Nałęcz: Narutowicza zaatakowano jako symbol, a nie głowę państwa. Na tym polega absurd

Agaton Koziński
Prof. Tomasz Nałęcz, historyk, polityk. Doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego
Prof. Tomasz Nałęcz, historyk, polityk. Doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego Bartek Syta/Polskapresse
- Za każdym razem zamach na głowę państwa jest de facto zamachem na państwo. Bez względu na to, jak pokręconej argumentacji używałby zamachowiec, jego akt będzie dowodem na to, że nie akceptuje on kraju, w którym dopuścił się tego czynu. Choć zabójstwo prezydenta Narutowicza, którego dokonał 16 grudnia 1922 r. Eligiusz Niewiadomski, jest w pewien sposób powiązane z historią Polski - mówi prof. Tomasz Nałęcz w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Zbliża się 90. rocznica zabójstwa Gabriela Narutowicza. Czy morderstwa prezydentów, królów, władców to za każdym razem przejaw słabości państwa?
Za każdym razem zamach na głowę państwa jest de facto zamachem na państwo. Bez względu na to, jak pokręconej argumentacji używałby zamachowiec, jego akt będzie dowodem na to, że nie akceptuje on kraju, w którym dopuścił się tego czynu. Choć zabójstwo prezydenta Narutowicza, którego dokonał 16 grudnia 1922 r. Eligiusz Niewiadomski, jest w pewien sposób powiązane z historią Polski. I nie tą dalszą, z czasów I Rzeczypospolitej, tylko z wydarzeniami, które miały miejsce bezpośrednio przed czynem, którego Niewiadomski dopuścił się w Zachęcie. Trzeba pamiętać, że do 1918 r. Polski nie było na mapach. Taki stan rzeczy zmuszał Polaków do walki z państwem - dla nich ówczesne władze państwowe były jednocześnie władzami okupacyjnymi. Oni toczyli z nimi walkę na śmierć i życie i każda broń była dobra do realizacja własnych celów.

Dlatego Józef Piłsudski nie miał oporów przed wysadzaniem pociągów.
Właśnie. Choć przed nim też Polacy sięgali po broń, by walczyć z zaborcami o własne państwo, w ten sposób zrodziła się nasza piękna tradycja powstańcza. W XX w. ona ewoluowała, przybrała formę wielkich poruszeń ludowych, z kolei ówczesne elity prowadziły działania, do którego najlepiej pasuje słowo "terrorystyczne" - choć my uciekamy od tego określenia.

Nie mówimy o terrorystach, tylko o partyzantach.

Partyzanci mimo wszystko działają trochę inaczej, natomiast to, co robiła na przykład Organizacja Bojowa PPS, było typowym terroryzmem. Oni przecież regularnie przeprowadzali zamachy na przedstawicieli władzy różnego szczebla, rzucali bomby. Zresztą byli w tym bardzo skuteczni, w 1905-1906 r. władza rosyjska była właściwie sparaliżowana przez ich działania. Innymi słowy, Polacy przez pokolenia doskonalili metody walki z władzami. To miało swój wpływ na kulturę polityczną II Rzeczypospolitej. Dziś mało się o tym mówi, ale taka sytuacja bardzo obciążała życie w wolnej Polsce. W zaostrzającej się rywalizacji politycznej nikt nie miał oporów przed sięgnięciem po przemoc. I im dalej państwo odchodziło od 1918 r., tym to zjawisko się nasilało. Coraz częściej sięgano po metody, które Polacy stosowali do walki z zaborcami. Jednak o ile łatwo znaleźć usprawiedliwienie takich działań w stosunku do władz obcych, to już trudniej wobec własnych.

Ale wytworzył się precedens. W końcu to Polak Ignacy Hryniewiecki zabił cara Aleksandra II w 1881 r.
Choć tego nie zrobił z pobudek patriotycznych, on był bardziej rosyjskim rewolucjonistą. Zresztą następcy zamordowanego cara Aleksander III i Mikołaj II cofnęli Rosję w rozwoju, zaczęli konserwować system, który Aleksander II - zmuszony zresztą do tego m.in. powstaniem styczniowym - próbował reformować. Choć nieprzypadkowo wśród wielu ruchów stricte rosyjskich było wielu Polaków - w końcu to my byliśmy tym narodem niepokornym, który miał własne porachunki z caratem. Do czynów terrorystycznych niejako zachęcał też despotyczny charakter Rosji. Proszę zwrócić uwagę, że takie sytuacje właściwie nie miały miejsca w Galicji - ale tam obowiązywała demokracja, istniały normalne, legalne formy upominania się o własne prawa. W Rosji carskiej nie było takich możliwości, co prowadziło do radykalizacji nastrojów. Patriota żyjący w zaborze rosyjskim nie miał żadnych dylematów moralnych przed sięgnięciem po pistolet czy bombę i wymierzeniem jej w przedstawiciela władzy. Ta klątwa z czasów zaborów przeszła do wolnej Polski. Czuć to, gdy się czyta zeznania Eligiusza Niewiadomskiego z procesu, jaki mu wytoczono po zabójstwie prezydenta Narutowicza. On niczego nie ukrywał. Bardzo szczerze mówił o swojej motywacji, podkreślał, że uważa Narutowicza za zakałę - tak samo jak wcześniej traktowano rosyjskiego gubernatora. Dla niego demokratycznie wybrany prezydent nie był uosobieniem Rzeczypospolitej, tylko zawadą, którą należy usunąć.

Sprowadzając Pana wywód do jednego zdania, trzeba napisać: zabójstwo Narutowicza było dowodem słabości państwa.
Nie, to zbytnie uproszczenie. Tak naprawdę prawda o tym morderstwie była dużo bardziej trywialna. Proszę pamiętać, że wtedy właściwie nie ochraniano najważniejszych osób w państwie, zatem takie zabójstwo było stosunkowo łatwo przeprowadzić. Adiutant towarzyszący prezydentowi pełnił bardziej funkcje reprezentacyjne, on właściwie przed niczym nie ochraniał. Dlatego samego aktu zabójstwa nie wiązałbym z kondycją państwa. Natomiast dowodem jego słabości było to, co się wydarzyło przed tym morderstwem i po nim. Wtedy doszło do prawdziwej kampanii nienawiści wokół demokratycznie wybranego prezydenta. Opozycja przegrała głosowanie - nie w wyniku kuglarstwa, tylko w wyniku twardej gry politycznej - ale nie akceptowała jego wyników i próbowała za pomocą buntu ulicznego zmienić demokratyczny werdykt parlamentu. To był dowód słabości państwa.

A raczej słabość ówczesnych polityków, którzy nie mieli innego pomysłu na to, jak przejąć władze w kraju.
Zabójstwo Narutowicza nie miało bezpośredniego wpływu na życie polityczne II Rzeczypospolitej. W tym przypadku nie działała logika: zabiję prezydenta, zmienię losy państwa. To się nie sprawdzało przede wszystkim dlatego, że prezydent nie był silnym politykiem, to nie był człowiek, który rozdawał karty w politycznej grze. Takiej motywacji można by się doszukiwać, gdyby doszło do zamachu na Józefa Piłsudskiego - który zresztą Niewiadomski też planował. Narutowicz był ofiarą kampanii nienawiści rozpętanej przez endecję, zaatakowano go jako symbol. Na tym polega absurd jego śmierci. Choć niewątpliwie odcisnęła ona swe piętno na ówczesnym życiu politycznym. Lewica uznała, że endecja jako partia jest nieodpowiedzialna i bezwzględna w walce o władzę - i też nie miała zahamowań przed odsunięciem siłą endecji od władzy.

Józef Piłsudski nie miał oporów przed zorganizowaniem przewrotu majowego w 1926 r., mimo że w ten sposób pozbawiał rządów demokratycznie wybranego prezydenta. Jednak mimo że naczelnik wprowadził wtedy w Polsce system właściwie autorytarny, to dziś w kraju wspomina się go ciepło. Czy nie kryje się za tym tęsknota za rządami silnej ręki?
Sięganie po gwałt i przemoc w II Rzeczypospolitej tłumaczyłbym przede wszystkim przeszłością zaborów. Bez względu na to, czy w ten sposób działał szaleniec - Niewiadomski bez dwóch zdań nim był - czy ówcześni politycy. Także Józef Piłsudski, który bez oporów sięgnął po przemoc w 1926 r. czy jesienią 1930 r., kiedy sięgnął po nagą, czystą przemoc i represje wobec swych politycznych przeciwników. Gwałt był wkomponowany w dzieje II Rzeczypospolitej jako przemyślany sposób działania, który w dodatku nie delegitymizował społecznie. Polacy uruchamiali kalki myślowe sprzed 1918 r. i akceptowali tego typu radykalizmy. Wykorzystywali to politycy. Każdy z nich wychodził z założenia, że jego wizja Polski jest jedyną słuszną, i za wszelką cenę, drogą uzurpacji, starał się ją zrealizować.

Twierdzi Pan, że politycy w II RP uzurpowali sobie prawo do jedynej słusznej koncepcji państwa. Ale czy nie było tak zawsze? Stare powiedzenie mówi, że historię piszą zwycięzcy. Ówczesnym zwycięzcą był Piłsudski i dziś go idealizujemy. Ale czy nie byłoby inaczej, gdyby władzę w kraju objął Roman Dmowski?
Zgoda. Choć proszę też pamiętać, że Dmowski przegrał w starciu z Piłsudskim jako polityk, ale przegrała także jego koncepcja polityczna: ciasny nacjonalizm, walka z mniejszościami, fascynacja dyktaturą. Dziś tym trudniej się do niego odwoływać, bo jego poglądy kompletnie nie przystają do współczesności. Ale na pewno gdyby w 1926 r. zatriumfowały pułki wierne rządowi, to nie mielibyśmy dzisiaj mitu Piłsudskiego. On w legalnym procesie zostałby skazany przez sąd wojenny jako zamachowiec, ale raczej nie na karę śmierci. A później w literaturze, podręcznikach szkolnych uzasadniano by, że Piłsudski był właściwie szkodnikiem, górę wzięłaby czarna legenda, którą przez laty starali się budować wokół niego endecy.

Jeszcze raz wrócę do wcześniejszego pytania. Na ile mit o Piłsudskim, jaki dziś trwa w Polsce, jest zbudowany na jego osiągnięciach, odbudowie państwowości kraju, a na ile jest on podszyty atawistyczną tęsknotą za rządami silnej ręki?
Legenda, kult Piłsudskiego to bez dwóch zdań efekt jego działań na rzecz niepodległości kraju. Naczelnik jest symbolem niepodległości, determinacji i skuteczności w walce o Polskę niezawisłą, wielu Polaków zostało trwale przekonanych do tego, że wolność kraju zawdzięczamy w dużej mierze jemu. Taki stan rzeczy to po części uczciwa ocena jego osiągnięć, a po części pięknej legendy, którą udało mu się zbudować. To sprawia, że Polacy są bardzo tolerancyjni dla tych kart w życiorysie Piłsudskiego, które nie są tak piękne. Największy kłopot mamy z ostatnimi latami jego życia, czasem, gdy on stał się właściwie dyktatorem, autokratą bardzo brutalnie rozprawiającym się z rywalami politycznymi. I nie tylko - on przecież w ten sam sposób traktował swych przyjaciół. Listę osób, które miały trafić do Brześcia, akceptował osobiście, stawiając przy kolejnych nazwiskach słynne kondemnatki. Najwięcej na tej liście znalazło się socjalistów. Wprawdzie ominął swoich przyjaciół z dawnych czasów, z którymi walczył w legionach - mimo że dużą część z nich darzył już wtedy ogromną nienawiścią - ale trafiło do Brześcia wielu młodych socjalistów, oni nie byli jego towarzyszami broni.

Pan twierdzi, że Polacy są tolerancyjni wobec tej części życiorysu Piłsudskiego. A może ona jest integralną częścią jego mitu?
Być może. Jest w nas tęsknota za przewodnikiem, patriarchą, który wie lepiej, któremu możemy zaufać, w cieniu którego czujemy się bezpiecznie. W Polsce tę tęsknotę najlepiej uosabia Jan Paweł II. Niewielu Polaków broniło własnego zdania, własnej podmiotowości w obliczu papieża. Każdy w jego towarzystwie wyrzekał się swego prawa do wolności i nie uważał tego za ograniczenie, wiedział bowiem, że decyzje podejmowane przez Ojca Świętego będą trafniejsze niż jego własne. Podobny tok rozumowania dotyczył wielu osób w otoczeniu Piłsudskiego. Takie były powszechne nastroje w 1935 r., gdy Marszałek umierał, wielu Polaków wtedy pytało: co z nami będzie. Trudno im było wyobrazić sobie kraj bez niego, nie widać było osoby, która byłaby w stanie zastąpić go na czele kraju. Generalnie tęsknota za tym, żeby znaleźć gwarancje zasadności decyzji, ich optymalnego kształtu w postaci wielkiego formatu, jest silniejsza niż demokracja.

Dziś w Polsce XXI w. też czuć tę tęsknotę?
Też, oczywiście. Choć na pewno natężenie tej tęsknoty się zmienia. Polska ciągle się demokratyzuje, coraz więcej wiemy o polityce, coraz uważniej patrzymy politykom na ręce, jesteśmy coraz bardziej podmiotowi - a wszystkie te zjawiska sprawiają, że rządy silnej ręki są coraz mniej realne, ale też coraz rzadziej są marzeniem wyborców. Choć łaknienie wielkiego lidera podnosi się w niespokojnych czasach. Gdy jest trudniej zidentyfikować drogę przed nami, im okoliczności są trudniejsze, tym chętniej szukamy przewodnika. Tak samo jest w życiu codziennym. Gdy idziemy codziennie tą samą trasą do pracy, nikomu nawet do głowy nie przyjdzie zapytać kogoś o drogę. Ale wchodząc do ciemnego lasu, instynktownie rozglądamy się za przewodnikiem. Tak samo jest w polityce. Ale im spokojniejsze czasy, tym zapotrzebowanie na wielkich przewodników maleje. Bardzo często politycy, którzy chcą oprzeć politykę na swym osobistym przywództwie, stosują jedną sztuczkę: wmawiają, że czasy są ciężkie. To popularny zabieg. Tacy politycy kreują rzeczywistość na własne potrzeby, wmawiając wszystkim, że czasy są niebywale ciężkie, za chwilę nadejdzie apokalipsa, wszystko się zawali. Im dany polityk bardziej forsuje swoje przywództwo, tym straszniejszy obraz rzeczywistości rysuje - bo w takiej sytuacji przewodnik staje się niezbędny.

Rozmawiał Agaton Koziński

Wideo

Komentarze 8

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Grotek
Ten caly Nalecz to nie hisoryk a histeryk boi sie o Komorowskiego bo straci posade stad jego wypowiedz
L
Leszek M.
Nie cytować tego czerwonego khmera Nałęcza. To dupowaty historyk z PZPRu
31 węzłowy Burke
dał głos. Jak zwykle , bez sensu , bez rozumu. Ale ONO tam ma .
z
zwolennik PO wiejski
on POwinie juz 20 lat pracować na zmywaku w Irlandi,no ale kacyki PZPRowske za gorzałę w Magdalence sprawę załatwili z noblistą,a my uczciwi nie mamy co włozyc do garnka,zarabiamy 1000zł.bez składki emerytalnej.
M
Mowa POtoczna
a nawet przemysł nienawiści w stosunku do PiS i J.Kaczyńskiego kwitną w III RP. Olejnik, Lis, Kuczyński i paru innych POlitruków to wzorowi funkcjonariusze tego przemysłu. Gdyby tak funkcjonowała jakakolwiek inna gałąź przemysłu, bylibyśmy światową potęgą gospodarczą.
G
Gość
Wdzięcznym obiektem nagonki pani gospodyni i jej zaprzyjaźnionej sfory był Jarosław Kaczyński...

Kiedy Sasin protestował: pani redaktor, tylu na jednego i pani się przyłącza (do UJADANIA - to moje dopowiedzenie), Olejnikowa stwierdziła szyderczo: takie jest życie!
p
polo
Skąd ta nagła troska sowieckiej agentury zainstalowanej w Pałacu, o pamięć i przypominanie polskiej historii?
W jakim celu sowieciarze którzy doszli do władzy na szczuciu L. Kaczyńskiego
i w końcu smoleńskiej tragedii, zamierzają wykorzystać postać G. Narutowicza?

Jedno jest pewne.
Osobnicy ci, nie robią tego bezinteresownie i wkrótce Polacy
dowiedzą się, jaki był prawdziwy powód nagłego "powrotu do przeszłości".
G
Gość
Skończyło się tragicznie. Zabójcę Gabriela Narutowicza - znamy, w sprawie śmierci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w dalszym ciągu toczy się śledztwo i "śledztwo". Wiemy o rażących zaniedbaniach, wręcz sabotażu w stosunku do osoby Pana Prezydenta (rządowa komisja Millera posunęła się nawet do sfałszowania amerykańskiej analizy). Winni chodzą wolni. I to jest ta różnica.
Dodaj ogłoszenie