MMA, czyli wstęp do pankrationu

Marian Kmita
Polsapresse/Archiwum
Udostępnij:
Wlewa się w nasze życie medialna moda na kolorowe postaci. Także w sporcie. Już nie tak ważne jak dawniej jest to, czy ktoś naprawdę biega szybciej, czy bije mocniej, ale to, jak dużo o nim piszą w gazetach lub jak często pojawia się w telewizji. A to dzisiaj przy codziennym, nienasyconym głodzie mediów na sensację nie jest takie znowu trudne.

Wystarczy kogoś dotknąć uszczypliwym słowem, powiedzieć coś niestosownego o talencie lub klasie sportowej potencjalnego rywala (najlepiej znanego) i już mamy ogólnopolską gotowość do pojedynku. Pojedynku, najlepiej na pięści i kopniaki - to się najlepiej sprzedaje - który teoretycznie ma odpowiedzieć: kto jest lepszy i dlaczego.

Czytaj też:Najman: Nikt nie złomotał Salety tak jak ja

Oczywiście, jeśli w tej rywalizacji są tylko blichtr i marzenie o sławie, a sportu jest mało lub wcale, to takie przedsięwzięcie musi być skazane na klęskę, bo widz jest wymagający i na szwindlu się pozna. Tak też było w ostatnią sobotę, gdy w ringu w formule K1 po raz drugi mieli się zmierzyć Przemysław Saleta (wyzwany) i Maciej Najman (wyzywający).

Co do pana Przemka, to wiadomo, kto zacz. Nie tylko sportowiec duży, choć do końca niespełniony, ale też człowiek o wielkim sercu, nie tylko z powodu ratowania własną nerką zdrowia ukochanej córki. Bez żadnej przesady osobowość sporego formatu, na miarę antycznych atletów. Z drugiej strony stanął pan Marcin - który wpisuje się w to wszystko, o czym było wyżej. Chciał być bokserem i pod okiem mistrza Kuleja szlifował swój talent cierpliwie, ale skutki tego były żadne. Okazało się, że talentu do sportów walki ma dokładnie odwrotnie tyle, co swojej ambicji. Im bardziej chciał, tym bardziej okazywało się, że nie potrafi.

Czytaj też:Marcin Najman połamał się na Salecie w K1

I niestety nie uczyły go niczego nieudane walki w bokserskim ringu, czy później w formule MMA z Mariuszem Pudzianowskim i Przemysławem Saletą. Im mocniej został zbity w ringu, tym szybciej do niego wracał, bo gazety o nim nie zapominały. Nie zapominały, bo pomiędzy walkami, zamiast ćwiczyć mięśnie pod okiem Mistrza Jerzego, wolał brać udział w kolejnej edycji Wielkiego Brata lub innym telewizyjnym show. No i jak wielu przewidywało, sobotnia walka skończyła się tak jak większość poprzednich - groteskowo.

Czy to sprawi, że pan Marcin da sobie spokój? Pewnie nie, ale oby nie skończyło się tak jak w antycznych zapasach pankrationu, które były protoplastą współczesnego MMA. Tam kto nie potrafił się bić, często tracił w walce życie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie