Nie ma świadków, nie ma winnych śmierci syna

Barbara Wicher, Paweł Mikos
Grzegorz Dembiński/POLSKA
To kolejna z tajemniczych historii stanu wojennego, która czeka na wyjaśnienie. 19-letni, trochę narwany opozycjonista zostaje pobity przez patrol ZOMO. Umiera w szpitalu.

Sprawców nie udaje się ustalić. A rodzina do dziś walczy o to, by sprawców tamtego mordu postawić przed sądem i by dostać choć symboliczne zapewnienie, że ich syn zginął zabity przez bezpiekę.
Wczoraj rodzice Piotra Majchrzaka dostali kolejną gorzką lekcję. Poznański sąd oddalił ich pozew o odszkodowanie, jakiego domagali się za śmierć syna. Uznał, że nie ma stuprocentowych dowodów, iż oprawcami 19-latka byli funkcjonariusze ZOMO. Rodzice walczyli w sumie o 1 mln zł. Nie chcieli tych pieniędzy dla siebie, mieli przekazać dzieciom niepełnosprawnym.

To był wieczór 11 maja 1982 r., centrum Poznania, okolice placu Dwóch Krzyży. Piotr Majchrzak, uczeń technikum ogrodniczego, zostaje zatrzymany i pobity przez umundurowany patrol. Tydzień później umiera w szpitalu. Jest prawdopodobnie najmłodszą w Polsce ofiarą stanu wojennego.

Prokuratura kilkakrotnie próbowała ustalić okoliczności tragedii. Jednak zarówno w PRL, jak i w III RP nie zdołała znaleźć sprawców pobicia. Kolejne śledztwa umarzano. Sprawą próbował się zająć IPN. Ale ze względu na zniszczenie lub wybrakowanie dokumentów także Instytut zrezygnował z wyjaśnienia zajść z 11 maja 1982 roku.

Majchrzak był młodym, trochę porywczym kontestatorem systemu. - Piotrek uczestniczył chyba we wszystkich manifestacjach, jakie wówczas odbywały się w Poznaniu. I chętnie o tym opowiadał - wspomina Halina Juszczak, koleżanka Piotra z czasów licealnych i jedna z osób, z którą widział się kilka godzin przed śmiercią. Często roznosił ulotki. Część dotyczyła zbrodni katyńskiej. Był blisko związany z poznańskimi dominikanami. Dość ostentacyjnie okazywał swoje poglądy polityczną. Niemal zawsze miał wpięty opornik. - Tego dnia, kiedy został zatrzymany na ulicy, również miał go w kurtce - mówi Juszczak.

Zdaniem matki Piotr Majchrzak widział, jak w lutym 1982 roku ZOMO śmiertelnie pobiło Wojciecha Cieślewicza, dziennikarza "Głosu Wielkopolskiego". - Od tamtego czasu miał wrażenie, że jest ciągle obserwowany. Raz został zatrzymany na noc w więzieniu - wspomina jego matka Teresa Majchrzak.

Traumatyczny dla rodziny 19-latka był tydzień, kiedy Piotr leżał na OIOM-ie. - Nawet nie mogliśmy go zobaczyć. A potem w czasie pogrzebu nie chcieli się zgodzić, żebyśmy otworzyli trumnę - twierdzą rodzice młodego opozycjonisty.
Jeszcze w szpitalu Piotra zdołała odwiedzić Halina Juszczak. - Udało mi się tam wejść tylko dlatego, że moja ciotka mi to załatwiła. A i tak widziałam go przez kilka sekund. Jedyne, co zapamiętałam, to obandażowana głowa. Dopiero w kostnicy zobaczyłam, jak bardzo był poraniony - mówi jego przyjaciółka.

SB nie przestało się interesować rodziną Majchrzaków także po pogrzebie Piotra. - Usłyszałam, że jeśli nie przestanę pytać się o śmierć Piotra, to zginie mój mąż i drugi syn - mówi Teresa Majchrzak. Groźby te stały się realne w 1986 roku. Młodszy brat Piotrka, Radosław, został sam w Poznaniu na czas obozu sportowego. Wówczas został napadnięty i brutalnie pobity.

- Jeśli któryś z tych zomowców sam się nie przyzna, to chyba nigdy nie poznamy całej prawdy - mówi Teresa Majchrzak. Rozważa apelację od wczorajszego wyroku. Choć - jak mówi - ma coraz mniej sił, żeby walczyć.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie