Nasze rozmowy: Nowe spojrzenie na Ślepego Maksa

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
mat. prasowe
Rozmowa z Waldemarem Wolańskim, autorem książki „Ślepy Maks. Historia prawdziwa”

Dlaczego Menachem Bornsztajn, czyli Ślepy Maks? Przecież jest tylu nieopisanych artystów, którzy wydawaliby się bliżsi reżyserowi i człowiekowi teatru niż gangster?

Ale ten gangster był bardzo nietypowy, można by rzec, że był właśnie artystą w swoim fachu. Pamiętajmy, że zaczynał jeszcze przed I wojną światową, w zaborze carskim, a skończył już w siermiężnym PRL i zawsze wypływał na wierzch. Z jednakową łatwością przyjaźnił się z naczelnikiem przedwojennego Urzędu Śledczego Policji Państwowej, jak i składał wizyty u dygnitarzy PRL, np. u premiera Cyrankiewicza czy ministra Bermana, na co oczywiście również posiadał odpowiednie dowody. Łamał w rękach podkowy i jednocześnie tymi samymi rękoma grał piękne walce na fortepianie. Ale nie to mnie najbardziej w nim zafascynowało. Menachem Bornsztajn, bo tak się naprawdę nazywał Ślepy Maks był, można tak powiedzieć, sławą przedwojennej Łodzi, a jego wyczyny i znajomości powodowały, że śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że i sławą ogólnopolską. Kilka osób twierdzi, że to właśnie on pomógł zwiać słynnemu warszawskiemu kasiarzowi Stanisławowi Cichockiemu , bardziej znanemu jako „Szpicbródka” z więzienia w Częstochowie. Mieszkam w Łodzi prawie 40 lat, poświęciłem temu miastu mnóstwo czasu i energii i proszę mi uwierzyć, do niedawna, nawet śladowo nie słyszałem o Ślepym Maksie. Odpytywałem wielu moich rdzennie łódzkich znajomych i okazało się, że nie tylko ja o nim nie słyszałem. Zafascynowało mnie to, jak ze zbiorowej pamięci miasta można tak skutecznie wymazać osobę, która do niedawna była jedną z jego sław. I tak to się zaczęło, po nitce do kłębka, odkrywałem kolejne fakty, a co jeden to bardziej fascynujący, aż zebrało się ich tyle, że postanowiłem napisać książkę.

Wydawało się, że wszystkie materiały, dokumenty, zdjęcia dotyczące Ślepego Maksa są już znane. Tymczasem dotarłeś do rzeczy absolutnie wyjątkowych. Trzeba je było wykopać spod ziemi, czy leżały tuż obok?

Leżały, ale trzeba było wiedzieć, gdzie ich szukać. Jak zwykle w takich razach, pomógł mi splot szczęśliwych przypadków i co tu dużo mówić, miałem szczęście. Gdy tylko ruszyłem na poszukiwania Ślepego Maksa, los zaczął stawiać mi na drodze ludzi, bez których ta książka nigdy by nie powstała. Spotkałem zawodowego detektywa genealogicznego, a właściwie panią detektyw, która zachwycona opowieściami o moim bohaterze poświęciła mnóstwo energii i prywatnego czasu, żeby wykopać odpowiednie dokumenty na temat Menachema Bornsztajna. Karol Badziak, który użyczył zdjęcie Maksa Arnoldowi Mostowiczowi, aby ten mógł zreprodukować je na okładce swojej książki, okazał się być mężem przyjaciółki mojej przyjaciółki, no i na koniec pani Alicja, ostatnia żona Ślepego Maksa, młodsza od niego o 42 lat, z którą ożenił się na dwa lata przed swoją śmiercią, a która to pani Alicja przekazała mi fascynujące archiwum: zdjęcia, dokumenty, osobiste pamiętniki Maksa, po prostu skarb!

Wdowa po Bornsztajnie, delikatnie mówiąc, nie darzyła miłością dziennikarzy i wszelkich osób, które interesowały się życiorysem jej męża. Jak udało Ci się ją przekonać, by otworzyła przed Tobą swoje archiwum i wspomnienia?

To był żmudny i długotrwały proces, ale jak widać skuteczny. Maks pod koniec swojego życia był mocno schorowany i właściwie już nie wychodził z domu. Pól roku przed jego odejściem odwiedził go, w jego mieszkaniu na ulicy Gdańskiej 26 Karol Badziak i panowie tak sobie przypadli do gustu, że dziennikarz stał się tam częstym, a nawet bardzo częstym gościem. Maks, któremu brakowało dawnej sławy, opowiedział Badziakowi historię swego życia gęsto i często ilustrując ją odpowiednimi dokumentami wyciąganymi z przepastnej szuflady komody. Oczywiście, tak jak to Maks, odpowiednio je podkoloryzowując. M.in. wyciągnął pokwitowanie od matki pani Alicji na okrągłą sumkę 100 tys. zł i stwierdził, że to dowód zakupu żony i Karol Badziak z właściwą sobie dziennikarską swadą powtórzył to w wydanej 20 lat później książce „Alfabet łódzki”. Była to oczywiście nieprawda i pani Alicja słusznie się na to obruszyła. Nie doczekała się sprostowania, więc na długie lata zatrzasnęła drzwi przed wszystkimi, którzy chociaż śladowo parali się piórem. Było to o tyle łatwe, że po trzecim mężu nosiła zupełnie inne nazwisko, więc, przynajmniej teoretycznie, była nie do wyśledzenia. Ale mi się udało. Przez ponad dwa lata cierpliwie wysyłałem jej kartki z życzeniami, dzwoniłem z pytaniem o zdrowie, oferowałem pomoc w codziennych spawach do „załatwienia”, no i wreszcie nadszedł ten moment, kiedy z moją przyjaciółką, Joasią Hrk, która później zajęła się oprawą graficzną książki, zostaliśmy wpuszczeni do mieszkania pani Alicji.

Czy są jeszcze ludzie, którzy pamiętają Ślepego Maksa?

Niestety, czas jest nieubłagany. Nie tylko zaciera kontury wspomnień , ale również i zabiera ostatnich świadków historii. Większość osób, która znała Ślepego Maksa, już nie żyje. Ale parę osób się jeszcze ostało. Mam wrażenie, że dotarłem do wszystkich, o których mogłem nawet śladowo podejrzewać, że się z nim zetknęli. Wymieniam ich wszystkich w książce. Jak zawsze pomógł mi mój przysłowiowy łut szczęścia, bo wśród tych osób jest też prawdziwa perła - pani Halina Dorżynkiewicz. Dziś już mocno stateczna i dystyngowana dama, żona prawdziwego włoskiego arystokraty, ale za czasów Maksa - mała dziewczynka, która mieszkała z nim przez ścianę na ulicy Gdańskiej i która często proszona była przez Maksa o czytanie mu gazet. To ona opowiedziała mi o ostatnich chwilach sławnego gangstera, ona sprzedała mi kilka fantastycznych anegdot na temat ciuciubabki, jaką uprawiał z ówczesną władzą Ślepy Maks, co o tyle dodaje pikanterii całej opowieści, że ojciec pani Haliny, był wysoko notowanym w Łodzi prokuratorem wojskowym i ona wreszcie odbyła ze mną wizję lokalną na ulicę Gdańską oraz ostatnią podróż na łódzki kirkut, gdzie pochowany jest Menachem Bornsztajn.

Fascynujący w Twojej książce jest obraz Łodzi czasów Bornsztajna. Trudno było poskładać te okruchy? I czy dzięki temu w jakiś sposób ponownie odkryłeś nasze miasto dla siebie?

Może nie tyle odkryłem, co jeszcze bardziej doceniłem. Jestem trochę sentymentalny i osobiście wolę stare meble, stare domy niż betonowy blichtr współczesności. W Łodzi często z autoironią żartujemy sobie, że u nas można kręcić filmy z czasów okupacji bez żadnych dodatkowych dekoracji. To, że Łódź nie została zrównana z ziemią, przez wiele lat traktowane było jak nasze przekleństwo, bo mówiąc kolokwialnie; „tu nic nie trzeba było remontować, ani odbudowywać, bo wszystko było”. Oczywiście takie podejście spowodowało, ze teraz kamienice same nam się rozpadają, niemniej większość tzw. tkanki miejskiej ocalała. Szukając śladów Ślepego Maksa chodziłem po tych samych ulicach, po których on chodził, zaglądałem w te same bramy, zaułki, nieomal wchodziłem do tych samych mieszkań, w których Ślepy Maks przebywał prawie 100 lat temu. To wielka przyjemność oddychać powietrzem, które pachnie historią. Parę lat temu napisałem książkę „Księżycowi ludzie”, gdzie trochę sobie zażartowałem ze skrzeczącej rzeczywistości i umieściłem akcję w Łodzi, którą sobie bym wymarzył: pięknej, pachnącej, z tramwajami niskopodłogowymi, hotelem Hilton, etc. Czas tak szybko biegnie do przodu, że to, co miało być futurystycznym żartem stało się na naszych oczach rzeczywistością. „Ślepy Maks - historia prawdziwa” jest podróżą w drugą stronę, do Łodzi, która na naszych oczach znika i pewnie już nigdy nie będzie tak, jak wtedy.

Z książki wynika, że wiele nazw, elementów świata Ślepego Maksa, zostało później błędnie zapisanych w poświęconych Bornsztajnowi publikacjach, filmach, sztukach - np. słynny lokal funkcjonujący w naszej świadomości jako Kokolobolo. Skąd się wzięły takie przekłamania?

Pozwól , że zacytuje urywek własnej książki: „Robert Urbański, który pisał scenariusz spektaklu, dał się nabrać Adamowi Ochockiemu. Nie on jeden zresztą. We wszystkich przedwojennych gazetach knajpa na ulicy Wschodniej, przed którą Maks dokonał swojego najbardziej spektakularnego zabójstwa, nosi nazwę Kokolewole. Nigdzie nie ma wersji Kokolobolo. Pojawia się ona dopiero w 1957 r., a dokładniej 21 grudnia, w dwudziestym drugim odcinku felietonów Adama Ochockiego w Expressie Ilustrowanym, „Historie dawnej Łodzi”. Potem zostaje przedrukowana w jego książce z 1980 r. - „Reporter przed konfesjonałem”. I to wszystko. Myślę sobie, że jak zwykle zawiniła jego lekkość pióra. Ochocki pisał spod palca, można rzec, że kaskadami i nie sprawiało mu to żadnej trudności. W związku z tym, w ferworze tworzenia nie przywiązywał uwagi do takich drobiazgów jak zmiana nazwy meliny. Liczyły się atmosfera i wydarzenia. A czy Kokolewole czy Kokolobolo - kogo to tak naprawdę po wojnie obchodziło?

Co było najtrudniejsze podczas pracy nad tą książką?

Ustawiczne zderzanie tego, co w obiegowej świadomości wiemy, czy też przypuszczamy, że wiemy na temat Ślepego Maksa, z tzw. twardymi faktami. Niestety, sam Maks również mi w tym nie pomagał, bo w jego pamiętniku aż roi się od przekłamań. Pamiętajmy jednak, że pisał on już je jako prawie 60-letni człowiek, a właściwie nie tyle pisał, co dyktował i to też fragmentami, od przypadku do przypadku. II wojna światowa, uprzednie też nie najciekawsze przeżycia, to wszystko mogło spowodować naturalną amnezję. A jeżeli dodamy do tego wrodzoną skłonność Maksa do „poprawiania” historii, to staniemy przed nie lada problemem. Odsiewanie tego, co nieprawdopodobne, od tego co możliwe, a później weryfikowanie tego z dokumentacją, ustawiczne peregrynacje po archiwach, wycieczki właściwie po całej Polsce…, nie ukrywam, że nie była to najłatwiejsza praca, ale chciałem zrobić tę książkę jak najrzetelniej, stąd też taka ilość przypisów, odniesień źródłowych, bibliografii etc.

Co w Twoim odczuciu znaczy legenda Ślepego Maksa dla Łodzi? I jak sam widzisz dziś tę postać?

Ślepy Maks nie był postacią jednoznaczną, ale był związany z Łodzią i tworzył jej historię. Jest bardzo wielu ludzi, którzy mu naprawdę coś zawdzięczają, ale też są i tacy, którzy najchętniej zepchnęli by go powtórnie w niebyt. Myślę, że jest nam on potrzebny, bo stanowi dowód naszej tożsamości. Człowiek odcięty od korzeni, nie frunie do nieba, tylko rozpływa się w powietrzu, w powietrzu nicości, powtarzalności, kalki innego powietrza. Jeżeli chcemy budować łódzki patriotyzm, to potrzebujemy łódzkich bohaterów, także tych niejednoznacznych. Być może kiedyś w sejmie posłowie będą pozdrawiać się na korytarzach mrugnięciem oka, co oznaczać będzie: „My jesteśmy od Ślepego Maksa” i w ten sposób zbuduje się ponadpartyjną, ponad koteryjną frakcję wspólnego działania na rzecz dobra naszego miasta. Ślepy Maks zabierał bogatym i od czasu do czasu dawał biednym, może czas przywrócić te obyczaje?

Łatwo było wydać dziś książkę o Ślepym Maksie?

Mówi się, że teraz najłatwiej jest napisać książkę, trudniej ją wydać, a jeszcze trudniej sprzedać. Ja mam wrażenie, że od początku, kiedy zacząłem iść śladami Ślepego Maksa czuwa nade mną jakaś dobra gwiazda, bo tyle szczęśliwych przypadków na raz - to się nie zdarza! I tak było z wydaniem. Odwiedziłem prezesa Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, pana Marka Michalika i zaproponowałem mu, żeby wyłożył pieniądze na druk. Moje Stowarzyszenie „Malowany Młyn” miało się zająć redakcją, oprawą etc., a Strefa miała temu finansowo patronować. I proszę sobie wyobrazić, że trafiłem dokładnie na moment, kiedy trwały tam rozmowy na temat wydania kolejnej książkowej pozycji na temat Łodzi! Prezes w ciągu tygodnia podjął decyzję i tak oto mamy piękną, obszerną i mam nadzieję, bardzo atrakcyjną pozycję do czytania.

Czy myślisz, że odnalazłeś już wszystko, co po Menachemie Bornsztajnie pozostało? Czy jest jeszcze jakaś tajemnica do odkrycia?

Och, na pewno! Już w trakcie pisania odkryłem wiele tajemnic i ścieżek prowadzących w bok głównego tematu. Część z nich celowo omijałem, by nie tracić bohatera z oka, część zostawiałem, bo najzwyczajniej w świecie, nie wiedziałem jak dalej iść po tych ścieżkach. Już ostrzę sobie zęby na spotkania, które odbędą się po premierze książki. Wiem, że to niezbyt dyplomatycznie mówić przed ukazaniem się pierwszego tomu, że szykuje się drugi, ale mam jakieś niejasne przeczucie, że ten temat się jeszcze rozwinie. No bo proszę sobie wyobrazić, że przez czysty przypadek spotkałem niedawno panią, która z rozbrajającą szczerością przyznała mi się do korespondencji z wnukiem Ślepego Maksa. I to może być początek kolejnej, długiej podróży. Ale na początek zapraszam w sobotę 7 grudnia o godzinie 18 do łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej na część pierwszą. Nasz znakomity aktor Bronisław Wrocławski, będzie czytał fragmenty książki, będą przedwojenne przeboje w wykonaniu Małgosi Flegel, będą rozmowy, świadkowie i będzie Ślepy Maks na kartach powieści.

MuzoTok: Viki i Kayah "Ramię w ramię" opowiadają o najnowszym utworze.

Wideo

Materiał oryginalny: Nasze rozmowy: Nowe spojrzenie na Ślepego Maksa - Dziennik Łódzki

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 3

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

T
Trollo

Srrałem tam!

Na maksa!

G
Gość

Pitolenie o menelu

G
Gość

Bo teraz mamy inne ideały Hanka Skazanka

Dodaj ogłoszenie