Miłosne trele Boba Dylana

Marek Świrkowicz
Choć guru protest songu za miesiąc skończy 68 lat, scenicznej werwy mógłby mu pozazdrościć niejeden rockowy młodzieniaszek
Choć guru protest songu za miesiąc skończy 68 lat, scenicznej werwy mógłby mu pozazdrościć niejeden rockowy młodzieniaszek
Bob Dylan nigdy nie był romantycznym bawidamkiem. Wśród przeszło tysiąca songów, jakie cesarz amerykańskiego folku podarował światu w ciągu swej trwającej blisko pół wieku kariery, miłosne wyznania i erotyczne zwierzenia można by policzyć na palcach obu rąk.

Twórca "Blowing In The Wind" potrafił co prawda skrobnąć na boku chwytające za serce perełki w rodzaju "Just Like A Woman" (dla swej kochanki Joan Baez) czy "Sad-Eyed Lady Of The Lowlands" (dla swej pierwszej żony Sary Lownds), robił to jednak zwykle z rumieńcem wstydu na swoim surowym obliczu. A bardziej niż prozaiczne sprawy damsko-męskie interesowały go zawsze wielkie tematy ludzkości: filozofia, moralność, religia czy wreszcie kondycja człowieka i społeczeństwa we współczesnym świecie.

Ale nawet ten wielki kaznodzieja z gitarą w dłoni na starość wrzucił na luz. I na swym najnowszym, 33. albumie studyjnym serwuje swoim zbitym z tropu wyznawcom przejmującą wiązankę prostych, bezpretensjonalnych (choć nie zawsze optymistycznych) piosenek o miłości. Płyta zatytułowana znamiennie "Together Through Life" ("Razem przez życie") już dziś wyląduje na półkach sklepów muzycznych.

Sam Dylan przyznaje, że krążek powstał właściwie przez przypadek. W ubiegłym roku francuski reżyser Olivier Dahan (wsławiony nagrodzoną dwoma Oscarami filmową biografią Edith Piaf) poprosił 67-letniego mistrza o napisanie piosenki na potrzeby swego nowego filmu "My Own Love Song". Miała to być, wedle słów filmowca, "wzruszająca ballada, którą główny bohater mógłby zaśpiewać pod koniec filmu".

Tak powstała nastrojowa, zawieszona między brudnym country a knajpianym jazzem kompozycja "Life Is Hard", w której nasz bohater, niczym odnaleziony gdzieś na teksańskiej pustyni sobowtór Leonarda Cohena, złamanym przez życie głosem rozpacza nad widmem utraconej miłości. Ale Dylan tak się zapamiętał w swych romantycznych enuncjacjach, że ani się spostrzegł, a już miał materiał na całą płytę.

Zwołał zatem do studia paru starych, sprawdzonych kumpli (w tym m.in. znanego ze współpracy z Tomem Pettym gitarzystę Mike'a Campbella oraz Davida Hidalgo z formacji Los Lobos, którego akordeon nadaje całości pikantnego posmaku tex-mex) i wspólnie z nimi w ciągu zaledwie kilku tygodni zarejestrował 10 nowych piosenek. Szorstka produkcja (dzieło samego Dylana, ukrywającego się pod pseudonimem Jack Frost), muzealne brzmienia instrumentów i pozornie niedbałe wykonanie sprawiają nieodparte wrażenie obcowania z jakąś lokalną bandą obdartusów, która w jednym z podejrzanych barów pogranicza jankesko-meksykańskiego przy wtórze rumby, bluesa i country wyśpiewuje swoje sukcesy i porażki na polu relacji damsko-męskich.

Nie zdziwcie się zatem, gdy usłyszycie, jak legendarny prorok kontrkultury bez żenady mruczy: "Kocham cię ślicznotko/Jesteś moją jedyną miłością/Tak długo, jak będziesz ze mną/Cały świat będzie moim tronem" albo "Tylko sen o tobie pozwala mi dalej żyć". I udowadnia, że potrafi mówić o życiu we dwoje w sposób romantyczny, ale też zabawny: posłuchajcie choćby piosenki "My Wife's Home Town" ("Rodzinne miasto mojej żony" - w ramach podpowiedzi dodamy, że chodzi o piekło).
Na "Together Through Life" Dylan dowodzi, że wciąż potrafi zaskakiwać. Tak jak to robił wielokrotnie w przeszłości. Wszak już jako młodzieniaszek zaskakiwał muzykolubów i literaturoznawców pospołu swym niezwykłym poetyckim wyrafinowaniem - zresztą dziś jego tekstom poświęca się naukowe traktaty, a on sam jest dyżurnym kandydatem do literackiego Nobla. W 1965 r. omal nie doprowadził do zadymy wśród fanów, niespodziewanie zamieniając gitarę akustyczną i harmonijkę na elektrycznego fendera i klasyczny rockowy zespół za plecami. Z kolei pod koniec lat 70. zaskoczył wszystkich ostrą woltą w stronę chrześcijańskiej duchowości i muzyki gospel.

Wciąż jednak było mu mało. A to w 1997 r. zaśpiewał dla Jana Pawła II, a to trzy lata później zgarnął Oscara za piosenkę do filmu "Cudowni chłopcy". A swą ostatnią jak dotąd płytą "Modern Times" (2006, triumf na liście Billboardu, cztery miliony sprzedanych egzemplarzy i dwie nagrody Grammy) udowodnił, że nawet w wieku 65 lat może konkurować ze współczesnymi gwiazdami. I ani mu w głowie muzyczna emerytura.

Bob Dylan, "Together Through Life", dystr. Sony Music Polska, cena 58 zł

Zaoceaniczny bard zadziwia stylistycznym wigorem, a my przypominamy, że i Europa ma swoich buntowników

Jacques Georges Brel, 1929-1978
Belg, który po francusku wy-śpiewywał sprzeciw wobec zła. Jego wisielczy humor tak rozwścieczył Flamandów, że zabronili mu koncertować we Flandrii. A my pamiętamy, że w latach 60. odważył się zagrać także nad Wisłą.

Bułat Szałwowicz Okudżawa, 1924-1997
Na powielanych w samizdacie wierszach tego syna Gruzina i Ormianki uczyło się przyzwoitości kilka pokoleń inteligencji. A jego pieśni o ukochanym Arbacie, śpiewane charakterystycznym, ochrypłym głosem, wciąż chwytają za serce.

Wołodia Siemionowicz Wysocki, 1938-1980
Lubił wypić i zaszaleć, ale na jego pogrzeb przyszła cała Moskwa. Pieśniarz, poeta, aktor i sumienie niepokonanej przez komunizm Rosji. Dlatego słuchając "Moskwy - Odessy" wychylcie stakanczika za spokój jego duszy.

Karel Kryl, 1944-1994
Najsławniejszy czeski bard Praskiej Wiosny, współpracownik Wolnej Europy, od 1969 r. na emigracji w Niemczech. A jego songi, m.in. "Bratříčku, zavírej vrátka", "Salome" czy "Karavana mraků", to wciąż powód do dumy dla braci Czechów.

Jacek Kaczmarski, 1957-2004
To z jego "Murami" na ustach pokolenie Solidarności ruszyło do pokojowej rewolucji. Kilkaset kawałków spod jego ręki, szczególnie tych z historycznym kluczem, to nadal obowiązkowa lekcja dla każdego poprawiacza świata.

Lluís Llach, ur. 1948
Kataloński zaśpiewajło, który kiedyś walczył gitarą z reżimem gen. Franco, a dziś produkuje wino w regionie Priorat. Ale jego songi nie zestarzały się ani o nutę, czego dowiódł w 2006 r., gdy zagrał w Poznaniu w czasie 50. rocznicy poznańskiego Czerwca.

Najnowsze oferty na Black Friday

Materiały promocyjne partnera

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.