Nie będzie połączenia BAE Systems i EADS. Europa nie podskoczy Boeingowi

Karl West
Fot. Wikiepdia Commons
Angelę Merkel i jej doradców obwinia się za upadek połączenia BAE Systems i EADS, co stworzyłoby największy koncern przemysłu kosmicznego i obronnego. To dobra nowina dla Boeinga.

Arnaud Lagardere nie mógł się doczekać opowiedzenia dobrych wieści. Zdaniem 51-letniego szefa Grupy Lagardere idealnym czasem na obwieszczenie znakomitej informacji było doroczne spotkanie inwestorów. Zawsze muszą być tacy gburowaci? Przypomnijmy, że mówimy o francuskim imperium biznesowym, którego podstawę stanowią Lagardere Media i spore udziały w Europejskim Koncernie Lotniczo-Rakietowym i Obronnym (EADS). Tego aerokosmicznego giganta utworzono w 2000 roku poprzez fuzję trzech przedsiębiorstw z Francji, Niemiec i Hiszpanii.

Jaka to informacja czekała zebranych? Arnaud Lagardere zostanie ojcem. Zdziwienie i osłupienie. Tak, jego 22-letnia partnerka życiowa modelka Jade Forest jest w ciąży. Udziałowcy wymieniają zdziwione spojrzenia. Niektórym wcale nie jest do śmiechu. Dlaczego u diabła przy takiej okazji mówi o swoim prywatnym życiu? Próba zatuszowania drażliwego tematu ogromnych, sięgających 469 mln funtów, strat holdingu?

Tego samego miesiąca Lagardere jeszcze bardziej podziałał niektórym na nerwy. Po mianowaniu go prezesem EADS nie raczył nawet pojawić się na dorocznym zebraniu udziałowców.

Aranaud Lagardere jest miliarderem i słynie ze stylu życia playboya. Jednak sprawia to, że niektórzy traktują go z przymrużeniem oka. Gdy po swoim ojcu Jeanie-Lucu przejmował rządy w Grupie Lagardere "The Economist" pisał o "dniu fatalnego następcy".

Jednak może to Lagardere junior będzie śmiał się ostatni? To on może dyktować warunki w kwestii planu stworzenia wartego 28 mld funtów giganta zbrojeniowego i aerokosmicznego. Ta europejska odmiana Boeinega miałaby powstać poprzez fuzję BAE Systems i EADS.

Po dwu dniach intensywnych zeszłotygodniowych spotkań na szczeblu rządów Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii projekt tej megafuzji staje się coraz mniej pewny.

Plany ostatecznie zniszczył upór Niemiec, które domagają się 15 proc. udziałów w gigancie. Jeśli takiej samej puli akcji zacznie domagać się Francja, Londyn będzie mieć prawo do obaw, że posiadanie przez oba kraje 30 proc. udziałów w inwestycji zniweczy szanse w wyścigu z Boeingiem. I tak się stało, a z fuzji nici.

Negocjacje nie doprowadziły ostatecznie do rozwiązania tej skomplikowanej sytuacji. A na ubiegłą środę planowano spotkanie dotyczące finalnego ogłoszenia decyzji w sprawie fuzji. Nic ono jednak nie dało, choć wszystko wydawało się już dopięte.

W pierwszych dniach października Arnaud Lagardere dodatkowo skomplikował sytuację, gdy jego rodzinna firma - posiada 7,5 proc. udziałów EADS - zażądała pilnego przeglądu finansowych warunków fuzji. Chce sprzedać swoje akcje i uzyskać za nie jak najwięcej. Proponowane warunki fuzji - udziałowcy EADS mieliby 60 proc. akcji nowego przedsięwzięcia a BAE Systems 40 proc. - uznał za niesatysfakcjonujące.
Obawy Grupy Legardere podzielał posiadający 22,5 proc. udziałów w EADS niemiecki gigant Daimler. Podobno oba koncerny domagają się podziału akcji w stosunku 67 do 33 proc. A nawet 70 do 30 proc., jednak BAE Systems i EADS twierdzą wprost, że podział w stosunku 60 do 40 proc. nie podlega żadnej dyskusji.

Obawy, że rywalizujące strony mogą zniweczyć zawarcie transakcji skłoniły niektórych z wysokich rangą menedżerów BAE do namysłu nad tym, co gigant ten mógłby zrobić w razie upadku koncepcji fuzji.

Czy jest plan B? Z pewnością istnieją oczekiwania, że Ian King, dyrektor generalny BAE oraz prezes koncernu Dick Olver mają - lub będą mieli - taki plan w zanadrzu.

- Czy BAE Systems dalej będzie jak dotąd prowadzić swój biznes? Podejrzewam, że nie - mówi źródło związane z londyńskim City.

Cena akcji giganta jest niższa od spodziewanej. Sprzedaż jego produktów spada z powodu ograniczeń budżetów obronnych Wielkiej Brytanii i USA. Firma podała, że w pierwszej połowie tego roku sprzedaż spadła o 10 proc. do 8,3 mld funtów. Dochód przed opodatkowaniem zmalał do 655 mln funtów. W tym samym okresie 2011 roku wyniósł 691 mln funtów.

W ubiegłym roku w zakładach BAE w Wielkiej Brytanii - z powodu spadku zamówień na europejski myśliwiec Tajfun - musiano zwolnić 3 tys. pracowników. Ian King znalazł się pod silnym naciskiem inwestorów, którzy chcą powstrzymać to zjawisko. Przed decyzją o rozmowach w sprawie połączenia z EADS BAE rozważało cały szereg opcji.

Jedna z nich zakładała podział koncernu na trzy części i ich sprzedaż. Myślano o wydzieleniu jego amerykańskiej filii i sprzedaniu jej tamtejszemu konkurentowi. Rozważano także fuzję z amerykańskim Northrop Grumman. Niektórzy proponowali - poprzez połączenie z Rolls-Royce'em - stworzenie największej brytyjskiej firmy aerokosmicznej.

BAE opowiedziało się za bezpieczną fuzją z EADS, bo z racji rekordowych zamówień na airbusa korporacja ma mnóstwo gotówki.

Ewentualna fuzja oznaczałaby powrót syna marnotrawnego. Brytyjski gigant przemysłu obronnego sprzedał w 2006 roku 20 proc. swoich akcji Airbusa. Do transakcji doszło, gdy były szef BAE Mike Turner uznał, że koncern potrzebuje gotówki na ekspansję na amerykańskim rynku.

Ruch uznano wtedy za bardzo inteligentny. Mieliśmy do czynienia z ogromnym zapotrzebowaniem na pojazdy opancerzone do walk w Iraku i Afganistanie. Projekt Airbusa tymczasem ciągle był drogi. Nieustannie pojawiały się problemy związane z superjumbo A380.

Krytycy zwracają jednak uwagę, że od tego czasu sytuacja się odwróciła. Mamy do czynienia z boomem zamówień na airbusa i kurczeniem się wydatków na obronę. BAE znalazło się w ślepej uliczce - jest nazbyt zależne od wysokości amerykańskiego budżetu obronnego.
W styczniu br. sekretarz obrony USA Leon Panetta zapowiedział, że w ciągu najbliższych 10 lat cięcia budżetowe sięgną 487 mld dolarów.

Analitycy i bankowcy uważają, że po tym, jak plan połączenia z EADS spali na panewce, BAE pójdzie śladem swoich amerykańskich rywali, jak choćby Lockheed Martin i będzie przechwytywać poszczególne przedsiębiorstwa w przyległych sektorach: technologia, ubezpieczenia czy opieka zdrowotna.

Bardziej radykalne rozwiązanie stanowiłoby wydzielenie BAE Inc - amerykańskiej spółki zależnej stworzonej jeszcze przez Turnera.

Taką perspektywę przedstawił w ubiegłym roku Kafar Khan, analityk banku inwestycyjnego Societe Generale. Jego zdaniem to najlepszy sposób na otworzenie drogi do wzrostu wartości firmy.

- Są teraz wyraźnie w grze. King wywiesił biała flagę. Na miejscu amerykańskiego biznesu stawiałbym na kupno BAE Inc. Sam koncern mógłby uzyskane w ten sposób pieniądze wykorzystać na spłacenie części deficytu funduszu emerytalnego. BAE stałoby się mniejszym, ale bardziej elastycznym przedsiębiorstwem.

Kadra kierownicza BAE nie chce jednak rozważać tak śmiałego posunięcia.

Dyrektorem generalnym EADS jest Tom Enders. W ubiegłym tygodniu w siedzibie Royal Academy of Engineering w Carlton House Terrace w pałacu St. James's spotkał się z inżynierami. Gorąco i twardo bronił planu stworzenia europejskiego konkurenta dla Boeinga. Wygłosił wykład pod tytułem "Przełamywanie barier" dotyczący technologicznych zalet i wyzwań stojących przed branżą aerokosmiczną.

Gdy we wcześniejszych miesiącach tego roku zgadzał się na wygłoszenie odczytu w tak zacnym gronie, nie spodziewał się wyzwania w postaci pytań o megafuzję. Sytuację dodatkowo skomplikował jego własny szef Lagardere. Dosłownie na godziny przed wystąpieniem Endersa Lagardere'a "odpalił" krytyczne ostrzeżenia dotyczące transakcji. Strzały były celne.

Enders jest byłym niemieckim spadochroniarzem. Nie przywykł zmykać z pola walki po pierwszym wystrzale. Dał jednak zebranym w Royal Academy of Engineering jasno do zrozumienia, że czas ucieka.

- Zamierzamy bardzo szybko dojść do ostatecznych rozwiązań. Nie możemy dalej przeciągać tej sytuacji - mówił Enders. Podobno dyrektor generalny EADS chce, by do końca października doprowadzić do zakończenia sprawy. Takiego lub innego.
W czasie gdy Enders zachwalał zalety ewentualnej fuzji, ktoś przerwał mu, podając dodatkowy mikrofon. Mówca miał już dwa przyczepione do klap marynarki. - Ten należy do MI5? - zażartował.

Niefrasobliwy dowcip, ale dużo mówi o zakulisowych, związanych z poszczególnymi rządami, rozgrywkach grożących storpedowaniem fuzji z BAE Systems.
Do coraz większych przepychanek dochodzi między Wielką Brytanią, Francją i Niemcami. Każdy rząd chce zagwarantować swojemu krajowi nowe miejsca pracy. Każdy chce mieć u siebie siedzibę nowego giganta i swoich ludzi na najwyższych stanowiskach.

Obecnie Francja i Niemcy mają po 22,5 proc. akcji EADS. Enders chciał - poprzez holdingi Lagardere i Daimler - obniżyć je w nowo powstałej grupie do 9 proc. dla każdego z tych krajów. Jednak oba rządy domagały po 15 proc. udziałów. Lub przynajmniej prawa pierwokupu przed koncernami Lagardere i Daimler. Londyn uważał, że to za dużo, a łączna wysokość 30 proc. akcji byłaby nie do zniesienia dla USA.

Niemiecki dyrektor generalny EADS proponuje Londynowi, Paryżowi i Berlinowi "złote akcje" podobne do tych, które brytyjski skarb państwa posiada w BAE Systems. Chroniłyby one przed przejęciem przez firmy zagraniczne i broniły interesów narodowych trzech państw. Nie dawałyby im jednak prawa mianowania na stanowiska kierownicze. Obecnie Paryż i Berlin mają zagwarantowany wpływ na mianowanie na najwyższe stanowiska wykonawcze w EADS.

Niemcy zagroziły zablokowaniem prac, żądając, by siedziba grupy znalazła się w Monachium, a nie Tuluzie, gdzie swoją centralę ma Airbus. Wiadomo, że centrala związanego z obroną odgałęzienia kierowanego przez BAE znajdowałaby się w Londynie. W takiej sytuacji Berlin czułby się pokrzywdzony.

Po ewentualnej fuzji nowa grupa zatrudniałaby 220 tys. pracowników. 50 tys. z nich na terenie Wielkiej Brytanii. Ministrowie wszystkich trzech krajów dążyli do uzyskania gwarancji, że te miejsca pracy i zakłady pozostałyby na miejscu już po samej fuzji. Pozostawała kwestia, jak zadowolić licznych udziałowców.

Partnerzy chcą ograniczyć do minimum redukcje miejsc pracy, bo między zdominowanym produkcją airbusa EADS i produkującym głównie sprzęt wojskowy BAE Systems istnieje bardzo niewiele pól krzyżowania się interesów.

Przeczuwając być może, że fala kieruje się przeciw fuzji, Enders powiedział zebranym w siedzibie Royal Academy of Engineering, iż EADS nie pragnie fuzji za wszelką cenę, ale dodał: - To znakomita sposobność dla obu spółek i ich pracowników. A także dla inwestycji, które pragniemy kontynuować w krajach, gdzie [już] jesteśmy silnie obecni.

Dla szefa tej korporacji aerokosmicznej przekonanie do fuzji Brytyjczyków, Francuzów i Niemców to tylko początek.
Musiał też pamiętać o USA. Znacznie twardszym orzechem do zgryzienia byłoby przekonanie Pentagonu, że powstająca z połączenia grupa będzie dalej prowadzić działalność BAE Inc jako wydzielonego biznesu bez ingerencji Paryża i Berlina. Teraz to już nieaktualne.

Tomowi Endersowi fuzja nie wyszła, jego odpowiednicy w BAE Systems muszą szybko pomyśleć, co dalej. Inaczej grozi im etykietka nieudolnych szefów na wylocie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie