Moje zdziwienia

Janina Paradowska
Z czasem coraz mniej dziwię się różnym faktom, zdarzeniom, tekstom. W czasach kiedy już praktycznie wszystko można, kiedy sprawdzanie informacji uważane jest za zbędną stratę czasu, a w rozpowszechnianiu informacji nawet fałszywych zapanował wręcz wyścig, trudno doprawdy o zdziwienie. Dość dobrze pokazuje to ostatni przypadek w Stanach Zjednoczonych, kiedy to mordercą z Newton okrzyknięto, rozpowszechniając jednocześnie w sieci zdjęcie człowieka, który w tym czasie był w pracy i nie miał ze zbrodnią nic wspólnego.

A jednak czasem się dziwię. Na przykład w sobotę wzięłam do ręki dziennik "Rzeczpospolita" i zaintrygowała mnie wielka biała plama do dole pierwszej strony. Po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że na tej białej plamie wiją się jakieś czarne wężyki. Jeszcze bardziej zaintrygowana wzięłam do ręki lupę i przeczytałam, że są to przeprosiny kogoś, kogo gazeta piórami dwójki dziennikarzy skrzywdziła przed laty, w złotych czasach tak zwanego dziennikarstwa śledczego, które potem niestety nie okazały się takie złote, pomówieniami o milionową łapówkę i nakazem sądowym musi przeprosić. A więc przeprasza w formie wysoce oryginalnej, tak aby praktycznie nie dało się przeczytać ani nazwisk dziennikarzy, którzy nie popisali się w swych śledczych zapędach, ani tego, kogo pomówiono.

Może nawet tę sytuację jakoś rozumiem. W gazecie jest zupełnie inny redaktor naczelny, inny wydawca, dziennikarze zapewne już dawno zmienili miejsce pracy, a wyrokiem sądu przepraszać trzeba. Sięga się więc po trik i przeprasza, ale właściwie nie przeprasza. Nie pierwszy to i nie ostatni przypadek. Tylko nie należy się potem dziwić, że politycy tak chętnie w tonie potępiającym mówią o słynnym artykule 212, ale znieść go dotychczas się nie udało, że politycy z wielką ochotą pomajstrowaliby przy Prawie prasowym, aby je zaostrzyć, i trzeba wielkiej akcji dużej liczby wydawców, aby do tego nie doszło. Mają sporo argumentów, aby próbować mediom dokręcić śrubę. Zresztą jak widzę takie "przeprosiny", które są po prostu jawną kpiną, wcale się im nie dziwię.

Kolejne moje zdziwienie pochodzi z zupełnie innej półki. Oto mieliśmy w minionym tygodniu błyskawiczną zmianę władz Polskich Linii Lotniczych "LOT". Jeszcze kilka dni temu oglądaliśmy gigantyczną fetę związaną z przylotem pierwszego, choć spóźnionego o kilka lat dreamlinera i jeszcze echa tamtych uroczystości nie przebrzmiały. Nie przebrzmiały też zapewnienia, że teraz nasz narodowy przewoźnik naprawdę rozwinie skrzydła, bo pierwszy w Europie ma takie samoloty. A tu nagle okazało się, że przewoźnik jest prawie bankrutem wyciągającym rękę po pomoc publiczną. W tej sytuacji minister skarbu zażądał wyciągnięcia konsekwencji wobec prezesa i rada nadzorcza te konsekwencje wyciągnęła, czyli natychmiast prezesa odwołała, czyniąc pełniącym obowiązki członka zarządu, który chyba w sprawie sytuacji finansowej przedsiębiorstwa też miał coś do powiedzenia.

Akcja w każdym razie była błyskawiczna, rzec można - popisowa. Ale dziwię się, i to bardzo, że skoro ja, zwykła czytelniczka prasy o kłopotach LOT, o nieudanych podejściach do prywatyzacji, coraz niższym standardzie usług słyszę od dawna, a czasem nawet skutków owego niskiego standardu doświadczam, to nic nie widział o nich minister. Nie wiedział, że prawie miliard z kieszeni podatników trzeba będzie władować w spółkę? Co więcej, nie wiedział, że pierwszą transzę pomocy już w jego resorcie przygotowano, że nawet jest jakiś plan restrukturyzacji? Wierzyć się nie chce, że nie wiedział. Trwam więc w autentycznym zdziwieniu - o co w tym wszystkim chodzi? Czy tylko o zmianę prezesa? A może trzeba zmienić urzędników w resorcie, skoro ministra nie informują? Może trzeba było najpierw odwołać radę nadzorczą, która brała pieniądze, ale nie interweniowała, nie sprawowała należytego nadzoru, a potem karnie na polecenie ministra prezesa wyrzuciła.

I oczywiście w dalszym ciągu dziwię się, dlaczego szef MSZ postanowił "umiędzynarodowić" sprawę smoleńskiego wraku, zwracając się o pomoc do Unii

I oczywiście w dalszym ciągu dziwię się, dlaczego minister spraw zagranicznych postanowił "umiędzynarodowić" sprawę smoleńskiego wraku, zwracając się, aby wrak stał się tematem obrad przedstawicieli Unii Europejskiej i Rosji. Czy chciał pokazać, że Unia też nic nie wskóra, czy - jak chce prof. Roman Kuźniar - chciał maksymalnie zdenerwować Rosjan, co jakoś tam mu może nawet się udało. Obie przesłanki wydają mi się trudne do zrozumienia, a więc w dalszym ciągu mam powód do zdziwienia.

Kliknij, aby czytać pozostałe komentarze Janiny Paradowskiej

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
ALA
TAKA JUZ ROLA SLUZB SPECJALNYCH
k
krakauer
Powinna siedzieć w ciemnicy o spleśniałym chlebie i mętnej, jak ona sama, wodzie.
M
Marusia od Rudego
J-23 znowu nadaje
A
Ada
W zwiazku z zblizajaycm sie sie swietami zalecam Poradowskiej wykasowanie sie.Opinie niech sobie schowa do torebki nie jestesmy ciekawi jej wypowiedzi jak i bylismy jej ciekawi przez 50 prawie lat socjalismu ktorego byla zwolenniczka
T
TW Bolek
Czy Janka z okazji zbliżających się świąt już się zlustrowała?
y
ya 9,9 y
I znowu każecie sobie płacić za bełkot tej UB-ckiej wiedźmy....
Naprawdę jesteście nienormalni.
Przecież nikt normalny nie czyta rzygowin tej PRL owskiej politruczki.
A tu jakiś idiota chce jeszcze pieniędzy za jej rzygowiny.
Całkowita świrownia.

Kra kraaaaa kraaaaaaaaaaa!!!!!!
Dodaj ogłoszenie