Na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
13.08.2020 poznan lg laboratorium sanepid testy test covid 19 koronawirus. glos wielkopolski. fot. lukasz gdak/polska press
13.08.2020 poznan lg laboratorium sanepid testy test covid 19 koronawirus. glos wielkopolski. fot. lukasz gdak/polska press Lukasz Gdak
Dzień zaczynają od ubrania kombinezonów, maseczek, przyłbic, czepków i trzech par rękawiczek. Spędzają w pracy po kilkanaście godzin dziennie, czasami nie starcza czasu na zjedzenie kanapki i wypicie szklanki gorącej herbaty. Wybrali ten zawód, chcą nieść pomoc innym, tylko czasami mają poczucie, że zrobiono z nich mięso armatnie

Mariusz Mioduski, lekarz ratunkowy, anestezjolog, zastępca dyr. do spraw medycznych. Pracuje w Siedlcach, w Mazowieckim Szpitalu Wojewódzkim im. Św. Jana Pawła II. Mają u siebie pacjentów z COVID-19 i tych „ujemnych”, wszystkie pobliskie szpitale zamknęły się dla tych drugich, więc praktycznie są w okolicy jedną placówką, która leczy też pacjentów niezakażonych koronawirusem.
Krąży między szpitalnym oddziałem ratunkowym, oddziałem intensywnej terapii i gabinetem dyrektora. Na szpitalnym oddziale ratunkowym przyjmuje chorych z kodem czerwonym i pomarańczowy – najgorsze przypadki. Piętnaście minut temu wszedł do domu. W szpitalu spędził 58 godzinach.
- Spałem jakieś trzy - przyznaje.
I to chyba jeden z największych problemów służby zdrowia w obliczu II fali pandemii: przemęczenie personelu medycznego. Są wśród nich tacy, którzy teraz pracują mniej: okuliści, laryngolodzy, część chirurgów, a obok nich są specjaliści medycyny ratunkowej i inni na SORach, anestezjolodzy, interniści, pielęgniarki, ratownicy - oni właściwie nie powinni wychodzić ze szpitala.
- Brakuje kadry medycznej - mówi Mioduski. - Z samych łóżek, to można zrobić burdel. W szpitalu musi być jeszcze sprzęt i co najważniejsze - personel medyczny. Ten personel musi umieć obsługiwać konkretny sprzęt. To nie jest tak, że obsługi respiratora można się nauczyć podczas kilku szkoleń – tłumaczy.
Takie szpitale jak ich, mają właściwie najgorzej, bo pacjenci „ujemni” mieszkają się tu z „dodatnimi”. Dla tych z COVID-19 mają czterdzieści pięć łóżek na specjalnym oddziale i jedenaście na intensywnej terapii, ale pacjenci covidowi zajęli także trzy dodatkowe łóżka, przeznaczone dla tych „ujemnych”. Umierają dość szybko. Chociaż, jak podkreśla, wielu „dodatnich” udaje się uratować, tyle, że na OIT-ach leżą najciężej chorzy.
- To kolejny problem: nie ma miejsc na oddziałach intensywnej terapii, tak dla jednych, jak drugich pacjentów – wzdycha. Można zadzwonić do wojewódzkiego koordynatora ratownictwa medycznego i zapytać, on wie, co tamten odpowie – nie ma nigdzie miejsc i tyle.
Kolejna sprawa: mają na oddziałach pacjentów z objawami koronawirusa, wychodzą dodatni w tomografii komputerowej, dodatni w wywiadzie, wciąż cierpią na zespół niewydolności oddechowej, ale testy dają wynik ujemny. Żaden szpital covidowy ich nie przyjmie. Tak naprawdę nie wiadomo, gdzie ich leczyć. Tak samo jak tych pacjentów, u których po przejściu zakażenia zostały duże zmiany w płucach, którzy wciąż walczą z powikłaniami po chorobie. Oni prawdopodobnie już nawet nie zarażają, ale na pewno nie są zdrowi, wciąż wymagają opieki medycznej. Tylko ich też nie ma gdzie kierować.
Mógłby tak długo wymieniać: brakuje im wsparcia, jasnych zasad postępowania, brak przejrzystości prawnej – wciąż przecież nie wiadomo, czy za opiekę nad chorymi z COVID-19 będą mieli płacone więcej, czy nie. Nie wie, co odpowiadać, jak pytają go koledzy w szpitalu. Ustawę niby przyjął Sejm, ale wciąż nie została opublikowana, więc nie obowiązuje.
- Bardzo mi szkoda pacjentów, którzy są zakażeni, szkoda mi ich rodzin, ale najbardziej współczuje tym, którzy nie zarazili się COVID-19, ale cierpią na inne choroby, powinni się leczyć, a nie mogą – mówi Mariusz Mioduski. – Nie mają dostępu do lekarzy, bo tele-porady nie rozwiązują problemu: pacjenta trzeba zobaczyć, zbadać. Ci pacjenci są zaniedbani przez system, bo dzisiaj nie mają często szans na leczenie – dodaje.
Ile osób umrze nie dlatego, że zaraziło się koronawirusem, ale dlatego, że się nim nie zaraziło, a wymagało opieki medycznej, bo chorowało na choroby serca na nowotwory, miało kłopoty krążeniowo-oddechowe, tego nikt dzisiaj nie wie. Ale na pewno będzie ich również bardzo dużo, a w efekcie być może tyle, co tych, którzy zmarli z powodu COVID-19.
Anna, lekarka z północnej Polski.
- To czego mi zawsze najbardziej brakowało, to poczucia stabilizacji. Nigdy nie było jasno wytyczonej drogi, zawsze jakiś rodzaj walki. I teraz w czasie pandemii jeszcze bardziej to widać – opowiada. Raz słyszymy, że maseczek nie trzeba nosić, innym razem, że trzeba. Raz, że trzeba robić to, innym, że tamto.
Pracuje w przychodni, prowadzi prywatną praktykę, przyjmuje pacjentów, musi z czegoś żyć. Ma kredyty do spłaty i dzieci. Mówi, że płynów dezynfekujących zużywa dzisiaj więcej niż wody.
- Mam pacjentów, u których nie można przerwać leczenia, nawet z powodu koronawirusa. Bo jeśli nie umrą na COVID-19, to na chorobę, którą już mają i z którą walczą od lat – tłumaczy. Ale przyznaje: w przychodni pacjentów jest mniej niż zazwyczaj. Boją się, ona też nie jest wolna od obaw.
Na koronowirusa zmarła znajoma pani stomatolog. Miała 80 lat. Fajna, otwarta kobieta. Wiadomo było, że jesienią przyjdzie druga fala pandemii, że będzie pewnie gorzej niż wiosną, bo ludzie zaczną chorować także na grypę, będą „łapać przeziębienia”, ale rząd ich na tę covidową jesień w żaden sposób nie przygotował. Teraz naprędce buduje szpitale tymczasowe i apeluje, aby polscy medycy rzucali pracę w Niemczech i wracali do kraju.
Dr Artur Szewczyk ukończył studia na wydziale wojskowo-lekarskim Uniwersytetu Medycznego w Łodzi w 2011 r. Specjalizuje się w chirurgii ogólnej, ale lubi pracę na SOR-ze. Tak opowiadał w październiku w rozmowie z www.medonet.pl.
„Największym problemem w obecnej chwili są pacjenci z tzw. statusem niepewnym, czyli z objawami typowej infekcji covidowej, ale bez potwierdzonego w badaniu RT-PCR rozpoznania. Na razie to jedyne kryterium kwalifikacji do leczenia w oddziale zakaźnym dla chorych na COVID-19. Przy obecnej liczbie wykonywanych testów, na wynik zdarza się czekać nawet 3 - 4 dni! Przez ten czas mamy związane ręce, oczywiście możemy leczyć w ramach izolatek na SOR-ach i tak robimy, stosując te same zalecenia, co w oddziałach zakaźnych, ale jednocześnie ci pacjenci zajmują miejsca przez długi czas. W związku z tym możliwości przyjęcia nowych, o niepewnym statusie, drastycznie topnieją. Aby móc przyjąć kolejnego pacjenta od zespołu ZRM (zespół ratownictwa medycznego) musimy to miejsce fizycznie stworzyć. Najczęściej poprzez przesuwanie łóżek z części tzw. zielonej lub robienie dostawek, czyli dokładanie pacjentów do już zajętych 2-, 3-osobowych sal.” I dodaje: „Pandemia, obnażyła to, co Porozumienie Rezydentów i Izby Lekarskie w porozumieniu z NRL wałkują od dawna - że pomimo ciągłego inwestowania w system opieki zdrowotnej w Polsce, ciągle brakuje lekarzy, pielęgniarek i ratowników, a dostęp do świadczeń medycznych jest za mały. Ale to nie jest coś, z czym można sobie poradzić w rok, dwa. Wykształcenie człowieka trwa latami, a do tego czasu potrzeba jakiegoś przejściowego środka doraźnego.”
Dziennikarz i reporter Paweł Reszka, autor książki „Stan krytyczny” o pracy lekarzy w czasie epidemii COVID-19, opublikował na swoim profilu poruszający wpis - „Dlaczego umierają”.
„Na stronie brudnej na 19 pacjentów są trzy pielęgniarki. Powinno być dziesięć. Jedna na dwa stanowiska. Tlen w butlach, butle na dwukołowych wózkach przywiązane łańcuchami. Tak tu jest. Jeszcze pójdziemy za to siedzieć. To jest przecież sprawa do prokuratury. I co ja powiem: „Pacjent zmarł, bo skończyła się butla z tlenem, bo nie było komu przypilnować, bo jest mało pielęgniarek?” A co to obchodzi żonę tego faceta? Albo pana prokuratora? Jak widzisz, trudno przeżyć w moim szpitalu. Tu musisz mieć szczęście. Jak ktoś spostrzeże, że butla się kończy, będzie OK” – oto jego fragment, jeden z wielu dramatycznych obrazków z pierwszej linii frontu walki z koronawirusem.
W Polsce pracuje 230 tys. pielęgniarek (z czego ok. 2 proc. to mężczyźni) i 30 tys. położnych. To największa grupa z zawodów medycznych, ale średnia unijna zbliża się do 10 pielęgniarek przypadających na 1000 osób, u nas to tylko 5 na 1000 mieszkańców. Średnia wieku pielęgniarek i położnych to 52 lata. Jeśli nie podwoimy liczby wchodzących do zawodu, w 2030 roku średnia wieku w zawodzie wzrośnie do 60 lat.
Ewa, pielęgniarka z 26-letnim stażem z w dużego powiatowego szpitala na północy Polski. Jest pielęgniarką koordynującą na oddziale wewnętrznym. Pracują w systemie dwuzmianowym, na jednej zmianie są trzy, cztery pielęgniarki, a na oddziale trzydziestu pacjentów.
- Oprócz tego opiekunowie, którzy pomagają przy pacjentach – tłumaczy. Oczywiście, że chciałby, aby pielęgniarek było więcej, ale wszędzie ich brakuje, więc nie ma co narzekać, trzeba sobie radzić.
- Nie chodzi o to, że nie ma szkół pielęgniarskich, są, ale dziewczyny kończą je i wyjeżdżają za granicę, bo tam zarobki są nieporównywalne do tych, które mamy u siebie – mówi. U nich w szpitalu średnia wieku personelu pielęgniarskiego jest mniej więcej taka, jak w całej Polsce – około pięćdziesięciu lat. I to się nie zmieni, jeśli nie zmienią się warunki pracy i zarobki.
Dzień zaczynają od ubrania kombinezonu, czepków, przyłbic – chronią się od stóp do głów. Każdy przyjmowany do szpitala pacjent jest izolowany, pobierają mu wymaz. Potem trzeba czekać na wynik testu, do tego czasu pacjent leży w sali sam. Mają w szpitalu pięciu pacjentów „dodatnich”.
- Traktujemy pacjentów z COVID-19 tak samo, jak wszystkich innych. Oczywiście, ciężej się przy nich pracuje ze względu na ubiór, bo trzy, czy cztery godziny spędzone w takim kombinezonie robią swoje, ale to jedyna różnica – opowiada.
Ona przeszła COVID-19 w sierpniu, zaraziła się od pacjenta. Ma astmę, więc choroba miała ciężki przebieg, znalazła się w swoim szpitalu, ale tym razem w roli pacjenta. Wychodziła z choroby trzy miesiące. Nie jest jedyną pielęgniarką w szpitalu, która zaraziła się od pacjentów, co jakiś czas któraś z nich „łapie” koronawirusa.
- Na pewno jest trudniej, na pewno bardziej uważamy. Trzeba być czujnym, cały czas się pilnować – mówi. Tym bardziej, że przecież po pracy wracają do domów, do swoich rodzin.
Dane z placówek, w których działa OZZPiP, zebrane od początku pandemii do 23 listopada, porażają: zmarło 21 pielęgniarek zakażonych koronawirusem. Zakażonych jest 5336 pielęgniarek i położnych. Hospitalizowanych - 58, w tym w stanie ciężkim - 14. Na kwarantannie przebywa 1312 pielęgniarek i położnych, a w izolacji 1367.
Pielęgniarki wchodzą w spory zbiorowe z pracodawcami. Mają już dość pracy ponad siły, za marne pieniądze. Zwłaszcza teraz, w czasie pandemii.
Krystyna Ptok, przewodnicząca Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, w rozmowie z Wirtualną Polską, przyznała, że do strajku dołączyć chcą różne medyczne grupy zawodowe.
- Wśród nich również panuje coraz większe niezadowolenie. Pracujemy wszyscy ponad siły, na kilku etatach i tylko dzięki temu system jeszcze funkcjonuje, ale w pewnym momencie odbije się to na naszym zdrowiu - mówiła. - Nam jako stronie społecznej reprezentującej pielęgniarki i położne nie przedstawiono żadnych aktów prawnych regulujących kwestie wynagrodzeń, które podnosił związek. Dodatkowo czarę goryczy przelały publiczne zapowiedzi premiera i ministra zdrowia o tym, jak będą świetnie wynagradzani medycy za walkę z COVID-19. Zapowiedź była, ale do dziś nikt nie otrzymał żadnych pieniędzy. Nadal nie jesteśmy odpowiednio gratyfikowani – dodała.
Zwracała uwagę na pogarszające się warunki pracy i dramatyczną sytuację służby zdrowia w okresie pandemii koronawirusa.
- Pielęgniarki pracują ponad siły. Bierzemy całodniowe i całonocne dyżury, jedna zmiana często trwa 24 godziny. Na dyżurach z 80 pacjentami zostają dwie pielęgniarki i jeden lekarz. To prosta droga do tragedii – tłumaczyła.
Ogólnopolski Związek Zawodowy Ratowników Medycznych zapytał w ankiecie o strajk. 94,5 proc. ankietowanych było za tym, aby strajkować, ponad połowa chce dołączyć do strajku pielęgniarek. Ale też codzienność ratowników medycznych w czasie pandemii wygląda źle: chaos, nerwy i niepewność. Wystarczy posłuchać nagrań rozmów warszawskich dyspozytorów pogotowia z kierowcami karetek, które publikowały media, ale sytuacja jest dramatyczna w całej Polsce, nie tylko w stolicy.
Jeden z ratowników medycznych pracujących w województwie lubelskim opowiada o trudnych wyborach, jakich oni, ratownicy, muszą dokonywać i codziennej walce o życie pacjentów.
- Ogromny problem jest w przekazywaniu pacjentów na szpitalne oddziały ratunkowe, bo ciągle słyszymy, że nie ma miejsc. Stąd te kolejki karetek przed szpitalami. Dotyczy to zarówno pacjentów zakażonych, jak i niecovidowych. Mam wrażenie, że oddajemy ich do szpitala ze świadomością, że prędzej czy później umrą. Gdy pacjent nie ma objawów koronawirusa, to nawet szybko ma szanse dostać się na SOR. Natomiast, jeśli tylko pojawia się choćby jeden objaw, jak gorączka albo duszność, to takiej osoby nikt nie chce przyjąć. SOR odpowiada wtedy, że pacjent ma podejrzenie koronawirusa i powinien trafić na „strefę brudną”. A na „brudnej” wszystkie łóżka są zajęte, bo pacjenci długo czekają na wynik albo na przekazanie do oddziałów zakaźnych. A wspomniane symptomy niekoniecznie przecież wskazują na zakażenie koronawirusem, może to być duszność sercowa albo gorączka spowodowana zwykłą infekcją – mówił w rozmowie z „Polską”.
Zdarza im się jeździć z takimi pacjentami po dwie godziny, żeby znaleźć szpital, który ich przyjmie. Czasem, jak opowiada, dochodzi do „handlu” pacjentami. Ustalają z dyspozytorem, że zabierają z SOR jednego pacjenta z wynikiem dodatnim na oddział zakaźny, a w zamian oddadzą swojego pacjenta z karetki. Przykre, bo nawet jeden objaw zakażenia dyskwalifikuje pacjenta do otrzymania pomocy na „czystym” SOR-ze. Nie wystarcza nawet tzw. szybki test antygenowy, którego wynik nie potwierdził zakażenia koronawirusem. W takich momentach zastanawiają się, czy dla dobra tych ludzi nie doprowadzić do obniżenia temperatury za pomocą leków, żeby ci zdążyli otrzymać pomoc.
A co z pacjentami covidowymi?
- Jak zaczynałem ostatnio dyżur, to na dzień dobry usłyszałem, że już nie ma żadnych miejsc covidowych. Wtedy używamy swoich kontaktów i kombinujemy, żeby takiego pacjenta „sprzedać” na oddział z łóżkami covidowymi. Koordynator również próbuje ustalić, gdzie jest wolne miejsce. Czasem trzeba jechać do Białej Podlaskiej, Tomaszowa, Chełma. To po dwieście kilometrów na jednego pacjenta. Wtedy taka karetka przez 3-4 godziny jest wyłączona z użytkowania, a zespół ratowniczy z pomagania innym chorym. Rząd w ogóle sobie z tym nie radzi. Ten system właśnie umiera. Naprawdę rozważamy różne warianty. Niedługo może dojść do tego w Polsce, że my też wyjdziemy na ulice – opowiada. Dzień pracy zaczynają od prysznica. Jak pielęgniarki, zakładają na siebie fartuch lub kombinezon chroniący przed wirusami. Potem czepek, ochraniacze na buty i ze trzy pary rękawiczek, bo jak ściągną jedne, mają kolejne. Pracują po kilkanaście godzin dziennie, często nie starcza czasu na zjedzenie kanapki, czy wypicie szklanki ciepłej herbaty.
I już na koniec: - Wybraliśmy ten zawód, bo chcieliśmy nieść pomoc. Mamy to zakodowane w głowie, więc nie dezerterujemy. Psychicznie jest raz lepiej, raz gorzej. Dzielimy się przeżyciami na bieżąco w pracy, czasem próbujemy coś obrócić w żarty, aby nie przynosić pracy do domu. Mimo to, mamy poczucie, że zrobiono z nas mięso armatnie. Od początku epidemii nie dostajemy żadnych dodatkowych pieniędzy za pracę w czasie epidemii w bezpośrednim zagrożeniu. Rząd ma nas gdzieś, nie dostaliśmy do tej pory ani złotówki.

Współpraca: Gabriela Bogaczyk

Uwaga piesi! Mandat za telefon na pasach

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie