Mówię "nie" laptopom dla wszystkich uczniów w szkole

Arlena Sokalska
Arlena Sokalska
Pomysł, by uczniowie na lekcjach zamiast z książek korzystali z komputerów, gwarantuje edukację analfabetów - pisze Arlena Sokalska

Jedyne, co mam, to złudzenia, że mogę mieć własne pragnienia
Jedyne, co mam, to złudzenia, że mogę je mieć

Słowa tej piosenki zaczęły mi się plątać po głowie, gdy w czwartek wysłuchałam tego, co ma do powiedzenia lider SLD Grzegorz Napieralski. Ponieważ zaczęła się szkoła, przewodniczący Sojuszu korzysta z okazji. Najpierw w środę w świetle kamer kupował wyprawkę szkolną dla swoich wystraszonych córek, teraz chce być dobry dla wszystkich polskich dzieci i zamierza rozdawać im laptopy.

Czytaj też:Tanie podręczniki na pendrivie? MEN chce cyfryzacji, wydawcy boją się piractwa

To już drugie podejście do tematu - w ubiegłym tygodniu Grzegorz Napieralski obiecywał wszystkim dzieciom iPady. Cóż, polityczny serwis www.kulisykampanii.pl (na Twitterze @kulisykampanii) dokonał szczegółowych wyliczeń tych wyborczych obietnic i policzył, ile to kosztowałoby budżet państwa (czego Sojusz nie uczynił). Otóż według stanu na grudzień 2010 (dane GUS) w Polsce było 4,5 mln dzieci w wieku szkolnym. Czyli Napieralski potrzebowałby 4,5 miliona iPadów (wg @kulisykampanii to cała kwartalna produkcja Apple).

Czytaj też:Kaczyński: Jeśli po wyborach dojdziemy do władzy, obniżymy ceny podręczników szkolnych

To jeszcze nic. Bo otóż taka partia iPadów kosztowałaby (po cenach amerykańskich, czyli dużo niższych niż w Polsce) prawie 3,5 miliarda dolarów, czyli ponad 9 miliardów złotych (szczegółowe wyliczenia co do złotówki znajdziecie na www.kulisykampanii.pl). A w związku z tym na Twitterze polityczni przeciwnicy SLD posyłali liderowi Sojuszu wierszyk: Idzie Grześ przez kraj, worek monet niesie, a przez dziurkę pieniądz ciurkiem sypie się za Grzesiem.

Czytaj też:Drogie podręczniki zastąpią e-książki?

Ale w czwartek Napieralski nieco spuścił z tonu. Już nie chce rozdawać iPadów, ale laptopy, takie za 750 zł. I twierdzi, że wystarczy na to miliard złotych. Przyznam szczerze, nie wiem, jak on to wyliczył. Ale mniejsza z tym. Bardziej niepokoi mnie kolportowana znacznie szerzej niż tylko na konferencjach prasowych lidera Sojuszu idea internetyzowania ikomputeryzowania dzieci i młodzieży. Idea, by dzieci zamiast w zeszytach, ćwiczeniach i podręcznikach na wszystkich lekcjach siedziały z nosem w laptopie. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że podobny pomysł miał na początku swojej kadencji rząd Donalda Tuska.
Potem pod pretekstem kryzysu cichaczem się z tego pomysłu wycofał. I całe szczęście. Bo taki laptop dla każdego ucznia to samo pasmo nieszczęść i klęsk. Od tych zupełnie prozaicznych dotyczących własności. Kto byłby właścicielem takiego laptopa? Szkoła, uczeń, a może jego rodzice? Co stałoby się w przypadku, gdyby laptop uległ zniszczeniu lub po prostu się zepsuł? Koszty naprawy ponosiłby uczeń, jego rodzice czy szkoła? Uczeń zabierałby takiego laptopa ze sobą do domu czy zostawiał w szkole? Jeśli zostawiałby w szkole, to jak odrabiałby lekcje? Czy uczniowie zabierający ze sobą laptopa do domu nie byliby ofiarami napadów? Przecież to byłoby oczywiste: uczeń z tornistrem równa się uczeń z laptopem. To te pytania prozaiczne, na które - zdaje się - nikt jeszcze nie udzielił odpowiedzi. I ja też nie potrafię, dlatego je zadaję.

Ale to jeszcze nic. Bo najgorsze w tym wszystkim byłoby to, że szkoły sankcjonowałyby edukowanie całych roczników analfabetów. Na razie dbają o to rodziny. Według ostatniej "Diagnozy społecznej" prof. Janusza Czapińskiego 73 proc. Polaków powyżej 16. roku życia ma w domu komputer z dostępem do internetu. W grupie wiekowej 16-24 z internetu korzysta 93 proc. populacji. W grupach młodszych pewnie jest podobnie. Większość rodziców posiadających komputer ma duży problem z tym, by dziecko od tego komputera odgonić. Tak, uzależniają się nawet kilkulatki. A nastolatki wyrastają na analfabetów niepotrafiących napisać poprawnie jednego słowa. Bo nic tak nie uczy ortografii jak czytanie książek i pisanie ręczne. Nie zdarzyło się wam nigdy w chwili rozterki napisać jakieś słowo w dwóch wariantach, by odkryć, w którym z nich jest błąd ortograficzny? Ja to robię zawsze, gdy mam wątpliwości.

Czytaj też:Tanie podręczniki na pendrivie? MEN chce cyfryzacji, wydawcy boją się piractwa

A zdarza mi się je mieć, zwłaszcza jak piszę na klawiaturze. Dzieci, które nie będą pisać ręcznie, nigdy nie nauczą się choćby podstaw ortografii. Podobnie jak dzieci, które nie będą czytać książek. I tak ich już prawie nie czytają, więc dołóżmy im jeszcze podręczniki elektroniczne, z pewnością będą czytać ich więcej. To oczywiście ironia. A teraz krótki test dla wszystkich. Proszę wyjąć kartkę i pisemnie pomnożyć 750 razy 4 500 000. Już zapomnieliście, jak to się robi? No pewnie, bo przecież każdy z nas chodzi od ładnych paru lat z kalkulatorem w komórce.

No fajnie, powie ktoś, a co z tymi najuboższymi, którzy o komputerze w domu mogą co najwyżej pomarzyć? Tak, tymi właśnie dziećmi politycy powinni się zająć.

Czytaj pozostałe felietony Arleny Sokalskiej (kliknij)

Zmiany w prawie spadkowym. Kuzyni przestaną dziedziczyć

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

d
długo_pis

w australii niekonwencjonalne metody nauczania przyblizaja wiedze i wyksztalcenie, nie mowie o wyksztalceniu medycznym gdzie wiedza to praktyka, ale i tak juz w tej chwili wiekszosc poszukuje informacji przez internet, o sciaganiu plikow w tym e-bookow nie wspomne... pozostaje problem jak wykorzystywac komputer i internet do poszerzania wiedzy, bo czas, miejsce na kuli ziemskiej a nawet mowiony jezyk nie stanowi juz bariery

Dodaj ogłoszenie