reklama

Nemanja Nikolić: Nie zasłużyłem na to, aby w Lidze Mistrzów siedzieć na ławce! [WYWIAD]

Sebastian Staszewski, Polsat SportZaktualizowano 
Tej zimy Nemanja Nikolić opuści Legię Warszawa. Przed nim transfer do MLS? Bartek Syta / Polska Press
WYWIADÓWKA STASZEWSKIEGO. - Nigdy nie zapomnę o Legii, a ona nigdy nie zapomni o mnie. To był związek idealny - mówi Nemanja Nikolić, napastnik Legii Warszawa, który wczoraj hattrickiem najprawdopodobniej pożegnał się z klubem.

Jakie jest Pana najlepsze wspomnienie związane z Legią lub Warszawą?
Mam takie trzy. Mój ligowy debiut we Wrocławiu, kiedy strzeliłem Śląskowi dwie bramki. Ostatnia kolejka Ekstraklasy - wygraliśmy 3:0 z Pogonią Szczecin, a cały stadion skandował moje nazwisko. Trzecie najlepsze wspo-mnienie to finał Pucharu Polski na Stadionie Narodowym.

A najgorsze?
Mecze z Borussią Dortmund, plus ten z Realem w Madrycie i Sportingiem w Warszawie.

W sierpniu nie krył Pan, że został Pan w Warszawie, aby grać w Lidze Mistrzów. A zamiast tego te cztery spotkania rozpoczął Pan na ławce rezerwowych. Co działo się w Pana głowie?
Nawet nie możesz sobie wyobrazić, co wtedy czułem.

Złość? Frustrację? Gniew?
Byłem w szoku. Wściekłość mieszała się z niedowierzaniem. Każdy zawodnik może usiąść na ławce, to nic wielkiego. Ale ja byłem najlepszym strzelcem zespołu, jednym z najlepszych piłkarzy, liderem. Kiedy dowiedziałem się, że nie zagram w pierwszym meczu z Borussią, nie wierzyłem. Przecież Michał Żewłakow i Besnik Hasi zapewniali mnie, że potrzebują mnie w Champions League...

Wie Pan jaki był powód tej decyzji?
Do dziś nikt ze mną nie porozmawiał, nikt mi niczego nie wytłumaczył. Stałem się królem strzelców, który nagle przestał być Legii potrzebny.

Może nie pasował Pan trenerowi do koncepcji na te konkretne spotkania? Może brakuje Panu szybkości?
Gdybym był szybszy, nie strzelałbym tylu bramek.

Ciekawa teoria.
Są elementy, które możesz poprawić: szybkość, kondycję. Po sześciu miesiącach możesz biegać więc szybciej i dłużej. Ale ja mam coś, z czym trzeba się urodzić. Instynkt. To dar. Bez tego nikt nie będzie dobrym napastnikiem. Kiedyś nie umiałem grać głową, ale wziąłem się za to i po pięciu latach mogę powiedzieć, że gram nią świetnie. Moi koledzy mogą pracować nad wszystkim. Ale nigdy nie będą mieć tego „czegoś”. Ja to mam. I dziękuję za to Bogu każdego dnia.

Ale europejska piłka jest dziś bardzo szybka. Widział Pan to w meczach Borussii z Legią. Niby na murawę wyszli tylko rezerwowi, ale w dwumeczu i tak zdobyli 12 bramek.
Ale ja jestem szybki. Tylko nie w biegu na 100 metrów, ale w podejmowaniu decyzji. Jestem szybki w głowie. To często ważniejsze, niż szybkie nogi. Szybko biegać to musi Usain Bolt. Albo skrzydłowy, Kucharczyk, czy Langil. Nikolić ma strzelać bramki. Wiesz dlaczego tak dobrze poszło mi w Legii?

Dlaczego?
Bo oni od lat szukali kogoś takiego jak ja. A ja szukałem zespołu, który mnie potrzbuje. Zgraliśmy się idealnie. Dlatego zostałem częscią tego klubu. Nigdy nie zapomnę Legii, a Legia nigdy nie zapomni o mnie. Co po sobie zostawię? Nie tylko kilka wspomnień i bramek. Zdobyłem tu wszystko: mistrzostwo, Puchar Polski, koronę króla strzelców, awans do Ligi Mistrzów, awans do Ligi Europy. Jako obcokrajowiec z Ekstraklasy pojechałem na mistrzostwa Europy. Pobiłem kilka rekordów. I to wszystko na stulecie klubu.

Mimo wszystko żałuje Pan, że został Pan w Warszawie?
Nie. Legia to dla mnie coś więcej, niż tylko klub. Byłem na Santiago Bernabeu. Widziałem tam 80 tys. kibiców. I czułem się jak w teatrze. Tak samo na Estádio José Alvalade w Lizbonie. Prawdziwe widowisko kibice robią na Łazienkowskiej. Warto było zostać chociażby dlatego, żeby tego doświadczyć.

Mógł Pan przyjechać jako kibic, tak jak Stanisław Czerczesow, który siedział na trybunie podczas ostatniego meczu ze Sportingiem Lizbona.
Ale ja powinienem grać! Niko to gość, który robi różnicę. To trener jest od podejmowania decyzji, mam tego świadomość, ale chyba zasłużyłem na większy szacunek. Przypomnę, że w eliminacjach Ligi Mistrzów strzeliliśmy siedem bramek. Pięć zdobyłem ja. Każdy mecz zaczynałem w pierwszym składzie. Nie byłem kimś przypadkowym. Zaczęła się LM i przestałem się nadawać? To nie fair.

Besnik Hasi był najgorszym trenerem, z jakim Pan kiedykolwiek pracował?
Nie powiem, że to zły szkoleniowiec, bo w Anderlechcie Bruksela miał dobre wyniki. Ale w Warszawie popełnił zbyt wiele błędów.
Na przykład?
Przede wszystkim wzorce z Anderlechtu chciał przenieść do Legii. A tak się nie da. To dwa inne kluby. W Belgii Anderlecht może dominować, strzelać po pięć, sześć bramek. A w Polsce nauczyłem się jednego - tu każdy może wygrać z każdym. To, że lider przegra z ostatnią drużyną w tabeli 0:3 jest tak samo prawdopodobne jak to, że z nią wygra.

A co myślał Hasi?
Że skoro jesteśmy mistrzami, to w każdym meczu będziemy zwyciężać z marszu.

Każdy chce wygrywać, to przecież normalne.
Ale musisz znaleźć do tego odpowiednie środki. Legia w Polsce jest jak Real Madryt w Hiszpanii. Wszyscy na nią patrzą: przed meczem, w trakcie i po. Presja jest ogromna. A Hasi nie brał tego pod uwagę. Dla niego wygrywanie było oczywistością. Traktował nas jak roboty, które mają coś zaprogramowane.

Co z pozostałymi błędami?
Cały czas robił rotacje, zmiany. Nie pamiętam dwóch kolejnych meczów, które zagraliśmy w tym samym składzie. A jak mieliśmy się zgrać, skoro co chwilę biegał obok nas ktoś inny? Mi natomiast kazał zmienić moją grę. Nawymyślał mi różnych zadań w defensywie, miałem biegać od pola karnego do pola karnego. Od początku mi się to nie podobało...

Proszę pamiętać, że to był Pana trener. A decyzje, które piłkarzom czasem wydają się irracjonalne, okazują się strzałem w dziesiątkę. Tak było na przykład z przestawieniem Łukasza Piszczka z ataku na obronę.
Ale potencjał zawodników należy wykorzystywać. Trener Czerczesow szybko mnie zrozumiał. Powiedział: „Niko, masz wolność. Rób, co uważasz, ale musisz zdobywać bramki. Póki trafiasz, masz alibi”. No to strzelałem. Z Hasim było inaczej. Cały czas kazał mi się wracać. Wszyscy widzieli, jak słabo prezentowała się drużyna. Nie chcę wyjść na malkontenta, ale nasza współpraca była męcząca. Dla obu stron.

Na zgrupowaniu w Austrii piłkarze mieli prosić Hasiego, aby pozwolił im obejrzeć mecz Polski z Ukrainą na Euro 2016. A on zamiast się zgodzić, jeszcze wydłużył trening. Wielokrotnie słyszałem o fatalnych relacjach między trenerem, a piłkarzami. Potwierdza Pan, że w szatni brakowało chemii?
Nie wiem…

Przecież Pan tam był.
No byłem, ale nie powinienem o tym mówić.

Gdyby chemia była, powiedziałby Pan, że była. A Pan unika odpowiedzi więc…
Odpowiem tak: wszystko było widać na murawie. Ale Hasiego dziś z nami nie ma, więc nie chcę już o nim opowiadać. Największym błędem Legii było zwolnienie Czerczesowa. Do dziś nie wiem, czemu tak się stało. Lubili go działacze, kibice, piłkarze. On też lubił wszystkich. I nagle odszedł.

Zasiedział się Pan na Węgrzech? W Videotonie grał Pan aż sześć lat...
Nie. Kochałem ten klub, a klub kochał mnie.

Ale piłka to też biznes, ambicje, nowe wyzwania.
Dla mnie kasa nie jest najistotniejsza. Ważniejsi są ludzie, atmosfera, stabilizacja. Powiem więcej: transfer do Legii to był... przypadek!

Jak to przypadek?
Nie odszedłbym z Videotonu, gdyby nie zbieg pewnych okoliczności. Mieliśmy tam świetną drużynę. Ale przyszedł nowy dyrektor sportowy, Burcsa Győző. Klubowa legenda. Ale przez dwadzieścia lat zajmował się biznesem, nie miał kontaktu z futbolem. I ten pan zaoferował mi roczną umowę.

A Pan chciał…
Pięcioletnią. W Videotonie mogłem zakończyć karierę. Najpierw podpisałem trzyletni kontrakt. Gdy otrzymałem kolejną propozycję, dogadaliśmy się w pięć minut. Minęły trzy lata i nagle dostaję umowę na rok. A byłem najlepszym strzelcem zespołu, ze mną zdobyliśmy mistrzostwo, puchar kraju, graliśmy też w europejskich pucharach. Propozycja jaką otrzymałem nie była poważna.

I wtedy zgłosiła się Legia?
Zgadza się. Zadzwoniłem do Michała Żewłakowa, z którym byłem już w kontakcie. Przyleciał do Budapesztu, spotkalismy się w restauracji. I doszliśmy do porozumienia.

Węgrzy żałują?
Zanim tam przyszedłem, mieli na koncie jeden Puchar Węgier. Ze mną wygrali dwa mistrzostwa, dwa puchary, zagrali w Lidze Europy. Takie są fakty. Wszystko rozwalił ten Győző. Mieliśmy świetną ekipę, a on od razu sprzedał siedmiu czy ośmiu zawodników. I po chwili Videoton, który był liderem, spadł na ostatnie miejsce w tabeli. Dziś wiem, że Győző był o mnie zazdrosny.
Zanim zgłosiła się jednak Legia, miał Pan wiele ofert. Z AEK, Crystal Palace, Bordeaux, Celty Vigo…
Były propozycje z Europy, Chin, Arabii. Najbliżej byłem Sieny. A właściwie to byłem już jej piłkarzem.

Nie rozumiem. Jak to?
Siena zgłosiła się po mnie zimą 2013 roku, kiedy broniła się przed spadkiem z Serie A. Bardzo o mnie zabiegali, byli zdeterminowani. Cały czas dzwonili, o zainteresowaniu wiedziałem od kilku miesięcy. Ale pierwszą konkretną ofertę złożyli dopiero 29 stycznia. Powiedziałem menedżerowi, że jeśli dadzą Videotonowi tyle i tyle, a mi tyle i tyle, to się dogadamy. Ale wahałem się. Serce podpowiadało mi, abym został na Węgrzech, ale głowa mówiła: jedź, spróbuj. W końcu zadzwonił agent: „Mamy taką ofertę, masz 10 minut, aby podjąć decyzję”. To nie były warunki, których oczekiwałem, więc odmówiłem. Pamiętam, że wracałem wtedy z obozu w Marbelli, jechaliśmy autobusem. Wieczorem powiedziałem żonie, że zostajemy na Węgrzech. Zaakceptowała to. Następnego dnia rano znów zadzwonił do mnie menedżer. Miał kolejną ofertę, ale znów nie taką, jakiej chciałem. Kazałem mu zostawić ten temat. Ale on zadzwonił jeszcze raz, 31 stycznia o 11. Okazało się, że Włosi się zgodzili! Mówię, że potrzebuję chwili do namysłu, a on: „Jeśli się nie zgodzisz, to zabiją mnie i ciebie”. W sumie nie miałem wyboru.

Ale powiedział Pan, że został Pan piłkarzem Sieny...
Siena zaproponowała Videotonowi dwie raty. Węgrzy nie chcieli się na to zgodzić, kłócili się. Potrzebowali gwarancji bankowych, ale Włosi nie mieli czasu, aby je załatwić. W końcu Stephen Garancsi, właściciel klubu, powiedział: „Okej, jedź, spróbuj. Puścimy cię bez zabezpieczenia, najwyżej będziemy z nimi walczyć”. Okno transferowe w Serie A zamykało się o 19. Podpisałem umowę...

Ale?
Podpisany dokument wsadziliśmy do faksu o 18:50. Wysłaliśmy go do federacji, a ona dalej, do Italii. Siena dostała kontrakt o… 19:03. Zaczęła się afera. Jedni drugich nazywali amatorami. Włosi się zdenerwowali, potrzebowali tego transferu. Myślałem, że ktoś robi sobie żarty. Byłem pewny, że za chwilę się obudzę.

Nie załamał się Pan?
Ze wszystkich stron ja przejąłem się tym najmniej. W sumie chciałem zostać.

Szalona historia. Letnie negocjacje z Hull City też nie należały do najspokojniejszych, prawda?
Wszystko było bardzo skomplikowane. Miałem trzy propozycje: z Hull, Maccabi Tel-Aviv i z Chin. Najkonkretniejsza była ta z Anglii. Szefowie Hull przylecieli oglądać mnie na meczu z Górnikiem Zabrze w Pucharze Polski. Legia przegrała 2:3, ale strzeliłem bramkę. Po tym spotkaniu kluby się dogadały. Ja oczekiwałem trzyletniego kontraktu. Hull dawało mi opcję 2+1. Pensja nie była najwyższa, choć później trochę ją podniesiono. Trener Hasi powiedział mi jednak, że nie godzi się na żaden transfer. Więc czekaliśmy. Bo nie tylko ja, ale i Michał Pazdan. W międzyczasie w Hull rozpoczęły się dziwne przekształcenia własnościowe. Klub przejmowali jacyś goście z Chin. Syn właściciela bardzo mnie chciał, ale szef klubu powiedział, że bez zgody tych Chińczyków niczego nie da się zrobić.

I Hull zrezygnowało?
Zaczęli się wycofywać. A Legia była o krok od Ligi Mistrzów. Powiedziałem żonie, że jeżeli do końca życia nie zagram w LM, będę żałował. A gdybym odszedł do Chin, szansa by mi uciekła. Anglicy nie dzwonili, więc powiedziałem agentowi: „Ty też nie dzwoń, zostanę w Legii”.

Nie kusiły Pana chińskie i izraelskie pieniądze?
Maccabi to był ciekawy projekt. Dawali dobrą kasę Legii, mi zresztą też. Ale na koniec kupili tańszego napastnika i zrezygnowali. Chiny mnie natomiast nie interesowały. Miałem za sobą najlepszy rok w życiu. Wtedy chciałem zostać w Europie.

Wtedy...
Mam taką konkluzję: gdyby transfery wychodziły Panu tak, jak strzelanie bramek, grałby Pan w Realu. A tu ciągle pod górkę…
Wielu zawodnikom wydaje się, że po tym, jak osiągną sukces, muszą szybko wyjechać. Boją się zostać i potwierdzić formę, zmierzyć się z oczekiwaniami. Uważają, że mogą okazać swoje słabości. Wytłumaczę to na moim przykładzie. Ten rok był dla mnie najlepszy w życiu: zagrałem na Euro 2016, zdobyłem mistrzostwo, Puchar, awansowałem do LM. Byłem królem. Przyszły trzy propozycje, ale żaden z tych klubów nie chciał mnie na tyle, aby mnie stąd wyrwać. Trochę podobna sytuacja, jak w Videotonie. Mogłem na siłę uciec od presji, na przykład do Chin, ale nie chciałem.
A jak jest teraz?
Dobiegł czas, kiedy trzeba się rozstać. Już po meczu z Realem w Madrycie doszliśmy z właścicielami do wniosku, że jeżeli pojawi się oferta satysfakcjonująca i mnie, i Legię, to z niej skorzystamy. Po meczu z Piastem Gliwice po prostu wszystkich poinformowałem o tym, co było nieuniknione.

Podobno wyjeżdża Pan do USA, do Chicago Fire?
Tego nie zdradzę. Są propozycje, zajmuje się nimi mój agent. Sam sobie obiecałem, że do końca moich dni w Legii będę skupiony tylko na piłce. Wydaje mi się, że meczem z Łęczną to potwierdziłem.

Pamięta Pan wojnę domową w Kosowie?
Nigdy jej nie zapomnę. Najgorsze było lato 1999 roku. Moi rodzice w nocy otworzyli tylne drzwi, nic nie mówili, ale wiedziałem, że coś jest nie tak. W powietrzu wisiało coś ciężkiego. Nie rozumiałem zbyt wiele, byłem tylko dzieckiem, miałem 11 lat. Ojciec oglądał wiadomości, a my czekaliśmy. W pewnym momencie zaczęła wyć syrena. Mama powiedziała tylko: zabierz buty. Razem z nią, ojcem i bratem wybiegliśmy z domu. Trzymałem rękę mamy, brat - taty. Rozpłakałem się. Nie mieliśmy jeszcze samochodu, więc do domu dziadka uciekaliśmy biegnąc.

Daleko?
Pięć kilometrów. Biegliśmy przez kilkanaście minut. Cały czas płakałem. Wyła syrena. Do dziś zapamiętałem, że jedna ostrzega przed zagrożeniem. Dwie sygnalizują, że jest bezpiecznie. Trudno wyrzucić to z głowy.

Co było dalej?
U dziadka mieszkaliśmy przez trzy miesiące. Oglądaliśmy telewizję, a tam non stop informowali o bombach, atakach, śmierci. Panika była olbrzymia. Najbardziej baliśmy się o tatę. Pracował w oddziale Naftagasu, firmy produkującej paliwo i gaz. Dla armii to był obiekt strategiczny. Codziennie wypatrywaliśmy czy tata wróci… Miał dwudniowe zmiany. Bał się, ale ktoś musiał pracować. Kiedyś w jego biurze szyby zaczęły się trząść. Niedaleko wybuchła bomba. Mówił nam później, że był pewny śmierci. Na szczęście ta go ominęła. Żyje do dziś.

Jak w trakcie konfliktu wyglądało życie dziecka?
Polegało na oglądaniu telewizji i oczekiwaniu. Cały czas modliliśmy się o ojca, o wolność. Stawialiśmy sobie wiele pytań: kiedy będziemy mogli jechać do miasta? Skąd weźmiemy pieniądze? Poza tym obawialiśmy się, że ojca mogą powołać do wojska. Raz usłyszeliśmy informację, że w Sencie, moim mieście, wybudują most nad Tisą. Zamiast się cieszyć, padł na nas strach. Wiadomo było, że ten most będą bombardować. A trzeba wiedzieć, że z Senty jest 100 km do Belgradu i 100 km do Nowego Sadu. Tam trwały najcięższe walki.

Wojna odcisnęła piętno?
W pierwszych latach po walkach bałem się ciemności. Cały czas byłem czujny, rozglądałem się po pokoju. Trudno mi było zasnąć. Mam też tik sprawdzania drzwi. Nawet dziś, tyle lat po wojnie, zanim zasnę, muszę obejść cały dom i sprawdzić, czy wszystkie drzwi są zamknięte.

Dla jasności: dla Pana Kosowo jest serbskie?
Oczywiście, że tak. Przez dekady mieszkało tam wiele rodzin serbskich, mój dziadek na przykład miał kilku kuzynów i kuzynek, którzy tam żyli przez lata. Ale nikt nie chciał ustąpić i zaczęło się… Ale w politykę nie chcę wchodzić. Dla mnie nie ma znaczenia, czy Ivica Vrdoljak jest Chorwatem, Aleksandar Prijović Serbem, a Stojan Vranješ Bośniakiem. Jeśli ktoś jest dobrym człowiekiem, lubię go. Ale nie wszystko jest tak proste, gdy w życie wchodzi polityka. Wojny na Bałkanach to świetny przykład.

Kim Pan w ogóle jest? Serbem czy Węgrem?
Moje życie dzielę na dwa etapy. Urodziłem się w Sencie, tam się wychowałem, dorastałem. Serbem jest mój ojciec. Natomiast matka jest Węgierką. I właśnie ten kraj dał mi sportową przyszłość. To ten drugi etap.

Po jakiemu Pan myśli w chwilach silnych emocji?
Wtedy po serbsku. Nie da się zapomnieć ojczystego języka. Poza tym węgierski jest cholernie trudny! Nauczyłem się go dopiero na boisku. Po dziesięciu latach potrafię się dogadać, ale do ideału brakuje dużo. Poza tym ostatnio nie miałem okazji oglądać węgierskich filmów, czy czytać książek, więc trochę słów niestety z głowy wyleciało.

Węgry to Pana dom?
Tam zostałem piłkarzem, zadebiutowałem w reprezentacji. No i w Székesfehérvárze mam trzy mieszkania, kolejne kupiłem w Budapeszcie. Po zakończeniu kariery prawdopodobnie wrócimy na Węgry. Chociaż przez chwilę przeszło mi przez myśl, żeby zostać w Warszawie…

Żałował Pan kiedyś, że nie zagrał Pan nigdy w reprezentacji Serbii? Pana kolega z Legii, Miroslav Radović, w 2009 roku otrzymał ofertę gry dla Czarnogóry. Wstępnie się zgodził, ale później zmienił zdanie. Tłumaczył mi później, że ostatecznie wygrało poczucie narodowości. Pan nigdy nie miał takich wątpliwości?
Nie, bo nigdy nie grałem na takim poziomie, aby zainteresowali się mną Serbowie. Wiedziałem za to, że większe szansę mam na grę u Węgrów. Tam strzelałem bramki, tam ludzie namawiali mnie,pokochali.

Czyli biznes.
Raczej racjonalna decyzja. Zadebiutowałem w 2013 roku w meczu z Holandią. Przegraliśmy 1:8… Myślę, że jestem dobrym przykładem obcokrajowca, który dobrze wykorzystał szansę. Marzyłem o grze na poziomie reprezentacyjnym i to marzenie spełniłem.

A co z marzeniami, które miał Pan, przyjeżdżając do Ekstraklasy?
Nie mogłem osiągnąć tu niczego więcej. Zdobyłem kilka tytułów, strzeliłem dziesiątki bramek. I to mimo olbrzymiego zmęczenia. Nawet tą rundę kończę jako lider klasyfikacji strzelców. Poza tym moja dobra gra otworzyła drzwi do Ekstraklasy Węgrom. Dziś są tu: Guzmics, Kádár, Gyurcsó. Teraz do Legii dołączył młody Dominik Nagy. Wyjadę więc z przekonaniem, że dobrze spełniłem swoją misję.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kamil

Jeśli chodzi o rzekę to powinno być "nad Cisą".

Dodaj ogłoszenie