Negocjacje nowego budżetu UE: Polska jest ciągle w grze

Agaton Koziński
Udało się uniknąć najgorszego. Wprawdzie Prawo i Sprawiedliwość oraz Solidarna Polska już zdążyły zarzucić Donaldowi Tuskowi porażkę na unijnym szczycie dotyczącym nowego budżetu Unii Europejskiej, ale to niesłuszna ocena. Być może polski premier przegra europejskie negocjacje (porażkę rozumiem jako wywalczenie sumy sporo poniżej 300 mld zł na politykę spójności), ale o tym przekonamy się w przyszłości.

Na razie do klęski daleko. Rozmowy zostały zawieszone, a Polska cały czas znajduje się na korzystnej pozycji - to znaczy dysponuje sporą możliwością manewru, ma dużo miejsca do przemieszczania się po negocjacyjnym ringu. Tusk nie pozwolił się zepchnąć do narożnika, w którym mógłby tylko się bronić. I to największy pozytyw czwartkowo-piątkowego maratonu rozmów.

Cały czas nie ma gwarancji, że negocjacje w sprawie budżetu uda się zamknąć zgodnie z krajowymi oczekiwaniami. Ciągle nie wiemy, czy Tusk zdoła się wywiązać z wyborczej obietnicy, czyli czy zapewni Polsce 300 mld zł na budowę dróg i kolei w latach 2014-2020. Każda opcja jest możliwa. Poniżej przedstawiamy trzy możliwe scenariusze rozwoju sytuacji.

1. Business as usual.
Rozmowy dotyczące nowej unijnej siedmiolatki pod jednym względem bardzo zaskakują: właściwie są powtórką z poprzednich negocjacji budżetu Unii Europejskiej. Jest to o tyle zaskakujące, że Unia jest kompletnie inna niż w 2005 r. Siedem lat temu czuła się silna, a od kolejnych sukcesów kręciło jej się w głowie.

Dziś Bruksela jest wyjątkowo słaba i niepewna siebie. Kryzys gospodarczy kompletnie wywrócił ład, jaki do tej pory obowiązywał we Wspólnocie. Wyraźnie widać, że szuka ona nowego pomysłu na dalszą przyszłość. I widać, że jeśli nie znajdzie go szybko, to marzenie o integracji europejskiej trzeba będzie odłożyć do szuflady.

Tymczasem negocjacji budżetowych nikt z reformą ustrojowo-instytucjonalną Unii Europejskiej nie wiąże. Owszem, padają argumenty o kryzysie wymagającym zaciskania pasa, ale nikt nie żąda kompletnie reformy Unii przy tej okazji. Dla Polski to korzystne, Donald Tusk w ten sposób zyskuje dodatkowe atuty w rozmowach.

Przede wszystkim warto grać liczbami. Budżet na lata 2014-2020 oblicza się przy zastosowaniu metodologii berlińskiej - tej samej, której używano przy budżecie na lata 2007-2013. Gdyby teraz powtórzono dokładnie rozwiązania sprzed siedmiu lat, to Polska tylko w ramach polityki spójności uzyskałaby ok. 100 mld euro. Niestety, w międzyczasie zmieniono część współczynników, za pomocą których oblicza się wartość kopert poszczególnych państw, dlatego obecnie możemy liczyć co najwyżej na niewiele ponad 70 mld euro.

Ale warto tym argumentem grać, tłumacząc, czemu Polska nie zgadza się z dalszymi cięciami w polityce spójności.

2. Głos zabiera Merkeron. Od początku było wiadomo, że w czasie negocjacji najbardziej będzie się liczył głos dwóch polityków: Angeli Merkel i Davida Camerona. Kanclerz Niemiec przypada głos decydujący, jako że jej kraj wpłaca najwięcej do unijnej kasy. Z kolei brytyjski premier od początku rozmów głośno zapowiadał, że jego gotów zerwać rozmowy, jeśli wielkość budżetu nie zostanie poważnie zredukowana.

Jednak przebieg czwartkowo--piątkowych rozmów zaskoczył wszystkich - okazało się, że Angela Merkel i David Cameron mówią jednym głosem, oboje żądają solidnej redukcji unijnego budżetu. To między innymi z ich powodu nie udało się wypracować kompromisu i negocjacje przełożono na styczeń.
Na razie trudno wyjaśnić, czemu kanclerz Merkel tak jawnie zaczęła popierać premiera Camerona. Możliwe są dwa wyjaśnienia. Pierwsze - niemiecka kanclerz zaczęła go wspierać, by nie dopuścić do izolacji Wielkiej Brytanii i utrzymać jedność Wspólnoty.

Taki rozwój sytuacji byłby dowodem na to, że Merkel jest świetnym dyplomatą, umiejącym przewidywać rozwój sytuacji kilka ruchów do przodu. Ale jest jeszcze drugie wytłumaczenie, bardziej prozaiczne. Przywódczyni Niemiec po rozpadzie jej sojuszu z Francją (ona kompletnie nie umie się dogadać z François Hollande'em) szuka nowego, strategicznego sojusznika, z którym będzie rządzić Unią. Z Londynem jej po drodze, gdyż koncepcję radykalnych cięć wielkości budżetu można świetnie sprzedać podczas kampanii przed zaplanowanymi na jesień wyborami parlamentarnymi w Niemczech. Jeśli tak, to obecny szczyt stał się aktem założycielskim nowej koalicji, która szybko pewnie zyska nazwę Merkeron.

Dla Polski to rozwiązanie wybitnie niekorzystne, ten duet bowiem trudno ominąć. Oznaczałoby to pewnie radykalne cięcia w polityce spójności, dużo większe niż obecnie przewidywane. Choć David Cameron zapewnił prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, że nie będzie żądał zmniejszenia tej polityki, to tak naprawdę nie widać innych miejsc umożliwiających dużą redukcję nowego budżetu.

W takiej sytuacji rozmowy dla Polski zakończą się porażką - chyba że sami sięgniemy po weto i zablokujemy porozumienie.

3. Koniec Europy, jaką znamy. Ten scenariusz wprowadziłby najwięcej niepewności, ale do niego wzywają m.in. niemieckie kręgi opiniotwórcze. Otóż proponują one, by powiązać negocjacje budżetowe z reformą instytucjonalną UE. I tak wiadomo, że Unia w obecnym kształcie wkrótce przestanie istnieć, podzieli się na Europy różnych prędkości. Coraz wyraźniej dzieli się strefa euro, kraje członkowskie różnie patrzą na nowe propozycje rozwiązań instytucjonalnych, jak pakt fiskalny, unia bankowa czy wprowadzenie euroobligacji. Te rozbieżności raczej wcześniej niż później zmienią ład wewnątrz UE. Nie można wykluczyć sytuacji, że kraje, które są płatnikami netto do budżetu, uznają, że nie ma sensu inwestować w pomoc strukturalną dla państw, które nie zamierzają w przyszłości wejść do kręgu najgłębszej integracji (np. Czechy, Węgry). To by mogło oznaczać całkowite przeoranie systemu rozdziału pieniędzy w ramach polityk spójności i rolnej.

Taką zmianę sposobu myślenia o budżecie utrudniają podziały wewnątrz najbogatszych krajów UE - inaczej o Wspólnocie myślą Francja i Niemcy, inaczej Wielka Brytania i Szwecja. Ale nawet gdyby znalazły one wspólny język, nie jest powiedziane, że Polska nie otrzymałaby obiecanych 300 mld zł. Ale by tak się stało, musielibyśmy pewnie spełnić dodatkowe warunki, na przykład dołączyć do unii bankowej czy zagwarantować stosunkowo szybkie dołączenie do strefy euro (najlepiej w 2017 lub 2018 r.).

Pytanie, czy nasza gospodarka jest na to gotowa - i czy nie oznaczałoby to większych dla nas strat niż zyski, które przyniosą miliardy euro na politykę spójności.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
POwiec prawde
Infantylizm TUSKa został odkryty z tak zastraszajaca ostroscia, ze az zęby bolą, hehe.

GOWIN na premiera.
Dodaj ogłoszenie