Nauczyciele na pierwszej linii frontu. Zakładają przyłbice i czekają, co przyniesie los

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
Łukasz Gdak
Jedni cieszą się z powrotu do szkoły, u innych górę bierze strach. Boją się o siebie, boją się o bliskich, o swoich często już starych rodziców. Dzisiaj, to właśnie nauczycieli wystawiono na wielką próbę. I jakby do niej nie podchodzili, wiedzą jedno: nawet, jeśli będą się bardzo starać, mogą przegrać z koronawirusem, bo powrót dzieciaków do szkół, to tak naprawdę eksperyment na żywym organizmie

Kilka ostatnich szkolnych newsów: czterech uczniów American School of Warsaw, prywatnej placówki edukacyjnej pod Warszawą, otrzymało pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa. Zakażeni i ich rodziny zostali objęci kwarantanną. Dziewięcioro nauczycieli krakowskiego VI Liceum Ogólnokształcącego też trafiło na kwarantannę. Powód? W zeszłym tygodniu mogli mieć kontakt z nauczycielem zakażonym koronawirusem, z tego samego liceum. Szkoła wyznaczyła zastępstwa za całą dziesiątkę, funkcjonuje na razie bez zmian. Na Podkarpaciu pięć szkół zawiesiło na kilka dni swoje funkcjonowanie. Powód? Koronawirus wykryty u pracowników. W Szkole Podstawowej im. Mikołaja Kopernika w Ostrowie w mazowieckiej gminie Celestynów rozpoczęcie roku szkolnego odbyło się we wtorek w trybie zdalnym. Jedna z nauczycielek jest na kwarantannie.

Dzieciaki i młodzież uczą się dopiero cztery dni, ale nikt nie wierzy w cuda.

Jan Wróbel, nauczyciel i publicysta, mówił mi ostatnio tak: „Czuję trochę podskórnie, trochę po rozmowach z kolegami i koleżankami po fachu, że jest wystarczająco wiele osób w każdej szkole, aby opracować rozsądny plan, najbardziej rozsądny dla lokalnej szkoły, dla lokalnej społeczności. Ale obawa jest taka, że jeśli coś się wydarzy, a szczerze mówiąc, na pewno coś się wydarzy, bo jesteśmy w czasach wirusa, nie oczekujemy na trzęsienie ziemi, tylko na zupełnie biologiczne zjawisko, na które mamy minimalny wpływ, to wtedy pojawi się pytanie: kto sknocił? I my dość powszechnie żyjemy w takim lęku, żeby nie padło na nas. Aha, szkoła sknociła, więc szukamy, żeby sknocił burmistrz, a on oczywiście szuka, żeby sknocił kurator, a najlepiej, żeby to było ministerstwo. Wiemy, że w Polsce szacunek do władzy nie jest zbyt duży, ministra prawie nikt nie zna osobiście, ani jego wiceministrów - dawaj, trzeba winę zrzucić na wpół anonimową siłę, „bo w Polsce to zawsze”.

Chociaż, nauczyciele się starają, podobnie jak dyrektorzy szkół. Próbują zabezpieczyć siebie i dzieciaki najlepiej, jak potrafią, ale doskonale wiedzą, że to eksperyment na żywym organizmie, że na wiele zmiennych nie mają po prostu wpływu.

Jolanta Jastrzębska, rocznik 83: szczuplutka, wysoka, blond włosy przycięte do ramion. Szkoła w Domanicach Kolonii, osiemnaście kilometrów od Siedlec, stoi przy samym wjeździe do wioski: kameralna, nie przypomina wielkich szkolnych molochów. Chociaż uczniów jest sporo, prawie dwustu i kilkunastu nauczycieli. Uczy jęz. angielskiego w klasach 1-8.

- Nauczyciele raczej się nie boją, chociaż może ci starsi trochę, w każdym razie starają się trzymać dystans - opowiada. I zaraz szybko dodaje, że nie pamięta takiej radości dzieciaków z powrotu do szkoły.

- Bardzo się cieszą, widać, że brakowało im wspólnej nauki. Ale od razu, już 1 września, każdy nauczyciel tłumaczył w swojej klasie, że teraz wszystko zależy od nas, że musimy stosować się do wszystkich zasad, bo inaczej wrócimy do nauki zdalnej, a tego nikt z nas przecież nie chce - mówi.

Zasady są proste. Po pierwsze oddzielili, bo mają warunki, dzieci starsze od młodszych. Szkoła ma jak gdyby dwa skrzydła, więc maluchy pracują w jednym, a starsze dzieci - w drugim.

Każda z klas ma wydzieloną część korytarza, z którego może korzystać podczas przerwy. Każda uczy się w swojej klasie, do której przychodzi nauczyciel, nie ma chodzenia po szkole. Jest więcej przerw obiadowych. W salach pozdejmowano ze ścian wszelkie dekoracje, tak, aby łatwiej je było dezynfekować.

- No i oczywiście przypominamy dzieciakom o częstym myciu rąk, ich dezynfekcji, o zachowaniu środków ostrożności. Mamy w tym tygodniu zebrania z rodzicami, będziemy prosić, aby ci zwracali uwagę na swoje pociechy, by w razie infekcji nie wysyłali ich do szkoły - bierze głęboki oddech.

Ostatnie trzy miesiące zeszłego roku szkolnego były ciężkie, zwłaszcza dla maluchów, bez pomocy rodziców nie dałyby rady, ale byli pod wrażeniem, bo rodzicie stanęli na wysokości zadania.

- Dyrektor bardzo dobrze zorganizował zdalne nauczanie, dostaliśmy odpowiednie programy, dzieci, które nie miały sprzętu komputerowego, zostały w niego zaopatrzone. Potem dostarczono do naszej szkoły komputery z ministerstwa, więc gdyby przyszło nam przejść na hybrydowy sposób nauczania, jesteśmy do tego przygotowani. No i przećwiczyliśmy już przecież nauczanie zdalne - uśmiecha się.

Ale są nastawieni pozytywnie, wierzą, że uda im się normalnie pracować, że nie będą musieli uczyć się z domów. Mówi, że dzieciakom bardzo potrzebny jest kontakt z rówieśnikami: nie tylko na podwórku, ale i w szkole. Są ostrożni, bo Domanice Kolonia, mała wioska, to jednak nie koniec świata - naprzeciwko ich szkoły jest ośrodek zdrowia. Zamknięty, w kwarantannie. Pojawił się ktoś z koronawirusem.

- Wydawałoby się, że w tak małej miejscowości, nie będzie zachorowań, a jednak. Mamy świadomość, że ten wirus to nie jest problem wyłącznie dużych miast, że my też musimy uważać - mówi.

Tyle tylko że w małych Domanicach Kolonii dzieci w szkole nie jest zbyt wiele, budynek szkoły duży - można próbować coś zrobić. Nie wszyscy mają tyle szczęścia.

Anna, nauczycielka z ponad 20-letnim stażem, uczy wychowania fizycznego w prestiżowym licem w jednym ze śląskich miast. Ponad siedmiuset uczniów, budynek szkoły z lat 70.: wąskie korytarze, małe sale, ona sama nie ma nawet swojego „kantorka”.

- U nas nauczyciele są przerażeni, zwłaszcza ci starsi, ci po sześćdziesiątce. Boją się o siebie, boją się o swoich rodziców. Jeden ze starszych nauczycieli przeszedł już koronawirusa, zresztą bardzo ciężko, ale wciąż drży, bo mówi się, że można się COVID-9 zarazić po raz drugi - opowiada.

Najbardziej przeraża ich bezradność. Dyrektor placówki robi, co może, ale wiedzą, że nie jest dobrze. Dzieciaki przerwy spędzają w salach lekcyjnych, na korytarzach byłby zbyt duży tłok, w tym czasie sale są także wietrzone. Nie we wszystkich klasach można było odpowiednio rozsadzić młodzież, więc ta siedzi w maseczkach tak podczas lekcji, jak przerw.

- Moja klasa, mam trzydziestu trzech uczniów, siedzi czasami w szkole od godz. 8.00 do godz. 15.40. I przez cały ten czas w maseczkach! Nie wiem, co lepsze: koronawirus czy grzybica płuc, bo nie wierzę, żeby zmieniali systematycznie te maseczki. Próbuję im wytłumaczyć, żeby kupili przyłbice, że tak będzie im wygodniej - wzdycha.

Ona ma największy problem z szatnią, bo póki co, prowadzi zajęcia na boisku. Zaznaczyła zresztą uczniom, że tylko deszcz zwalnia ich od ćwiczeń na dworze. Ale szatnia, to wyzwanie. Mała, niemal klaustrofobiczna. Żeby zachować jakiekolwiek rygory sanitarne, kończy lekcje wcześniej i wietrzy pomieszczenie, tak, żeby następna klasa nie wchodziła do sauny.

Oczywiście, mają środki dezynfekcji, nawet całkiem sporo, ale cóż z tego, skoro trudno im zachować zasadę dystansu społecznego: za mały budynek szkoły, za dużo dzieci.

- Nasz dyrektor robi, co może, stworzył całą listę wytycznych, ale i tak wiele kwestii sprawdza się dopiero „w praniu”. Poza tym, mam wrażenie, że nikt nie wie, co robić w razie kłopotów. Kiedy nasz dyrektor pyta o coś starosto, to odsyła go do sanepidu, a sanepid często rozkłada bezradnie ręce - opowiada.

Chcą być optymistami, ale boją się jesieni. Po prostu - nie są w stanie wypełnić wszystkich zaleceń i wytycznych, w ich szkole nie ma na to najmniejszych szans.

List nauczyciela do redakcji Medonetu; „Czytałem i wysłuchałem wielu opinii tzw. ekspertów zarówno z MEN, jak i MZ oraz innych, na temat powrotu uczniów do szkół. Jestem nauczycielem licealnym. Mam wrażenie, że wypowiadają się głównie osoby niemające elementarnego pojęcia o szkolnej rzeczywistości. Zachowanie dystansu zarówno w sali lekcyjnej, jak i poza nią, jest NIEMOŻLIWE. Przeciętna klasa w polskiej szkole liczy ok. 30 osób, a sale są takiej wielkości, że nawet, gdyby klasy liczyły osób 15, rozsadzenie uczniów w odległości co najmniej 1,5 metra od siebie nie jest wykonalne. Korytarze i szatnie mają taką przepustowość, że na ich terenie dystans jest również nie do zrealizowania. Apelowanie o jego zachowanie ma taki sam sens, jak apelowanie do Neptuna, żeby nie było sztormów na morzach i oceanach. Wiele szkół średnich (i nie tylko) nie spełnia elementarnych zasad BHP. Gdyby w zakładach przemysłowych kazano pracownikom funkcjonować w warunkach, w jakich przebywają po kilka godzin dziennie uczniowie i nauczyciele, wybuchałyby strajki, a zakłady by zamykano. Na przykład, z powodu reformy i podwójnego rocznika, w wielu szkołach na sale lekcyjne adaptowano pomieszczenia nieposiadające podstawowej wentylacji. Z kolei ogrzewanie często działa tak, że zimą bez otwierania okien nie sposób wytrzymać, bo w salach nie ma regulacji poziomu ogrzewania. Latem z kolei jest się niczym w saunach. Na kilkudziesięciu nauczycieli plus pracowników personelu jest jedna toaleta na piętrze. Do sklepu trzeba wchodzić w maseczce i często pojedynczo. Przedstawiciel MZ apeluje o unikanie dużych skupisk ludzkich. Ale w szkołach mamy przebywać po 5-8 godzin jednocześnie z kilkuset innymi osobami bez jakichkolwiek zabezpieczeń poza... myciem rąk! To szaleństwo. Jedno zarażenie zamrozi całą szkołę, a potem tysiące ludzi z rodzin uczniów i nauczycieli na kwarantannach. Na czym ucierpią bardziej dzieci i rodzice - na nauczaniu zdalnym, do czasu powszechnego dostępu do szczepionki na koro-nawirusa, czy na całkowitym paraliżu życia społecznego wynikającym z ww. sytuacji? Najbardziej przykre jest czytanie o nieustannych ZALECENIACH i APELACH. Ciągle słyszymy: „powinno się”, „należałoby się zastanowić” etc. Na to było kilka miesięcy. Należało podjąć ROZSĄDNE, PRZEWIDUJĄCE decyzje i działania. A nie eksperymentować na ludziach”.

- Chcemy wrócić do szkoły, ale chcieliśmy wrócić do szkoły bezpiecznej, do szkoły przewidywalnej, do szkoły, która zapewni nam normalność przez te dziesięć miesięcy funkcjonowania bez dodatkowych emocji związanych z koronawirusem, bo samych emocji edukacyjnych czasami jest aż nadto - mówił w TVN24 Sławomir Broniarz, szef Związku Nauczycielstwa Polskiego. - Niestety, nikt z nas nie wie, jak to się potoczy, nikt z nas nie wie, w jakich warunkach przyjdzie nam funkcjonować. To budzi ogromne obawy szczególnie wśród nauczycieli, ale także rodziców - dodał.

Według niego, „ponad 30 procent rodziców miało obawy w sprawie posyłania dzieci do szkoły”.

- Stąd taka decyzja, którą wyraziliśmy w apelu do pana premiera, żeby dyrektor szkoły w porozumieniu z samorządem miał prawo decydowania o tym, kiedy wracamy do edukacji tradycyjnej, a żeby rozpocząć rok szkolny 1 września, na przykład ucząc przez dwa tygodnie zdalnie czy hybrydowo. Taka była zgoda rodziców, samorządu. Niestety, nie było na to zgody sanepidu - powiedział szef ZNP.

Dariusz Orzeszko, z wykształcenia nauczyciel wychowania fizycznego, kieruje Zespołem Edukacyjnym w Trzcielu od 19 lat. Optymista, w każdym razie nie poddaje się łatwo.

Gmina Trzciel leży we wschodniej części województwa lubuskiego, w powiecie międzyrzeckim. Samo miasteczko ma swój niepowtarzalny urok: stare poniemieckie domy, rynek z bazarem, w sezonie pełnym świeżych warzyw i owoców i wszechobecne kocie łby. Wokół lasy, dziesiątki jezior i rzeka Obra, którą upodobali sobie kajakarze. Miejscowi żyją z uprawy wikliny, szparagów i stolarstwa, życie kulturalne skupia się przy Centrum Kultury, Bibliotece Publicznej i przy ich szkole. Zespół Edukacyjny to dzisiaj przedszkole i szkoła podstawowa. W szkole pracuje czterdziestu pięciu nauczycieli, uczą czterystu dziewięćdziesięciu pięciu uczniów.

- Najstarszy z moich nauczycieli ma 58 lat - mówi dyrektor Orzeszko. - Zaopatrzyłem wszystkich swoich pracowników w przyłbice i maseczki. Jeśli tak czują się bezpieczniej, mogą prosić ucznia, aby założył maseczkę na przykład podchodząc do odpowiedzi - dodaje.

Ale już obowiązkowo uczniowie noszą maseczki podczas przerw. Szkoła została podzielona na strefy, poszczególne klasy podczas przerw mogą poruszać się tylko w określonych sektorach. Dysponują sporym terenem przed szkołą, właściwie parkiem. Teraz, kiedy jest ciepło, dzieciaki tam spędzają przerwy. Wprowadzili całkowity zakaz wchodzenia rodziców na teren placówki. Jest więcej przerw obiadowych, przedszkolaki w ogóle nie chodzą do stołówki, panie kucharki przynoszą im posiłki do sal.

- Z ludźmi trzeba rozmawiać. Edukować, nie straszyć - tłumaczy dyrektor Orzeszko. - Będę się martwił, jak będą problemy - dodaje.

Póki co, w Trzcielu nie było przypadków zachorowań na koronawirusa. Mieszka tu mała, zżyta społeczność, wszyscy współpracują: samorząd, szkoła, sanepid i rodzice, ale nie wszędzie tak jest.

Jak podaje tvn24.pl już 1 września dyrektorka szkoły ponadpodstawowej na Pomorzu otrzymała za pośrednictwem e-dziennika wiadomość od rodziców jednego z uczniów. Opiekunowie dziecka, powołując się na konstytucję i „wolność człowieka”, poinformowali dyrektorkę, że ich dziecko nie będzie stosowało się do szkolnych procedur. Nie życzą sobie, aby ich dziecku mierzyć temperaturę, nie chcą, aby syn chodził po szkole w maseczce, mył ręce środkami dezynfekującymi, nie godzą się na żadne testy czy umieszczanie chłopca w izolatce, jeśli nauczyciel stwierdzi u niego objawy chory. Ich dziecko jest zdrowe, a szkoła nie ma prawa odmówić nauki dziecku, którego rodzice nie zgadzają się na nowe regulacje.

W poznańskiej szkole dyrektor usłyszał od rodziców jednego z uczniów, że pandemia to jakaś brednia, w Małopolsce, że wszystko w rękach Boga, więc żadne maseczki do niczego nie są potrzebne. Dyrektorzy bezradnie rozkładają ręce, bo nie mają żadnych środków prawnych, aby walczyć z takimi postawami.

Marię, warszawską nauczycielkę z ponad 30-letnim stażem, wcale nie dziwią takie zachowania. Dzisiaj rodzice w szkołach mogą dużo więcej, niż jeszcze kilkanaście lat temu.

- Takie przypadki na pewno będą się zdarzać. Rodzice są odzwierciedleniem naszego społeczeństwa, a nie wszyscy Polacy wierzą w koronawirusa, a nawet, jeśli wierzą, nie chcą stosować się do reguł gry - mówi. Osobiście, bardzo się boi. Wiele jej koleżanek pouciekało na emerytury, chętnie pracowałyby w szkołach jeszcze parę lat, ale nie chcą aż tak ryzykować. Przyjaciółka, nauczyciela jęz. polskiego, cierpiąca na cukrzycę od trzech dni, przed każdym wyjściem do pracy ma napady paniki.

- Uczymy w dużych, wielkomiejskich szkołach. Nasi uczniowie stykają się z dziesiątkami osób, chyba nikt w naszej szkole nie wierzy, że zdarzy się cud i nie będziemy mieć przypadku koronawirusa. Zwłaszcza że zbliża się jesień, dzieciaki i bez COVID-19 będą chorować - tłumaczy. Boi się totalnego zamieszania, przepełnionych izolatek, w których muszą umieszczać dzieci z podejrzeniem choroby. Chociaż z drugiej strony nauczanie zdalne nie przynosi tyle radości, co bezpośredni kontakt z uczniem.

Monika Bereta, jej rówieśnica, uczy jęz. niemieckiego. Mieszka w Margoninie, małej miejscowości w woj. wielkopolskim: do jednej ze szkół, w których pracuje, dojeżdża 37 kilometrów, drugą ma nieopodal. U nich żaden z nauczycieli grupy „60 plus”, bo tak ją nazywają, nie zrezygnował z pracy w szkole.

- My się cieszymy, że wracamy do szkoły. Wie pani, myślę, że ludzie są już zmęczeni pandemią, tym zamknięciem w domach. Przestrzegamy reguł, ale zdajemy sobie spra-wę, że wcześniej czy później to przyjdzie i nas dopadnie - tak mówi o koronawirusie - „to”.

Tyle tylko że przecież wychodzą do sklepów, spotykają się ze znajomymi, więc tak, czy inaczej narażają się na niebezpieczeństwo.

- Nauczyciele, których znam, mieli już dość nauczania zdalnego, siedzenia całymi dniami przy biurku, odbierania dziesiątków mejli i telefonów od rodziców. Czuliśmy się więźniami we własnych domach - tłumaczy. Widzi, jak cieszy się młodzież czy dzieciaki z młodszych klas.

- One jednak potrzebują kontaktu z rówieśnikami, no i zupełnie inaczej uczy się w klasach, zupełnie inaczej przez - zauważa. Na koniec wzrusza ramionami: - Wie pani, tak naprawdę, nikt z nas nie wie, jak będzie.

Testy na Covid tańsze za granicą

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie