Na czym polega fenomen „Sanatorium miłości”? – Czasami senior może wygrać z „ciachem” – mówi medioznawca prof. dr hab. Wiesław Godzic

Ryszarda Wojciechowska
Ryszarda Wojciechowska
– Za tymi starszymi, niezbyt atrakcyjnymi już przecież ciałami, stoi jednak jakaś opowieść, jakiś intrygujący ludzki los. I jeśli jeszcze tę opowieść umie się ładnie snuć, to taki senior może wygrać zainteresowanie widza, nawet z „ciachem” – mówi medioznawca Wiesław Godzic. sylwia dabrowa /polska press
Za tymi starszymi, niezbyt atrakcyjnymi już przecież ciałami, stoi jednak jakaś opowieść, jakiś intrygujący ludzki los. I jeśli jeszcze tę opowieść umie się ładnie snuć, to taki senior może wygrać zainteresowanie widza, nawet z „ciachem” – mówi medioznawca prof. dr hab. Wiesław Godzic.

„Sanatorium miłości” to najpopularniejszy program dla seniorów w Polsce. Trzeba przyznać, że opłacało się zrobić ukłon w stronę tej grupy wiekowej.

To prawda. Do niedawna wszystkie formaty typu reality show prezentowały młodszych uczestników. Pamiętam, że przed kilkoma laty mieliśmy nawet prawdziwy wysyp takich programów z udziałem dzieci, które prezentowały swoje talenty. Telewizyjne formaty z udziałem starszych nie były dobrze widziane. Stacje komercyjne uważały, że one nie pasują do ich portfolio. I zostawiały je telewizji publicznej.

A telewizja publiczna to wykorzystała.

I można powiedzieć, że wstrzeliła się w czas.

Bo obserwujemy coś, co można nazwać buntem starszych, którzy już nie chcą się chować, ukrywać w podziemiu, tylko mówią głośno – jesteśmy i chcemy być widoczni.
Ten bunt jest reakcją na program „Big Brother” sprzed lat, który był emanacją młodości.

Młodość i żywioł w tym programie kipiały, chociaż pierwszą edycję wygrał ponad czterdziestoletni strażnik miejski. A w „Sanatorium miłości” nagle widzimy starszych ludzi, seniorów, którzy bez wstydu pokazują, że oto są, że mają jakieś pragnienia i marzenia.

Co Pana uderza w tym programie?

Sam tytuł sugeruje podteksty seksualne.

Chociaż na początku, złośliwi nazywali ten program sanatorium pod kroplówką.

Tytuł jest dość ryzykowny. Bo w Polsce przyjęło się, że seksualność to „dobro” przeznaczone dla młodszych pokoleń, a nie dla seniorów. Tymczasem w tym programie jego uczestnicy mówią wprost:

– Zaraz, zaraz, mieliśmy nieudane pierwsze małżeństwo, ale jesteśmy gotowi na kolejnego partnera.

To przecież normalne, że starsi ludzie też pragną uczuć, seksu, chcą jeszcze coś przeżyć i ich dzieci czy wnuki nie powinny się temu dziwić. Tak na to patrząc, można powiedzieć, że „Sanatorium miłości” to format rewolucyjny. Otwiera bramę, za którą jest jeszcze nierozpoznany telewizyjnie świat.

To nie jest pierwsza taka dokumentalna telenowela, w której nie oglądamy tylko młodych i pięknych.

Pamiętam, że po sukcesie „Big Brothera” w TVN, telewizja publiczna, zadziwiona ogromną popularnością tego reality show, zaczęła tworzyć formaty w stylu telenoweli dokumentalnej jak „Ja alkoholik”, czy „Serce z węgla”. W tym pierwszym cyklu, poświęconym problemowi choroby alkoholowej, podglądaliśmy niejako alkoholików wychodzących z nałogu. Sześciu mężczyznom w wieku od 19 do 62 lat towarzyszyła kamera w tym trudnym okresie trzeźwienia: w klinikach, na terapii grupowej, w mityngach AA.

„Serca z węgla” nie pamiętam...

A to był też ciekawy reality format. Franciszek Pieczka pokazywał w nim życie śląskich rodzin. Opowiadał on o górnikach, którzy, rezygnując z pracy, godzą się wziąć odprawę i marzą o swoim interesie. Niestety, większość traci pieniądze i boryka się z problemem znalezienia kolejnego zajęcia.

Ten format ujawnił przede wszystkim bardzo ciekawe postaci. Zapamiętałem jedną z kobiet, frywolną pięćdziesięciolatkę. Ale nie tylko, bo bohaterami byli ludzie, których losy czegoś nas uczyły, o czymś nam mówiły.

„Sanatorium miłości” jest nawiązaniem do tamtych telenowel dokumentalnych. Mamy tu doświadczenie, ciekawe, życiowe historie.

Dla młodych widzów odkrycie tego interesującego świata ich babć i dziadków może być w pewnym sensie szokujące.

Ale ten trend będzie się rozwijał. Już się rozwija. Jest przecież inny program pt. „Voice Senior”, w którym starsi ludzie, nie zawsze z talentem, może i niezbyt poprawnie śpiewają, ale mają odwagę przyjść i się pokazać. Patrzę na ich wyczyny nie tyle z pobłażaniem, ale jak na dopełnienie społecznej sytuacji, w którym świat nie należy przecież tylko do młodych, a dla starszych pozostaje podziemie.

Wracając do „Sanatorium miłości”, co Pan jeszcze widzi w tym programie?

Widzę, co prawda, wśród niektórych uczestników taką chęć mizdrzenia się, stania się popularnym, ale macham na to ręką, bo wiem, że w tym wszystkim może być ziarenko czegoś interesującego dla widza.

To znaczy?

Interesujące są ich zwierzenia o swoim nie zawsze łatwym życiu, opowiadanie o porażkach z partnerami, o kłopotach z dziećmi. To może mieć też charakter edukacyjny.

W tym programie widzimy prawdziwe emocje. Łzy rozczarowania, niezdrową rywalizację. Padają gorzkie słowa pod adresem innych uczestników w stylu „on kocha tylko siebie...”

Inna sprawa, czy można tym epatować? Ale to jest dowód na to, że więcej tam prawdy niż kreacji.

Niektórzy uczestnicy „Sanatorium miłości” mają status celebrytów. Nic dziwnego, program miał prawie 4-milionową widownię. Zwłaszcza dalsze losy pary Iwony i Gerarda śledzi wiele portali, nie tylko plotkarskich. Czytelnicy dopytują, co słychać u Halinki, królowej trzeciej edycji itd.

Z tą popularnością trzeba uważać. Ludzie występujący przed kamerą tylko incydentalnie, nie wiedzą, że płaci się pewną cenę za rozpoznawalność i popularność. Na razie może im się to podobać. Ale to ma swoje drugie oblicze – jak komentarze po każdym odcinku, nie zawsze przyjazne, nie zawsze ludzkie.

I trzeba mieć grubą skórę, żeby je, mówiąc kolokwialnie, przyjąć na klatę.

Trzeba być bardzo ostrożnym, bo jak się skończy tak zwana popularność, to dla niektórych może być problem. Pojawi się pustka, którą nie bardzo jest czym zapełnić.

Taki „spóźniony” idol, mimo doświadczenia życiowego, też może, jak młody idol, mieć delikatną skórę. I takie odessanie się od tej popularności czasami może skończyć się nawet depresją.

To na czym polega fenomen takich reality show?

Pamiętam Susan Boyle, uczestniczkę programu „Britain’s Got Talent”. Niezbyt urodziwa ani młoda, ale kiedy śpiewała, publiczność się w niej zakochiwała.

A to znaczy, że nie trzeba być pięknym i młodym, żeby przyciągać widownię przed ekrany. Wystarczy mieć coś do pokazania, coś, co widzów zaciekawi.

Dzisiaj mamy problem z tak zwaną ekonomią uwagi. Trzeba tego rozkapryszonego widza usidlić, zatrzymać na chwilę. Ładne, młode ciało to już czasami za mało.

Pamiętam też program „Rolnik szuka żony”, który miał tak wysoką oglądalność także dlatego, że pokazywał nam kawałek prawdziwej Polski, a właściwie polskiej wsi. Dane demograficzne pokazują, że coraz mniej kobiet jest zainteresowanych życiem na wsi, gdzie trzeba się nieustannie krzątać. I ten program to potwierdził. Ale równie interesujący był inny jego element, który nam pokazał coś, co nazywam freudowskim motywem matki.

To znaczy?

Wielu bohaterów tego programu to 30, 40-letni mężczyźni, którzy nie mają dziewczyny, ale mają mamusię, trzymającą ich pod swoimi skrzydełkami. Niezadowoloną z każdej kandydatki. Tak jest w wielu przypadkach. I my czujemy tę prawdziwość.

Te programy, to nie są formaty baśniowe, tylko stworzone na bazie realnego życia. I mimo potknięć, kłopotów, czasami żenady, kiedy patrzymy na nieumiejętną próbę grania tych bohaterów, to jednak możemy się czegoś o tych ludziach i ich świecie dowiedzieć. To granie jest niezwykle trudne, bo gra się przecież samego siebie. Kogoś, kto musi wyznać miłość, publicznie zaprezentować zaloty, przyznać się do uczuć.

Przed kamerą wcale nie jest to takie proste. Ogląda się to też dlatego, żeby zobaczyć, jak ci bohaterowie wybrną z pewnych kłopotliwych sytuacji. Czy będą autentyczni, czy nie? Innych ciekawi, jak taka teleswatka sobie poradzi.

Na drugim biegunie jest program TVN Hotel Paradise, oglądany głównie przez młodsze pokolenie, gdzie młodzi i pięknie... wyrzeźbieni, prowadzą na rajskiej wyspie Zanzibar różne gry...

To jest powtórka z rozrywki. Dwadzieścia lat temu był taki amerykański format „Temptation Island”, czyli wyspa pokus. Też wywieziono singli, z nadzieją, że ten będzie z tą, a ta z tamtym. Tam swatką był realizator, który przydzielał partnerów. Takie programy są mniej interesujące, bo widać w nich więcej kreacji niż realizmu. Prawdy jest czasami niewiele. Jakiś „mózgowiec” wymyśli, że tak ma być i tak jest.

A w tych programach o seniorach, czy rolnikach, które prowadzi Marta Manowska, zostawia się więcej pola rzeczywistości. Niech się dzieje…

Oczywiście nadal pokutuje jeszcze takie przypuszczenie, że jak się pokaże ponętne kobiece ciało i wspaniałe męskie „ciacho”, to wystarczy, żeby widzów zainteresować. I oni nawet nie muszą mówić. Czasami nawet nie powinni, bo niewiele mają do powiedzenia. Za to za tymi starszymi, niezbyt atrakcyjnymi już przecież ciałami, stoi jednak jakaś opowieść, jakiś intrygujący ludzki los.

I jeśli jeszcze tę opowieść umie się ładnie snuć, to taki senior może wygrać zainteresowanie widza nawet z „ciachem”.

prof. dr hab. Wiesław Godzic
prof. dr hab. Wiesław Godzic archiwum prywatne

Zobacz jak wyglądają uczestnicy nowego programu TVP pt: "San...

POLECAMY NA STRONIE KOBIET:

Kobiety w MMA. Płeć nie taka słaba. WYWIAD

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie