Na Śląsku nie brakuje zwyczajnych superbohaterów

Grażyna Kuźnik
Supermeni z komiksów rodzili się z naszych tęsknot za dobrem, które zawsze wygrywa. Dlatego mieli wyjątkowe moce. Ale zwykli ludzie też potrafią odkryć je w sobie, gdy trzeba ratować cudze życie. Pisze o tym Grażyna Kuźnik.

Pod ziemią

Lekarz Artur Wełna wyciągnął z zapadliska rannego górnika. Wypadek w kopalni Rydułtowy-Anna, noc, 22 października 2010 roku. W drążonym wyrobisku następuje zawał, czterech górników zostaje przysypanych. Do jednego z nich, ciężko rannego, prowadzi tylko wąska szczelina; w każdej chwili może się osunąć. Wtedy spadnie na nią ciężar kilometra ziemi i skał, jakie nad nią wiszą. Ale jeśli kanał jeszcze trochę wytrzyma, to uda się wyciągnąć człowieka i go uratować.

ZOBACZ: MIĘDZYGALAKTYCZNY ZLOT SUPERBOHATERÓW W BYTOMIU [ZDJĘCIA]

Przed wyrwą stoi lekarz Artur Wełna i podejmuje najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. Błyskawicznie ocenia zagrożenia. Ma do wyboru - czekać na odkopanie górnika, posłać w tunel kogoś wyszkolonego w takim ratowaniu lub wpychać się w czeluść samemu. - Nie miałem czasu do stracenia, więc wszedłem sam. Parametry życiowe górnika mi siadały - mówi lekarz.

Dotąd w Polsce nie było podobnej interwencji lekarskiej. Służby medyczne zwykle czekają na rannych w bazie. Ale Artur Wełna zjechał na dół, a potem, ryzykując własnym życiem, wczołgał się w zapadlisko, podał górnikowi lekarstwo i wyciągnął go w bezpieczne miejsce. Miał zdarte ubranie, uszkodzony kask, ale nie czuł żadnego bólu. Górnik żył.

- Granica między odwagą a głupotą jest płynna. Zrobiłem wszystko, żeby jej nie przekroczyć - wspomina lekarz. - Oceniłem, że trzeba ryzykować, bo górnik był bardzo wyczerpany. Szczelina w rumowisku nie była zabezpieczona, ale uznałem, że zdążymy z niej wyjść. Sytuacja była groźna. Liczyła się każda sekunda.

Uratowany górnik, 43-letni Czesław Stajer, pamięta tylko, że był półprzytomny, gdy dotarł do niego lekarz, podał mu leki, a potem ciągnął za ręce ku powietrzu. Wyczołgali się cudem z zapadliska.
- Uprzedziłem go, że dostanie silne lekarstwa i wszystko będzie dobrze, jeśli tylko postara się ze mną wyjść. Bo w tamtej dziurze zginie - dodaje lekarz. Z czwórki zasypanych górników dwóm udało się wydostać o własnych siłach, jeden został wyciągnięty, jeden zginął na miejscu.

Czesław Stajer leżał w rybnickim szpitalu, jest jeszcze na zwolnieniu lekarskim do połowy kwietnia tego roku. Nie wiadomo, czy wróci do pracy pod ziemią. - Dyskretnie mam na oku jego stan zdrowia. O ile wiem, nie dzieje się nic złego - mówi z uśmiechem Artur Wełna.
Pracuje w ratownictwie górniczym od ponad dwunastu lat, jest szefem służby medycznej przy Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Wodzisławiu. Ma żonę Benitę i trzy córki - 15-letnią Olę i 11-letnie bliźniaczki, Natalię i Wiktorię. Dla swoich pań i bez tego wydarzenia byłby bohaterem.

- Żona o wszystkim dowiedziała się już od moich kolegów, zanim z nią porozmawiałem - wspomina lekarz. - Przeraziła się i ucieszyła. Chyba jednak jest przyzwyczajona do tego, żeby się trochę o mnie bać. Nie tylko pracuję w ratownictwie górniczym, ale też jestem zapalonym motocyklistą. Przed każdym moim wyjazdem żona się denerwuje.

Jego praca ma to do siebie, że czasami nic wielkiego się nie dzieje, ale zdarza się też prawdziwa tragedia. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie dzień. - W tej historii najbardziej cieszy mnie to, że szedłem po żywego. To uskrzydla - przyznaje lekarz. - Bo najgorsze jest wtedy, gdy mimo wysiłku nas wszystkich, nie zdążmy.

W powietrzu

Sławków, stara cegielnia. Na szczycie komina o wysokości 30 pięter, siedzi przerażony mężczyzna. Pod wpływem alkoholu czuł się niepokonany, ale na górze wpada w panikę. Ogarnia go koszmarny strach. Żart losu sprawia, że to właśnie strażak, starszy aspirant Wojciech Strach z Radzionkowa ratuje mu życie. - Z tego komina to było widać Kraków - przypomina sobie strażak. - Było się czego bać.

Sprowadzenie z niebotycznej wysokości kogoś niezrównoważonego to zadanie nie dla każdego. Wojciech Strach zgłasza się na ochotnika.

- Było ryzyko, oczywiście - przyznaje. - Ale czułem się przygotowany do takich zadań. Nasza jednostka specjalizuje się w ratownictwie na wysokościach. Każdy z naszej szóstki byłby do tego gotowy.

Strażacy podnieśli ochotnika na wysięgniku tylko do wysokości 45 metrów. Dalej wspinał się sam. Niełatwo było ubrać desperata w trójkąt ratowniczy. Potem mężczyzna w panice zaczął odpychać ratownika. W pewnej chwili strażak wisiał tylko na rękach. Przerzucił sobie desperata przez ramię i w końcu obydwaj znaleźli się na ziemi. Mężczyznę zabrano do izby wytrzeźwień. - Minęły cztery lata, nie widziałem go więcej. Mam nadzieję, że wiele przemyślał - mówi jego ratownik.
Wojciech Strach jest strażakiem od prawie od 30 lat. Jest jednym z najlepszych w kraju specjalistów od ratownictwa na wysokościach.

Pod wodą

Popołudnie w styczniu tego roku. Na ulicę Kłokocińską w Żorach, blisko stawu Papierok, wybiegają dwaj nastoletni chłopcy. Przemoczeni krzyczą i zatrzymują samochody. Większość nie reaguje. Ktoś się zatrzymuje, ale zaraz odjeżdża. Potem jednak stanęła ciężarówka. Kierowca wysłuchał przerażonych chłopców i natychmiast pobiegł z pomocą. Dzięki temu 10-letni Gabryś Orszulik nie utopił się w stawie. Kierowca uratował mu życie. Krzysztof Kucięba, mieszkaniec Czerwionki-Leszczyn, mówi spokojnie: - Zachowałem się tak jak należało. Chodziło o życie dziecka.
Wiedział, jak bardzo ryzykuje, lód na stawie był bardzo cienki,.

Wziął z samochodu pas do spinania towaru. Biegnąc nad staw zrzucił kurtkę, dzwonił na policję. W wodzie tonął chłopiec. Położył się na lodzie, ale lód załamał się pod nimi i wpadł do wody. Wydostał się i leżąc na kruchym lodzie znowu rzucił tonącemu pas. Kolega z ciężarówki trzymał go za nogi. Wydostali Gabriela z wody. Dopiero wtedy chłopcy opowiedzieli, co się stało. Bracia i ich kolega nudzili się i poszli nad staw. Chodzili po lodzie, ale nagle lód załamał się i wszyscy wpadli do lodowatej wody. 15-letni Kamil wydostał się, wyciągnął 12-letniego kolegę, ale nie dał rady sam pomóc Gabrysiowi. Woda zabrała 10-latka za daleko od brzegu. Ratunek przyszedł w ostatniej chwili. Dzisiaj Gabryś czuje się dobrze. Matka chłopców uważa, że pan Krzysztof jest prawdziwym superbohaterem. A on twierdzi, że jest po prostu przyzwoitym człowiekiem.

Superman - legenda komiksu

"Tak chciałbym zostać Supermanem, przelecieć z chmury wprost na ziemię, z wielkiej sekwoi ściągnąć kotka i trafić szóstkę w totolotka".

Pierwszy w historii komiksu superbohater wciąż pobudza naszą wyobraźnię, także internetowych poetów. Ale uwodzi już od 1938 roku, gdy zwykłym Ziemianom nawet nie śniło się o internecie. Superman objawił się autorom komiksów Joe Shusterowi i Jerry'emu Siegelowi. I już z nami został, zyskując coraz większe moce. Najpierw był szybszy od lecącej kuli i skakał przez najwyższe budynki. Potem otrzymał laserowy wzrok i zdolność latania, a w końcu odporność na wybuch bomby atomowej.

Urodził się na Kryptonie, planecie skazanej na zagładę. Rodzice umieścili go w statku kosmicznym na chwilę przed eksplozją... Ale to przecież każdy zna. Znamy, znamy, ale chętnie posłuchamy jeszcze raz.

Supergirl - kuzynka Supermana

"OK, zgubiłam się na drodze, ale jestem supergirl, a supergirl nie płaczą" - pokpiwa z superdziewczyny niemiecki zespół rockowy Reamonn w znanej piosence. Na planecie Krypton, gdzie urodził się Superman, ustawę o równości płci wprowadzono o wiele wcześniej niż na Ziemi. Nic dziwnego, że właśnie stamtąd wywodzi się Supergirl. Ona też przeżyła katastrofę rodzimej planety i przybyła na Ziemię, jak jej kuzyn Superman. Tyle że nie w statku, ale w deszczu meteorytów. Po raz pierwszy dała o sobie znać w 1959 roku w komiksach poświęconych kuzynowi, ale w 1972 doczekała się już własnej serii. Nakręcono również o niej film w 1984 roku. Supergirl ma na imię Kara Zor-El i mnóstwo przygód. Ratuje ludzkość, a nawet samego Supermana za pomocą swoich bransoletek. Zrezygnowała jednak z pracy zawodowej superbohaterki, kiedy się zakochała. Teraz jest Superżoną.

Batman Mroczny Rycerz

"Zorro z Batmanem pomyka, wesoło dziś gra muzyka" - to murowany przebój wszystkich balów przedszkolaków. Bo Batmana znają nawet najmłodsze dzieciaki.

Batman, czyli człowiek-nietoperz, po raz pierwszy pojawił się w 1939 roku dzięki wyobraźni Boba Kane'a. Od razu zdobył taką sławę, że niektórzy uważają go za większego bohatera od Supermana. Co potrafi Batman? Właściwie nie ma żadnych specjalnych umiejętności, ale jest bogaty, zwinny, szybki i nienawidzi zła. Korzysta z różnych gadżetów, które chowa w specjalnym pasie. Sam jego wróg Joker zachodzi w głowę, pytając w jednym z filmów: "Skąd on ma te wszystkie zabawki?" Zazdrość przeciwników Mrocznego Rycerza budzi też batmobil, czyli sportowy czołg. Dzięki inteligencji i gadżetom Batman skutecznie pilnuje porządku w mieście Gotham City.
Polskim Batmanem rywale nazwali Adama Małysza.

Spiderman z kłopotami

Robi wszystko, co umie pająk. Snuje sieć każdej wielkości. Łapie złodziei jak muchy" - śpiewa zgodnie z prawdą zespół The Distillers. Spiderman, czyli Peter Parker jest młodszy od innych superbohaterów, bo pojawił się dopiero w 1962 roku, w komiksach Stana Lee i Steve'a Ditko. Szybko wyskoczył z komiksów i zaczął snuć plany filmowe. Jako gwiazdor osiągnął wielki sukces. Spiderman posiada niezwykłe moce, ale zwykłe problemy. Troszczy się o samotną ciotkę, ma wrednego szefa, strzyka go w kościach, brakuje mu kasy. Walkę ze złem uznał za swój obowiązek i wykonuje go rzetelnie, chociaż spotyka się z niewdzięcznością. Skąd ma swoje moce? Podczas pokazu w laboratorium atomowym został napromieniowany. Odtąd snuje wytrzymałą sieć i dzięki gadżetom potrafi walczyć nawet z potworami. A w wolnych chwilach robi fotki do gazety.

Przystojny kapitan Żbik

"Ani King Kong, ani Janosik, Nie podobają się naszej Zosi. Jej się podoba kapitan Żbik, niebieski mundur, to jego szyk". Polska też miała swojego komiksowego superbohatera, którego przygody kupowano spod lady. Był to Jan Żbik, kapitan Milicji Obywatelskiej, ale trzymający się z dala od polityki. Od 1967 roku "Żbiki", rysowane przez sławnego później Grzegorza Rosińskiego, wyszły w nakładzie 11 milionów. Przygody wymyślali mu popularni dziennikarze. Łapał morderców, porywaczy i złodziei. Był męski (na wzór prawdziwego milicjanta, którego komenda uznała za najprzystojniejszego), nieomylny, dobry dla dzieci, szarmancki wobec kobiet. Długo był samotny, dopiero w ostatnich odcinkach pozwolono mu się zakochać.

Palił papierosy Caro. Można było pisać do niego listy na adres Warszawa. ul. Puławska 150. Ale odpisywał tylko dzieciom.

Koronawirus fake news. Oto największe absurdy.

Wideo

Materiał oryginalny: Na Śląsku nie brakuje zwyczajnych superbohaterów - Dziennik Zachodni

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

E
ERVINUS

To Slawków jest niby NA SLASKU ?????????!!!!!!!!!

Dodaj ogłoszenie