Moja jedyna miłość to jest piłka...

Paweł Zarzeczny
Niewiele pamiętam z dzieciństwa, ale jak miałem pięć lat i szedłem do szkoły, to kopałem każdy kamień na drodze. Każdy. Celowałem, próbowałem, przewracałem się i robiłem nieustannie dziury w spodniach, na kolanach, za co dostawałem lanie. Sznurem od żelazka. Po którymś tam z kolei złamaniu ręki albo nogi, ja ciągle łaziłem w gipsie, dostałem w domu zakaz gry w piłkę. Zakaz! Oczywiście grałem dalej, beznadziejnie, ale grałem. Bo piłka stała się moim życiem. I nie ma w Polsce osoby, która potrafiłaby o niej opowiadać ciekawiej, z większą pasją. Nie ma i już.

Pamiętam swój pierwszy rozwód. Dziewczyna zabroniła mi pójść w sobotę wielkanocną na mecz, bo jajka trzeba święcić. Poszedłem na mecz. Idealnie to odnalazłem u Hornby'ego, to taki Anglik, co pisze jeszcze piękniej ode mnie, jak to zaprosiła go dziewczyna na urodziny, a on - że jest mecz. Powiedziała, żeby wybrał. No to usłyszał jeszcze, że jest larwą i… poszedł na mecz. I zobaczył najładniejszego gola w życiu. No więc jak ja wtedy poszedłem, zobaczyłem, jak powieźliśmy czwórką Pogoń Szczecin, padał śnieg, jak teraz, ale wszyscy byliśmy najszczęśliwszymi ludźmi planety… Przy minus dziesięć…

Czytaj też: Nazywajmy czarnym to, co jest czarne

Jestem spokojny, ale szczęście mojego narodu zależeć będzie od jednej rzeczy - czy Boruc będzie bronił, a "Staruch" dopingował

I dziś, jak to piszę, w śniegu znów pójdę na mecz, bo moje życie toczy się wokół piłki. Dzwoni "Rybka", znaczy się Rybus, to będzie jego pożegnanie z Warszawą, bo podpisał kontrakt z Czeczeńcami. I mówi: "Panie Pawle, ja bym chciał…".

Czytaj też: Grosicki może przyćmić Ronaldo: Kogo Smuda powołał na mecz z Portugalią? [SKŁAD REPREZENTACJI]

No więc, po pierwsze, chciał się chłopak wytłumaczyć, że ktoś dał trzy miliony euro i on odchodzi. Halo, jak Czeczeńcy dają trzy na stole, to znaczy, że są jeszcze trzy pod stołem, ja cię, Rybka, rozumiem doskonale. Lubię gościa, bo to będzie nasz najlepszy zawodnik na Euro. Ma to, co powinien mieć każdy zawodnik, czyli przegląd, cross i pigułę. I kiwkę. No i jest ambitny, choć to zwykły dzieciak z Łowicza. Panie Pawle (ja go opierdalam, żeby nie mówił na pan, a on - tak, tak, no więc, panie Pawle…), no więc on mówi tak: - Ja teraz będę grał w tym Groznym, za rok trafię do Moskwy, zresztą my tam mieszkamy. A jeszcze za rok - trafię do Manchesteru!

No i zaimponował mi. Nie tym, że staremu dziadowi chwali się pomysłami, tylko tym, że umie myśleć kilka ruchów naprzód. I powiedziałem mu tylko - byle nie do Manchester City! Tylko United!

Czytaj też: Propozycja nielogiczna, czyli samo życie

Moje życie to piłka. Ostatnie 48 godzin. Rano spotkanie z Darkiem Górskim, synem Kazia (przeciągnęło się do północy), i Leszkiem Ćmikiewiczem. Zapamiętałem z niego dowcip o synu Grzegorza Laty (Leszek zresztą to dowcipów kopalnia). No więc syn Grześka (to mój kumpel również serdeczny) idzie do szkoły i na lekcji matematyki podnosi rękę. Że chciałby zadać pytanie. Ile waży Jezus… No ile waży ten Jezus?

Nauczycielka zgorszona gasi go, pyta, skąd takie debilne pytania przychodzą mu do głowy… A ten małolat mówi tak:
- No bo wczoraj tata wrócił z PZPN, wieczorem, zamknął się z mamą w pokoju, zgasło światło i słychać pytanie: "Jezu! Ile ty ważysz?".

Czytaj też: Pozostałe felietony Pawła Zarzecznego
Rodzina futbolowa jest wesoła, nawet rozrechotana i frywolna, bo piłka przywraca naturalne odruchy. Ten sam dzień. Wieczorem zajrzałem na chwilę do Hrabiego i przyszedł Janusz Wójcik. Możecie go nie lubić, ale on jako ostatni trener gier zespołowych zdobył dla Polski medal. Słabo wygląda, brzuch ma większy ode mnie, kuleje, bardzo wyraźnie, a w głowie ma dziurę wielkości bejsbolowego kija. No i pytam, ba, to najważniejsze pytanie dla Polski. No bo Tusk może to czy tamto, jakiś minister tamto czy owamto, ale nastroje Polaków ukształtuje wynik na Euro. No i pytam Wuja, jako fachowca, bezsprzecznego (bo przecież na igrzyskach meczów nie kupował!). Co z tą drużyną? A on mówi: - Drużyny nie ma. Są etaty. A te są obsadzone.

Czytaj też: Pijacy i utracjusze - tacy są (nie tylko nasi) piłkarze

Ale co zrobić, żeby drużyna była?

No i on mówi to, co każde dziecko widzi - trzeba powołać Boruca. Bo Szczęsny ma więcej goli wpuszczonych niż Swansea, i takie tam wioski, a Boruc mniej niż cała liga włoska. Ale w kadrze nie gra, bo… zadarł ze Smudą.

Pytanie - czy honor trenera, czy interes drużyny. Bo go nazwał Dyzmą, coś takiego.

No i Wujo mówi: - Kurwa, niestety, kurwa, interes drużyny! Wynik! Boruc!

I ja się zgadzam, do tego zgadza się ze mną Grześ Lato. Ja na niego mogę mówić: Prezesie albo Łysy, albo Gregor - on już wydał polecenie Smudzie, że z Borucem ma dojść do zgody. Listkiewicz mi mówi, że wsiada w samolot i może mediować! Ba, ale nie każdy chce, żeby Smudzie się udało albo Borucowi… Chór wujów!

Czytaj też: Artur Boruc atakuje Franciszka Smudę. "Wszystko, na co pracowałem, poszło się j...ć"

Moje ostatnie 48 godzin ma różne barwy. Spotkanie z Agnieszką Olejkowską, rzeczniczką PZPN, w walentynki. Dla Orange zechciała się pochwalić swoim szczęściem. Mianowicie zakochał się w niej, z wzajemnością, zapaśnik Robert Roszkiewicz (miałem na końcu języka pytanie, czy on aby posłuchał wezwania płynącego z trybun, ale zabrakło mi, zabrakło, śmiałości!). No i Agnieszka pokazuje piękną sukienkę (ładnemu we wszystkim ładnie!), pierścionek zaręczynowy z brylantem i mówi, jak jej czasem jest ciężko. Na przykład jak trzeba tłumaczyć aferę bunga-bunga, w kadrze… Ja podpowiadam - mów, że piłkarze mają też prawo do szczęścia, nawet ci żonaci (albo - szczególnie ci!). Ja tak mówię bezpośrednio do każdego, bo większość poznaję wcześniej od innych, Agnieszkę - jak jeszcze była studentką, praktykantką; Latę - jak umiał kopać tylko z czuba; Tomaszewskiego - jak puszczał szmatę za szmatą; Górskiego - jak miał 1437 zł emerytury, coś takiego… Brutto. Eeeh, ale to nie koniec, bo trzeba z żywymi naprzód iść, więc zaraz maszeruję na Legię, a w piątek na urodziny "Kucharza", to menago Roberta Lewandowskiego, w jego lokalu (Boże, ostatnią moją kochankę tam poznałem, kosztowała mnie niewiele mniej od "Rybki" dla Groznego, oszczędź mi, Cezar, powtórki!). I się od tej piłki oderwać nie mogę, od tego kamienia, który całe życie toczę przed sobą, kopię, nie mogąc trafić do celu. "Tranquillo Senor", uspokaja w nocy na FB Piotrek Nowak, "Mały", następny selekcjoner, gdy go zachęcam, by się pokazywał w Polsce, to jedyny człowiek piłki, zdolny mi dorównać w gadaniu, także głupot niestety… Boże, jestem spokojny, ale szczęście mojego narodu zależeć będzie od jednej rzeczy - czy Boruc będzie bronił, a "Staruch" dopingował. Możecie się z tego śmiać. No, ale to dlatego ja zawsze byłem najlepszy. I miałem też najlepsze stopnie. Na uniwersytecie.

Czytaj też: Pozostałe felietony Pawła Zarzecznego
Jezu, ile ty ważysz… Dzięki piłce przeżyłem najszczęśliwsze ułamki sekund tak długiego życia, ale też takie tragiczne. Oto taki sam dzień jak dziś. Idę na mecz Legia - Panathinaikos, właściwie o nic, Legia ma beznadziejny skład, zero szans. I nagle wali gola w ostatniej sekundzie meczu! Chyba nawet "Kucharz", z którym dziś wypiję szampana. No i oczywiście nie wracam do domu, tylko cały stadion idzie prosto w miasto. Wracam jakoś nad ranem… A tu stół (a mam stół taki na 4,5 metra, coś jak pole bramkowe) ugina się od potraw. Dwadzieścia sałatek, półmisków z mięsiwem, trunków, kotletów, dziesiątki nakryć, kieliszki, porcelana, kwiaty, platery… Okazuje się - rocznica ślubu. 24 września. Żona z mamą chciały mi zrobić niespodziankę, zaskoczyć. Uszczęśliwić.

A dla mnie było szczęściem, że ktoś ładnie kopnął piłkę. Tak, przyznaję się. Jestem uzależniony od piłki. To moja jedyna miłość.

I jak to z miłością bywa - rani. Rozpadły się przez nią wszystkie moje związki, rozpadły się nawet moje nogi. Przez to kopanie kamieni, piłki, w błocie i wodzie, na mrozie, te moje nogi nadają się dziś tylko do obcięcia, serio. Czasem ktoś się ze mnie śmieje, czemu, Paweł, jesteś taki gruby… Ano nogi bolą, to muszę leżeć. A jak człowiek leży, to tyje, robi się cięższy, no i nogi bardziej jeszcze bolą, to jeszcze więcej musi leżeć… Nieodwołalne.

Czytaj też: Nazywajmy czarnym to, co jest czarne

No więc dzięki piłce jestem szczęśliwy i właśnie przez piłkę muszę aż tak cierpieć. Ale nie żałuję niczego. Gadam sobie przez telefon z Iwanem (to tylko te moje 48 godzin), w kwietniu wydaje książkę (napisał ją mój ukochany wychowanek Krzyś Stanowski, to będzie literacki szok dla was). I jednym z głównych haseł, tak odgaduję, jest to, że umówiliśmy się z "Ajwenem" (najlepszy, poza Deyną, piłkarz, jakiego w życiu spotkałem), że pojedziemy w Tatry i… skoczymy z najwyższej góry. Żeby już nie cierpieć. Bo, pamiętajcie, nasze cierpienia kompletnie są niewidoczne.

No i "Ajwen" mówi, że jeszcze teraz nie skoczy, że chce żyć dla Zuzi, dla wnuczki. Ale trochę jednak pociesza mnie: "My, Paweł, i tak dopniemy swego!".

No więc, Paweł, panie Pawle, Pawcio, Pablo, ty chuju - różnie ludzie mówią o mnie, ale wspólne jest jedno. Piłka.

Najfajniejsze, że ja pokochałem piłkę, nie mając nawet piłki.

Dlatego kopałem kamienie. Pamiętam to jak wczoraj.

Czytaj też: Pozostałe felietony Pawła Zarzecznego

To były najpiękniejsze chwile.

Wideo

Komentarze 8

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

...
Jeden z najlepszych felietonów, jakie w życiu czytałem.
...
Jeden z najlepszych felietonów, jakie w życiu czytałem.
C
Czytelnik
Smutno i melancholijnie się zrobiło. Ale na szczęście jutro niedziela ligowa!
s
stanisław powałka
czytam wszystkie twoje teksty.
s
stanisław powałka
j.w
h
haha
??
s
sebko
Ziemniakami ugotowanymi i ugniecionymi obłożyć nogi a może pomożę;nie pomoże to zawsze można je zjeść.
Z
Zaid
Witam Panie Pawle,

super felieton, jestem pana rówieśnikiem i jak pamietam do szkoły od 7 lat się chodziło, no chyba że do 111, he,he
Dodaj ogłoszenie