Nałęcz: PO-PiS mógłby zaistnieć w wyniku autentycznego niebezpieczeństwa grożącego krajowi

Redakcja
- Koalicja PO-PiS może zaistnieć tylko w sytuacji autentycznego niebezpieczeństwa grożącego krajowi. W II Rzeczypospolitej nikt nie mógł sobie wyobrazić koalicji PPS z Narodową Demokracją, a taka koalicja w 1920 roku, latem, powstała - mówi prof. Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta, w rozmowie z Anitą Czupryn.

Prezydent Bronisław Komorowski zapowiada, że po ogłoszeniu wyników wyborów przeprowadzi wiele konsultacji, które mają pomóc mu ocenić, który z liderów ma szansę na większość parlamentarną. Co będzie dla niego decydujące?
Postępowanie prezydenta będzie identyczne, niezależnie od tego, jak ranking partii zostanie przez wyborców ukształtowany. Oczywiście, ono w istotny sposób zostanie zmodyfikowane, ale nie tyle, jeśli chodzi o podjęte przez prezydenta czynności, ile o efekt tych czynności, jeśli któraś z partii wygra wybory w sposób bezwzględny. Prezydent również wtedy przeprowadzi konsultacje, ale desygnowanie premiera będzie miał w takiej sytuacji ułatwione. Większość bezwzględna to połowa plus jeden głos od całości konstytucyjnego składu Sejmu. Czyli wygrana bezwzględna to jest 231 posłów, chociaż funkcjonowanie rządu na co dzień z taką liczbą posłów byłoby ryzykowne. Osobiście nie sądzę jednak, aby któraś z partii zdobyła tę większość.

Misję powoływania rządu otrzymywał zwykle lider zwycięskiego ugrupowania. To zwyczaj znany w Polsce, Europie i na świecie. Pan się z tym nie zgadza.
Bo to jest nieprawda. A to od kilku miesięcy usiłuje mówić PiS.

Czy to znaczy, że Pan obawiał się tego, iż to nie Platforma zwycięży w tych wyborach?
Nie. Ja formułuję swoje oceny dotyczące zasad konstytucji, abstrahując od tego, czy liderem tego rankingu wyborczego będzie PiS, czy PO. Wielokrotnie też o tym mówił prezydent, przedstawiając swoje zasady postępowania po wyborach. Prezydent podkreśla, że chce doprowadzić bez zbędnej zwłoki do powstania rządu, który będzie trwale i skutecznie Polską rządził. To jest rząd, który ma większość bezwzględną w parlamencie. Co więcej, ma tę większość z górką, aby nie było przypadku, kiedy ktoś z posłów się rozchoruje albo nie będzie mógł przyjść na posiedzenie i rząd przegra głosowanie. I to jest warunek, jaki stawia konstytucja.

Jakich konkretnie działań konstytucja wymaga od prezydenta?

Prezydent podkreśla, że nie zamierza się wypierać przyjaźni z Januszem Palikotem

Prezydent chce być lojalny wobec konstytucji, bo oczywiście można by sobie wyobrazić prezydenta kombinującego jak koń pod górę z zapisami konstytucji i nieraz w historii polityki mieliśmy takie przypadki. To są na przykład słynne uzusy konstytucyjne. Na początku lat 90. powstał wręcz taki termin jak falandyzacja konstytucji, od nazwiska prezydenckiego prawnika, który szeroko i bardzo swobodnie interpretował konstytucję. Prezydent Komorowski będzie dokładnie realizował zapisy i ducha, i litery konstytucji. Po pierwsze, na co nie zawsze zwraca się uwagę, prezydent najpóźniej w ciągu 30 dni musi zwołać pierwsze posiedzenie Sejmu. Na tym posiedzeniu pojawia się premier i składa dymisję na ręce Sejmu. Wydaje mi się, że dobry obyczaj w państwie i kurtuazja wobec dotychczasowego premiera wymagają, żeby nie nominować nowego premiera, zanim poprzedni nie złoży dymisji. Gdy premier to zrobi, wtedy z mocy konstytucji prezydent powołuje nowego premiera. Najpierw go desygnuje, ten przedstawia mu skład rządu, ma na to dwa tygodnie, po czym rząd z premierem muszą w ciągu następnych dwóch tygodni przyjść do Sejmu i uzyskać poparcie większości izby. Jeśli jej nie zyska, to wtedy misja tworzenia rządu przechodzi na parlament. Prezydent nie ma już wtedy żadnego ruchu, bo musi taki rząd powołać.

Prezydentowi zadrżałaby ręka, gdyby musiał podpisać nominację na premiera Jarosławowi Kaczyńskiemu?
Prezydent nie chce powoływać na premiera człowieka, co do którego nie będzie miał pewności, że on w parlamencie nie zyska większości. I tu nie chodzi o pana X, Y czy Z, o osobę, która jest z prezydentem w bliskich stosunkach towarzyskich czy osobę, która prezydentowi ręki nie podaje. Ta zasada dotyczy każdego. Prezydent oczekuje od premiera jednego warunku. No, poza tym, by kandydat na premiera nie opowiadał jakichś niestworzonych rzeczy o tym, w jakim kierunku chce realizować polskie sprawy, bo to wówczas też wpływałoby na decyzję prezydenta. Ale zakładajmy sytuację normalną: jest poważny polityk, ma swoją wizję rozwoju kraju, wyborcy popierają tę wizję, nawet jeśli prezydent jej w całości nie podziela, to jest lojalny wobec konstytucji, wyniku wyborczego i temu człowiekowi powierza misję tworzenia rządu. Ale prezydent, niezależnie, czy to jego przyjaciel, czy osoba, która mu nie podaje ręki, nie powierzy misji sprawowania rządu osobie tylko dlatego, że względnie wygrała wybory.

POWYBORCZE KOMENTARZE

*Wybory 2011. Tusk: Miłość jest ważniejsza od władzy. Nie zmieniłem tego poglądu
* Palikot: To niesamowite, że miliony Polaków chcą przyjaznego państwa
* Napieralski: To była najtrudniejsza kampania wyborcza od lat
* Pawlak: Wynik PSL lepszy od SLD to znak na dobrą kontynuację współpracy z PO
* Kaczyński: Prędzej czy później zwyciężymy. Będziemy mieli w Warszawie Budapeszt (VIDEO)
* Prof. Markowski: Pomoc Kościoła w wyborach niewiele już znaczy. To początek sekularyzacji
Ale mieliśmy do czynienia z rządami mniejszościowymi.
Owszem, takim rządem był rząd premiera Marka Belki czy premiera Kazimierza Marcinkiewicza, ale rząd mniejszościowy też musi uzyskać zaufanie parlamentu większością głosów. Nie można Polską rządzić, jeśli się w dwa tygodnie po nominacji premierowskiej nie zyska poparcia Sejmu bezwzględną większością głosów. Liderowi ugrupowania, które wygra wybory, jest łatwiej montować koalicję w parlamencie, ale przecież nietrudno sobie wyobrazić sytuację, że można względnie wygrać wybory i można nie stworzyć koalicji większościowej. W takiej sytuacji w Polsce była endecja, która względną większością głosów wygrała wybory, ale miała ogromne kłopoty ze znalezieniem koalicjanta.

Załóżmy, że to PiS wygrywa wybory. Prezes Jarosław Kaczyński od dłuższego czasu zapowiada, że chce stworzyć rząd jednopartyjny, ale też nieraz zaskakiwał, jeśli chodzi o tworzenie rządu czy koalicje. Może i w takiej sytuacji szykuje jakąś niespodziankę?
Nie wykluczam. Po to są konsultacje, aby prezydent mógł dzięki nim ustalić dwie rzeczy: ile liderzy ugrupowań potrzebują czasu, żeby normalnie funkcjonować w Sejmie. Prezydent chciałby zwołać pierwsze posiedzenie Sejmu, gdy już ugrupowania parlamentarne będą gotowe do działalności parlamentarnej. Drugi element konsultacji polega na tym, że prezydent w rozmowie z liderem ugrupowania, który wygra wybory, będzie miał okazję się przekonać, na ile ma on szansę na stworzenie koalicji większościowej. Lider może oczywiście powiedzieć, że wszystkie dziewczyny we wsi są moje, wszystkie mi obiecały zamążpójście, ale prezydent sprawdzi to też w rozmowie z tymi dziewczynami. Z tych rozmów nie będzie ulegało wątpliwości, kto ma szansę na koalicję.

Ale może się przecież stać i tak, że tworzeniem tego gabinetu zajmie się lider partii, która nie wygra wyborów. Myśli Pan, że szansę mają i Waldemar Pawlak, i Grzegorz Napieralski, i Janusz Palikot?
Uciekam od nazwisk. Mnie jako historykowi II Rzeczypospolitej jest bardzo łatwo odpowiedzieć na pani pytanie, odnosząc się do tamtej rzeczywistości. Bo chociaż uprawnienia konstytucyjne głowy państwa były trochę inne w konstytucji marcowej niż w naszej i prezydent III RP ma więcej uprawnień, to jest pewna analogia. W konstytucji marcowej i obecnej jest zapis, że to prezydent powołuje premiera. W okresie międzywojennym, po wyborach sejmowych lub po upadku gabinetu, na Konwencie Seniorów w Sejmie politycy wyłaniali ze swojego grona kandydata na premiera. Zdarzało się, że zostawał nim nie lider ugrupowania, ale osoba z boku polityki. I prezydent powierzał mu misję sformułowania gabinetu. Teraz będzie inaczej, bo to prezydent w indywidualnych rozmowach zorientuje się, kto może być kandydatem na premiera i powierzy misję stworzenia rządu osobie, która z tych konsultacji będzie się jawiła w sposób graniczący niemal ze stuprocentową pewnością, że po nominacji zyska votum zaufania w parlamencie. Obecnie w grę wchodzą dwa nazwiska: prezes PiS Jarosław Kaczyński i przewodniczący PO Donald Tusk. Ale przecież historia może się potoczyć zupełnie inaczej.

Na przykład jak w 2005 r., kiedy po wygranych przez PiS wyborach to nie Jarosław Kaczyński, ale Kazimierz Marcinkiewicz został premierem.
Jarosław Kaczyński nawet przysiągł narodowi, że premierem nie będzie. Wskazał Kazimierza Marcinkiewicza, ale okazało się, że jego przysięga trwała krótko. Jeśli tu będzie taka sytuacja, że większościową koalicję stworzy prezes Kaczyński, ale powie: "Panie prezydencie, uzgodniliśmy, że premierem będzie inny polityk", to prezydent to uszanuje. Jeśli Donald Tusk powie: "Panie prezydencie, ustaliliśmy z partią X i partią Y, że stworzymy rząd, a naszym kandydatem na premiera jest pan Z", to prezydent też to uszanuje.

POWYBORCZE KOMENTARZE

*Wybory 2011. Tusk: Miłość jest ważniejsza od władzy. Nie zmieniłem tego poglądu
* Palikot: To niesamowite, że miliony Polaków chcą przyjaznego państwa
* Napieralski: To była najtrudniejsza kampania wyborcza od lat
* Pawlak: Wynik PSL lepszy od SLD to znak na dobrą kontynuację współpracy z PO
* Kaczyński: Prędzej czy później zwyciężymy. Będziemy mieli w Warszawie Budapeszt (VIDEO)
* Prof. Markowski: Pomoc Kościoła w wyborach niewiele już znaczy. To początek sekularyzacji
Niedawno mówił Pan, że prawdopodobna byłaby koalicja PO-PiS. To Pańskie marketingowe zagranie utrwalające wizerunek otwartości na dialog z PiS? Trudno sobie wyobrazić koalicję PO z PiS, z liderami Jarosławem Kaczyńskim i Donaldem Tuskiem. Ale może byłoby to prawdopodobne, gdyby w grę wchodził Grzegorz Schetyna?
Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie takiej koalicji. To są zbyt konkurencyjne wizje Polski. Taka koalicja może zaistnieć tylko w sytuacji autentycznego niebezpieczeństwa grożącego krajowi. W II Rzeczypospolitej nikt nie mógł sobie wyobrazić koalicji PPS z Narodową Demokracją, a taka koalicja w 1920 roku, latem, powstała. Powstał Rząd Obrony Narodowej, w którym ludowiec był premierem, wicepremierem był socjalista, a ministrami byli endecy. Ale na szczęście takiej sytuacji dzisiaj nie ma i nie sądzę, aby ona miała miejsce.

O takiej koalicji powiedział Pan w kontekście dwóch książek, jakie wydano podczas kampanii: Janusza Palikota i Jarosława Kaczyńskiego.
Chciałem ukazać obłudę argumentacji PiS-owskiej, bo jednym z ukochanych motywów PiS przed wyborami było straszenie Polaków koalicją PO z Ruchem Palikota i twierdzeniem, że Ruch Palikota to piąta kolumna PO. Kiedy jako historyk czytałem te dwie książki, to po słowach, które o PO napisał Palikot, i po słowach, jakie o PO napisał Kaczyński, uważam za bardziej prawdopodobną koalicję PO z PiS, bo Palikot swój most z PO w tej książce spalił. Prezes PiS ten most podpalił, ale tam przynajmniej zostały jeszcze jakieś zgliszcza, po których można by przeskoczyć.

Czy po tym, co Janusz Palikot napisał o ludziach PO, prezydent nie zmieni swojego zdania i nadal, jak mówił, będzie wierny przyjaźni z nim?
Nie, nie. Mogę powiedzieć za prezydentem, że dementuje on twierdzenia wychodzące ze strony PiS, iż w obecnych działaniach Janusz Palikot jest przez niego wspierany. To bzdura. Przebywam wiele godzin w Pałacu Prezydenckim i nigdy Janusza Palikota w Pałacu nie widziałem. Wydaje mi się, że panowie nie spotkali się po wyborach prezydenckich, choć nie mogę wykluczyć, że mogli się gdzieś o siebie otrzeć. Ale prezydent podkreśla, że nie zamierza się wypierać swojej znajomości z Palikotem. Bo jeśli przeżył sympatyczne, piękne chwile z kimś w przeszłości, to dlaczego teraz ma się tego wypierać i wyrzucać go z pamięci. I mnie się taka postawa podoba.

Rozmawiała Anita Czupryn

POWYBORCZE KOMENTARZE

*Wybory 2011. Tusk: Miłość jest ważniejsza od władzy. Nie zmieniłem tego poglądu
* Palikot: To niesamowite, że miliony Polaków chcą przyjaznego państwa
* Napieralski: To była najtrudniejsza kampania wyborcza od lat
* Pawlak: Wynik PSL lepszy od SLD to znak na dobrą kontynuację współpracy z PO
* Kaczyński: Prędzej czy później zwyciężymy. Będziemy mieli w Warszawie Budapeszt (VIDEO)
* Prof. Markowski: Pomoc Kościoła w wyborach niewiele już znaczy. To początek sekularyzacji

***

CZYTAJ TEŻ: Frekwencja wyborcza do godz. 18 wyniosła 39,65 proc. (INFOGRAFIKA)

ZOBACZ TEŻ: Wyniki wyborów 2011: Euforia i smutek sztabów wyborczych

CZYTAJ TEŻ: PKW podała błędną frekwencję dla gminy Gorzków. Głosowało nie 51,28 proc., ale 16,6 proc.

CZYTAJ TEŻ:97 razy naruszono ciszę wyborczą. Jeden z serwisów opublikował sondaż

CZYTAJ TEŻ: Kaczyński z ''aniołkiem'', Tusk z żoną i córką. Zobacz jak głosowali (GALERIA)

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

W dniu kiedy Kaczyński zawarł by jakąkolwiek koalicję z PO oddaje legitymację członka PIS. Powtarzam z PO nie może być żadnej koalicji,chyba żeby kierownictwo PO i prezydent staneli przed
trybunałem stanu, a PO została zdelegalizowana ,a członków PO i ich wyznawców zamknięto do Tworek bo tam ich miejsce.

W
WOJTEK

najglupszy ma najwiecej do powiedzenia

G
Gazda z Diabelnej

Panie Ministrze stara prawda brzmi że do tanga trzeba dwojga. PiS-owi w chwili obecnej i dopóki Prezesem będzie Prezio wcale nie zależy na Polsce ich dewizą jest im gorzej tym lepiej i oni będą robić wszystko aby to autentyczne niebezpieczeństwo stało się faktem. Czymże jest podważanie struktury państwa ogłaszanie że Prezydent jest wybrany przez przypadek odmawianie udziału w RBN a to jest obowiązek każdego polityka bo za to ma płacone. Czymże jest sianie fermentu i oskarżanie rządu Premiera i Prezydenta o katastrofę Smoleńską przecież Prezio ogłaszał na Krakowskim Przedmieściu że zostali zdradzeni o świcie. A podważanie ustaleń Komisji Milera komisji powołanej przez organa państwowe. A czym była wycieczka Macierewicza i Fotygi do USA jak nie wotum nieufności wobec Polski. A cała ta komisja parlamentarna Macierewicza opłacana z naszych podatków to jeden wielki cyrk. Nie panie ministrze do tanga trzeba dwojga a z głuchym na argumenty w dodatku kulawym i felernym nie potańczy.

Dodaj ogłoszenie