów. Owszem, mogą kazać młodym głupkom ukraść auto, pobić mnie, staruszkę w lesie, podpalić, okraść dziadka, małolatowi sprzedać amfę, ale polska policja ma przecież tysiąc razy większą siłę, technikę, szybkość reagowania. Jeżeli coś jest nie tak z bezpieczeństwem obywateli, to nie jest to problem gangów, były i będą. Jest to kwestia policji. I sądów, ale każdy z nas kiedyś przed jakimś sądem stawał i wiedział, że jednej - niby wymaganej przez prawo - sąd funkcji nie spełniał.

Mianowicie przed polskim sądem trudno szalenie zachować powagę. Tam wszystko da się załatwić. Jak mówili i mówią wędkarze - tylko ryba nie bierze.

No dobra, kończę z informacją dla policji... Otóż nęka mnie telefonicznie jakaś firma o nazwie Gold Finance, która... chce się zaopiekować moim kapitałem i pyta, czy byłbym tym zainteresowany… Bo ktoś im powiedział, że mam kapitał, jakież jednak całkowicie fałszywe krążą informacje o mnie.

Najpierw zapytałem, czy interesuje się już nimi policja - rozłączyli się.

A za tydzień znów wędka… Jakaś pani Malwina… Czy może chciałbym kredyt?

- Pewnie, że chciałbym. Macie bańkę euro? Wezmę!

-Eyyyeeeeyyy, yyyeee...Eeeeyyyeee...

- No to jak nie macie bańki, no to może pozostanę przy swoich trzech...

Klik! Przerwane połączenie.

Zatem kredytu znów nie dostałem, i super. A sprawy bieżące? Wpadłem na kolejny dobry pomysł. Mianowicie poza rządem narodowosocjalistycznym (czyli PiS-SLD-PO), i premier ponadpartyjny, czyli Gowin (oj, ma on ambicje, które się szybko spełnią, i bardzo dobrze), znalazłem rozwiązania gospodarcze dla Polski. Sadzę, że nie byłoby głupie przyłączenie się do Kaliningradu. Benzyna za trzy złote, a gaz nie dwa, ale trzy razy tańszy, więc się opłaca, tak jak młodej dziewczynie dobrze wyjść za mąż mniej więcej... Zwłaszcza, że wczoraj pierwszy raz widziałem wieczorem... ciemny stadion narodowy, wyłączone wszystkie żarówki. Brak prądu. To znaczy kasy na prąd. To jak w Amber Gold brak kasy na wypłaty.

No właśnie, co się Polsce bardziej opłaci? Czytanie "Hamleta"? Nie lepszy już, przyszłościowo, ten Kaliningrad?

Aha, i uważajcie na tych doradców kapitałowych. Wczoraj taki jeden mnie zaatakował w knajpce na Pradze, kolega ze studiów, i coś tam ględził, że ma oferty zysku 12 procent (więcej niż Amber, czyli chyba jakaś Amber Platyna). Słuchałem go z pobłażliwością, tak jak się patrzy na bzyczącego komara, zanim się go nie rozgniecie, no i w trakcie tych bajek o giełdzie gościa, który giełdę widział może z tramwaju - podchodził on co chwilę do automatów. Pytam ile wygrał, gdy zniknął na pięć minut. On uśmiechnięty - wrzucił pięć, wygrał dychę! Nie wypadało mi się śmiać, szkoła córki kosztowała mnie jakieś pięć, ale tysiaków, tylko w tym miesiącu, a on za chwilę włożył wygraną piątkę i… stracił dychę! I kręcił się, sapał, niepokoił, sięgał do portmonetki, znalazł dwadzieścia złotych … I znów poszedł zagrać… I chyba wtopił, bo wrócił do stolika, po czym wysupłał ostatnie pięćdziesiąt złotych, cały czas przyrzekając i zapewniając, że on absolutnie panuje nad sobą i nie jest uzależniony od hazardu, a zysk z dywidendy będzie miał olbrzymi... I te pięć dych rzecz jasna też wtopił, w jakieś dwie minuty.

Więc powiedziałem mu, pijąc ostatnie piwko: "Chłopaku... Jak tak na ciebie patrzę, no to ja mógłbym być twoim doradcą kapitałowym".

Gdybyś oczywiście miał jakikolwiek kapitał.

Oto Polska - parabanki, parapolitycy, paragangsterzy, parasamochody, paradrogi, parawaluta i parasędziowie.

W kabarecie Dudek pada pytanie, do faceta który dowiaduje się, jak wygląda świat, i ucieka:

- A pan gdzie?

- Ja? Na grzyby!

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

y
yuras
palant jesteś i pijak
K
Konrados
Nowość nowość:
PEJ PER INTERNET - NEVER EVER!
E
Emeryt
Znów Pana zakluczyli. Trudno, poczekam na poniedziałek i mimo, że nie kibicuję poczytam na Weszło. Co do Kalisza i jego fanów ma Pan 100% racjii.
a
antek
z zasady za PPV nie płacę.pozdrawiam.
m
marceli
Dziękuję, nie zapłacę!!!
Dodaj ogłoszenie