Minister Jacek Rostowski uczył się na błędach. Na szczęście Węgrów, a nie Polaków

Witold Głowacki
Jackowi Rostowskiemu z pewnością nie trzeba powtarzać Clintonowskiego sloganu "Gospodarka, głupcze". On dobrze wie, że to ekonomia przesądza dziś o losach krajów i rządów. A jako człowiek, który długie lata spędził na Węgrzech, przyglądając się temu, jak topniejąca zawartość portfela zaostrza poglądy mas, znacznie lepiej niż ktokolwiek inny w rządzie Tuska rozumie hasło Jarosława Kaczyńskiego "będziemy jeszcze mieli Budapeszt w Warszawie".

Rostowski wie, że właśnie pojawiają się okoliczności, które to hasło zaczynają z wolna uwiarygodniać. I pewnie zdaje sobie sprawę z tego, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest też częściowe powielenie w Polsce niektórych węgierskich gospodarczych grzechów.

Rok raczej chudy

Kryzys tak naprawdę już się w Polsce zaczął. Podstawowe wskaźniki gospodarcze dotyczące III kwartału okazały się znacznie gorsze, niż zakładały - i tak niezbyt optymistyczne - prognozy. Odnotowaliśmy tylko 1,4-procentowy wzrost PKB. Spadł popyt krajowy. Tylko symboliczny (0,1 proc.) był wzrost spożycia. Do tego o półtora procent w skali roku skurczył się wskaźnik inwestycji.
Naprawdę mocno ucierpiała zaś branża, której kłopoty są dla całej gospodarki wręcz klasycznym dzwonkiem alarmowym, czyli budowlanka (spadek o ponad 5 proc.). Wszelkie prognozy przewidują odczuwalne - w części branż zaś wręcz dotkliwe - spowolnienie gospodarcze przez niemal cały 2013 r. Nawet uchwalony przed niecałym tygodniem budżet na ten chudy czas zakłada tylko 2,2-procentowy wzrost PKB. Może być jednak gorzej. OECD prognozuje dla Polski w roku 2013 tylko 1,6-procentowy wzrost PKB. Najbardziej kasandryczne proroctwa pojedynczych wprawdzie ekonomistów mówią zaś wręcz o kwartale lub dwóch z recesją. Nie da się uniknąć wzrostu bezrobocia - i kolejnych regionalnych dramatów jak ten, który za sprawą decyzji Fiata o zwolnieniu 15 tys. pracowników dotknął Tychy. Nawet wersja optymistyczna oznacza więc stagnację, wzrost bezrobocia i narastającą z wolna frustrację przeciętnego Kowalskiego. Wersja pesymistyczna każe nowelizować budżet już w pierwszej połowie roku i ciąć - nawet ostro - wydatki.

Rok spowolnienia nie musi oczywiście oznaczać politycznego wstrząsu. Tylko że Platforma i rząd Donalda Tuska wchodzą weń z mocno nadwątlonym kapitałem. Od początku kadencji rządząca partia niemal stale traci elektorat. Od listopada poprzedniego roku do teraz Platforma straciła już w sondażach - według CBOS - osiem punktów procentowych (spadek z 42 do 34 proc.), po drodze zresztą odnotowując spadki nawet po 14 proc. Z kolei rząd Tuska (także według CBOS) ma już zauważalnie więcej zdeklarowanych przeciwników (39 proc.) niż zwolenników (33 proc.). To wszystko efekty problemów jednak mniej lub bardziej politycznych (choć na marginesie, uderzające, że właśnie tak w Polsce musimy definiować politykę) - od listy refundacyjnej Arłukowicza i ACTA aż po trotylowe łamańce prokuratury i smoleńskie ekshumacje.

Rostowski przez lata obserwował, jak pustka w portfelu zaostrza poglądy. W Budapeszcie

Cena kryzysu

Na tym tle to oczywiście właśnie gospodarka była dotąd jednym z głównych atutów Platformy i Tuska. Pal sześć, że teoretycznie odpowiadali za nią raczej Waldemar Pawlak i Aleksander Grad, a dziś Janusz Piechociński i Mikołaj Budzanowski. To Jacek Rostowski był przecież twarzą zielonej wyspy, to on zdobywał miejsca na podiach rankingów unijnych ministrów finansów. Ale trudno się też temu dziwić. To Polska była wszak właściwie jedynym większym krajem Europy przechodzącym suchą stopą przez kryzys.

Dziś - na progu kolejnej fali kryzysu - ten główny atut Platformy jest coraz bardziej zagrożony. Nawet zapisany w okrzykniętym jako "nierealny" przez opozycję budżecie deficyt już teraz jest o ponad 3 mld wyższy od poziomu przewidzianego na rok 2012 w "Wieloletnim planie finansowym państwa 2012-2015" przyjętym przez rząd w maju - co niekoniecznie musi zostać przyjęte ciepło przez agencje ratingowe i oczywiście stawia pod znakiem zapytania deklarowane przez Rostowskiego tempo obniżania deficytu sektora publicznego. Bardzo niepokojące są też diagnozy interpretujące rewelacyjne ostatnio wyceny polskich obligacji w kategorii bańki spekulacyjnej stworzonej przez inwestorów krótkoterminowych. "Puls Biznesu" przytaczał już opinie poważnych ekonomistów niewykluczających jej pęknięcia nawet w pierwszych miesiącach roku 2013. To zaś - za sprawą drastycznego wzrostu kosztów obsługi długu - oznaczałoby wręcz katastrofę dla budżetu.

Platforma i rząd Tuska poniosą pewne polityczne koszty realizacji nawet najbardziej optymistycznych scenariuszy na rok 2012. Polityczna cena za kryzys będzie jednak rosła lawinowo, im bardziej jego skala przekroczy obecne prognozy Rostowskiego. Symboliczne sejmowe upokorzenie, którym byłaby ewentualna nowelizacja budżetu, to i tak najmniejszy potencjalny problem. O wiele gorsze w politycznych skutkach byłoby bardziej trwałe rozczarowanie do Platformy nawet części polskiej raczkującej klasy średniej. I jej przejście w obszar coraz bardziej rozedrganych politycznych poszukiwań właściwy dziś szeroko rozumianemu prekariatowi. Nawet jeśli żadna z sił na scenie nadal nie znalazłaby języka, którym do tych grup przemówić, i tak oznaczałoby to utratę bazy przez Platformę. A zatem wstęp do dekompozycji. Tu warto zaś pamiętać, że następne wybory przypadają dopiero za trzy lata.

Bitwa o Budapeszt

Gdy więc PiS - wciąż przecież chętnie maszerujący pod węgierskimi flagami - liczy na perspektywę Budapesztu w Warszawie, to właśnie Rostowski ma być tym, który Budapesztu do Warszawy nie wpuści.

Mogłoby się wydawać, że minister finansów jest wręcz idealnie do tego przygotowany. Bo właśnie w Budapeszcie przez długie lata wykładał Rostowski ekonomię na Central European University. A przy tym obserwował węgierskie problemy z gospodarką i klasą polityczną zarazem. Chętnie - i bardzo ciekawie - o tym, co widział nad Dunajem, pisał i mówił. Gdy z dzisiejszej perspektywy czyta się jego teksty i wypowiedzi z tamtego czasu, wręcz uderza trafność diagnoz Rostowskiego dotyczących Węgier i narastającej tam gospodarczej katastrofy, która w końcu - po kilku latach! - znalazła swe odbicie w walkach na ulicach Budapesztu, siedemnastoprocentowym wyborczym poparciu dla nacjonalistycznego Jobbiku i wreszcie w zwycięstwie ludowo-prawicowego populizmu Victora Orbána i Fideszu.

- Od 1997 r. politycy węgierscy uważali, niezależnie od rządu, że w danym momencie nie można reformować finansów publicznych, bo przegrają wybory. Reformy miały przyjść dopiero po przystąpieniu do Unii, kiedy spodziewano się, że dużą część wydatków pokryją fundusze unijne. Kryzys nastąpił w dwa lata po przystąpieniu do Unii: pieniądze co prawda zaczęły napływać, ale okazało się, że jak są pieniądze, to i tak można wydawać jeszcze więcej - mówił Jacek Rostowski "Polityce" już w 2006 r., niedługo po skandalu wywołanym słynnym "wyznaniem" Gyurcsányego. Dziś Rostowski jako minister finansów uczestniczy właśnie w negocjowaniu nowego budżetu Unii. I zdaje sobie sprawę z tego, że niezależnie od tego, czy uda się w tych negocjacjach uzyskać "należne" Polsce 300 mld, to i tak ostateczny efekt będzie tylko cieniem dotychczasowego eldorado.

- Sytuacja, w której rząd wydaje od 16 do 20 proc. więcej, niż "zarabia" co roku - bo to w istocie 8-10-procentowy deficyt w stosunku do PKB oznacza - jest nie do utrzymania w żadnym kraju - mówił, także opisując sytuację na Węgrzech, sześć lat temu Rostowski. W roku 2010, gdy był już od trzech lat ministrem, deficyt polskiego sektora finansów publicznych osiągnął rekordowy poziom 7,9 proc. PKB, częściowo za sprawą niwelowania społeczno-politycznych skutków pierwszej fali kryzysu. "W okresie szybkiego wzrostu gospodarczego (lata 1998-2001) Węgrom nigdy nie udało się obniżyć deficytu sektora publicznego poniżej 4 proc. PKB. Na ogół deficyt utrzymywał się w okolicach 5 proc. PKB. A jednak w 2002 r. deficyt osiągnął rzeczywiste apogeum: ponad 9 proc. PKB! Było to skutkiem ostrej walki politycznej prawicy i lewicy, posiadających podobne co do rozmiarów poparcie społeczne" - pisał z kolei w 2003 r. w analizie "Czy węgierska gospodarka się wali?" dla CASE. W maju roku 2012 nawet naruszony już plan stabilizowania finansów publicznych przygotowany przez resort Rostowskiego wychodził od zbijania deficytu sektora finansów publicznych z poziomu 5,1 proc.

A jednak Warszawa

Rzecz jasna ogromnym nadużyciem byłoby ogólne przyrównanie gospodarczej sytuacji Polski w roku 2012 do Węgier z połowy poprzedniej dekady. Choćby dlatego, że kolejne polskie rządy, wliczając i Millera, i Marcinkiewicza z Kaczyńskim, i oczywiście Tuska, cechowały się wielką odpowiedzialnością finansową w porównaniu z gabinetami Gyurcsányego czy obydwoma rządami Orbána. Na szczęście wciąż nieporównywalna jest też skala zagrożeń.

Ale jednak i dziś, gdy widzimy "ucieczkę do przodu" Jacka Rostowskiego i słyszymy go tłumaczącego kiepskie wyniki PKB w trzecim kwartale "błędną polityką monetarną" i "spodziewającego się" serii obniżek stóp procentowych przez RPO, kłania się kolejna lektura płynąca z węgierskich doświadczeń naszego ministra finansów. "Niestety, te same siły, które doprowadziły do rozchwiania gospodarki węgierskiej, działają także u nas. Jak często słyszymy wołania o powiększenie deficytu finansów publicznych, kiedy dla bezpieczeństwa ekonomicznego państwa konieczne jest jego zmniejszenie? Jak często słyszymy argumenty na rzecz interwencji na rynku walutowym rzekomo po to, by zwiększyć konkurencyjność przemysłu polskiego? Na przykładzie węgierskim widać, jak to może się skończyć: takim samym kursem waluty krajowej i wyższymi stopami procentowymi dla przedsiębiorstw!" - pisał w 2003 r. zgorszony węgierskimi manipulacjami stopami procentowymi Rostowski.

Dziś, u progu nieciekawie zapowiadającego się 2013 r., pozostaje zaś mieć nadzieję, że minister finansów wykorzystał naukę na błędach Węgrów, zamiast uczyć się na błędach własnych. I że rzeczywiście zaczniemy wychodzić ze stagnacji już jesienią 2013 r.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
polo
W tym "Tyimsie" już całkiem ich POp.... pogięło.
c
co to ma być??
jakieś banerzysko zasłania mi pół strony z tym akurat ćwierć artykułem!!
Dodaj ogłoszenie