Mikołejko: Święta dają nam poczucie przejścia na lepszą stronę mocy

Dorota Kowalska
Prof. Zbigniew Mikołejko
Prof. Zbigniew Mikołejko Bartek Syta/Polskapresse
O magii świąt Bożego Narodzenia, której nie można się oprzeć, świątecznych prezentach i histerycznym marzeniu, żeby wszystko było, jak należy - mówi prof. Zbigniew Mikołejko w rozmowie z Dorotą Kowalską.

Panie profesorze, lubi Pan święta Bożego Narodzenia?
Uwielbiam, od dziecka mają dla mnie niesamowitą magię, taką moc, że na bok odrzucam wszystkie moje codzienne dążenia ku świeckości i zanurzam się namiętnie w świąteczność, chrześcijańską, niechrześcijańską, nic mnie to nie obchodzi jaką. Taka jest siła przyciągania tych świąt, że nie sposób się im poprzeć i nie opieram się im od dzieciństwa.

Jak Pan te święta spędza jako agnostyk? Na pasterkę Pan chyba nie chodzi?
Nie chodzę, ale na przykład bardzo często czytam na głos przy wigilijnym stole odpowiedni passus z Ewangelii dzieciństwa. Nagle otwieram się więc na inne wymiary, bo święta Bożego Narodzenia to jednak opowieść, a każda opowieść zawiera w sobie pewną transcendencję, coś, co nas przerasta, co ma jakiś szerszy wymiar. Nieważne, czy jest to zakorzenione w przestrzeni tej lub innej wiary, tej lub innej magii, tej lub innej legendy. Ważne jest to przekroczenie i znalezienie się w innym czasie i innym miejscu, wiecznym jakby w tym właśnie momencie.

Co Pan, Profesorze, je na kolację wigilijną?

Nie uważam, aby trzeba było symbolicznie wędrować przez te 12 czy 13 potraw, ale mam swoje ulubione smaki. Jestem sam specjalistą od kompotu z suszu oczywiście, ale uwielbiam takie krokiety z grzybami, które przygotowuje moja żona, i kilka innych tradycyjnych potraw.

Zupa grzybowa? Bo tu różna jest tradycja, niektórzy jedzą zupę z rybką albo czerwony barszczyk z uszkami.
Zupa grzybowa, jak najbardziej. Są oczywiście jakieś rzeczy rybne. Ciasta! Koniecznie musi być makowiec z jak największą ilością maku. Te zresztą rzeczy, które nacechowane są symbolicznie w różnoraki sposób - bo mak oraz grzyby odsyłają nas w sferę snu, a zatem w sferę śmierci, co przywodzi na myśl naszych zmarłych. Tak jak pusty talerz, który zawsze stoi u nas na stole. Jest więc w naszym domu obecny rytuał, ale bez takiego kurczowego trzymania się tradycji. W tym roku będzie na przykład kutia, robiliśmy ją czasem sami, ale teraz ją zamówiliśmy i jesteśmy ciekawi, jak będzie się przedstawiać.

Biega Pan po sklepach i szuka prezentów?
Oczywiście tak, to absolutnie rytuał. I wszyscy dostają prezenty, koty także. Mało tego, koty się nauczyły, teraz niestety jest już tylko kociczka Gaja, że jak pojawi się choinka i cała świąteczna atmosfera, to trzeba czekać na prezenty. I to one dostają prezenty pierwsze. Kiedy żył jeszcze kot Natan, dochodziło do histerii, bo zawłaszczał to, co było - jego zdaniem - najlepsze, i usiłował to coś ukryć przed kotką.

I jakież to prezenty kupuje Pan, Profesorze, swoim ukochanym kotom?
Najrozmaitsze myszki, ale najukochańszym prezentem był potwór. (śmiech)

Potwór? Ładny prezent!
Po kolei: w sklepie skończyły się kocie myszki do zabawy, zatem żona kupiła jakiegoś potwora, taką strasznie kudłatą i brzydką maskotę. Kupiła ją w przekonaniu, że dla Natana ciekawszy pewnie będzie wąż, także zakupiony jako koci prezent. Ale nie, Natan wybrał potwora i latał z nim z kąta w kąt po mieszkaniu, usiłując go schować. Warczał przy tym jak pies i każde miejsce schowania uznawał za niepewne. W końcu schował tę maskotkę tak, że do tej pory nie możemy jej znaleźć. Nasze koty w pełni więc uczestniczyły w świętach, wprawdzie nie gadały, ale w innych rytuałach brały udział bardzo aktywnie. A! Opłatka nie przyjmują, nie chcąc widocznie powiedzieć, co o nas myślą.

Co takiego sprawia, że te święta są tak bardzo magiczne?
To są jedyne święta, które zachowały tak wiele rozmaitych starych warstw przeżyć i symboli. Wielkanoc jest bardziej ascetyczna, nie ma tego nasycenia, nie ma tej wielości doświadczeń, wrażeń. A tu są i choina, i światła, i prezenty, i pewna piękna zgrzebność, i kolędy, które są też bardzo magiczne, bo polskie kolędy są wspaniałe przecież. I to jedzenie, które jest jakże odmienne od jedzenia codziennego. I to bycie razem. I jeszcze świadomość, że prawie wszyscy Polacy, bo tylko 2 proc. z nas nie obchodzi Bożego Narodzenia, siedzą przy stołach, mają choinki i cieszą się jak my. Nie chodzę na pasterki, ale lubię patrzeć na transmisję góralskich pasterek - nie doświadczam chłodu i obecności tłumu, ale doświadczam uroku świateł, urody obrazów i góralskiej muzyki, pełnego pasji grania i śpiewania. Tam się naprawdę śpiewa z całej duszy, także z całego - by tak rzec - ciała. Wtedy wracają wszystkie opowieści z dzieciństwa, te wszystkie przeczytane historie, chociażby u Hoffmanna w "Dziadku do orzechów", w najwspanialszej bożonarodzeniowej książce opowiadającej o nieustannej walce ciemności ze światłem. Jest więc mistyka, świadomość, że te straszne, ciemne dni za chwilę odejdą i pojawi się coś nowego, nastanie jaśniejszy czas. Czas nadziei.

Magia tych świąt polega chyba także na tym, że wszyscy staramy się być lepsi, prawda?
Owszem, staramy się, ale też taka atmosfera ogólna nas odmienia, to wielkie ożywienie ludzi. Ze świętem jest bowiem tak, że to jest czas wyjęty, odmienny. Czas codzienny jest przecież czasem powtarzalnym, męczącym. I nagle wychodzimy z tego powtarzalnego rytmu, z przestrzeni zmęczenia w świat, który jest czystszy, tak duchowo, jak w wymiarze materialnym, bo przecież nasze domy są wysprzątane, wypachnione. Czyścimy je zresztą histerycznie. Z upodobaniem śledzę zawsze odgłosy trzepania dywanów - kobiety wyrzucają swoich mężczyzn, oni są wściekli, bo chcieliby oglądać telewizję albo leżeć na tapczanie i przeglądać gazety, tymczasem zostali skierowani na pole walki, do trzepania dywanów, czego fundamentalnie nie znoszą. Ta wściekłość jest zresztą przydatna przy wykonywaniu owej czynności, bo walą tymi trzepaczkami ze zdwojoną siłą. W Rzymie z kolei wyrzuca się przez okno w okresie Nowego Roku stare graty, więc trzeba uważać, żeby nie dostać w głowę jakimś krzesłem. Ludzie skaczą z mostów do Tybru. Kiedyś sam widziałem, jak zakonnica tak skacze - żeby sobie zrobić kąpiel oczyszczającą. Ale ta krzątanina, którą widzimy wszędzie, jakoś nas ożywia, wstępują w nas nowy duch, nowa siła, nowa radość, których tak potrzebujemy. Trudno się cieszyć biurową czy fabryczną codziennością, której większość z nas doświadcza. A tu nagle jesteśmy poza tym porządkiem, w zupełnie innym miejscu i zupełnie innym czasie.

Opowiadał mi Pan kiedyś, że jako dziecko bardzo Pan na święta czekał.
Tak, bo rzeczywiście w tej zgrzebnej, komunistycznej rzeczywistości, bardzo szarej, wkładano niebywały wysiłek, żeby przynajmniej święta były czymś wyjątkowym. I nawet system jakoś się wtedy zmieniał i dostarczał różnych materii, aby tak się stało. Poza tym miałem ciężkie i trudne życie, to pasmo zostawało więc przerwane także przez ten świąteczny czas. Trochę inne zjawiska temu towarzyszyły, nie telewizja, ale wędrówki kolędników, których cokolwiek się bałem, bo był wśród nich diabeł straszący małych chłopców i małe dziewczynki. Tym diabłem był sąsiad wysmarowany sadzą, z ogonem i widłami z tektury, a więc wyglądał, jak należy. Wszystkie postacie były zresztą, jak trzeba - diabeł, Herod, śmierć, Żyd, anioł, który taszczył gwiazdę. Towarzyszył temu przestrach, ale też radość - więc czekałem na kolędników co rok. Dawało się im zawsze parę groszy albo coś do koszyka, raczej parę groszy, bo i domy kolędników w czasie świątecznym pełne były różnorakich dóbr wyjątkowo zjawiających się wtedy na naszych stołach. Dzisiaj te wszystkie dobra mamy właściwie w stałej dostawie, co umniejsza trochę to nasze świętowanie, bo możemy jeść świąteczne rzeczy na co dzień. Wtedy zaś najważniejszym komunikatem medialnym była informacja, że statek z cytrusami czy też dwa statki przybyły właśnie do Gdyni. I cały kraj na te pomarańcze czekał, na ten ich zapach, tę ich słodkość. Bo były niebywale słodkie, o wiele bardziej, niż w rzeczywistości były. Świętom towarzyszyła więc egzotyka, wyobrażenie egzotycznych rajów, w których owe pomarańcze rosną jak nasze jabłka. Miałem też ulubioną szopkę, tego pani nie opowiadałem, przedwojenną, tekturową. Uwielbiałem ją, ona się rozleciała, gdzieś zaginęła, ale przetrwała w mojej rodzinie lat chyba 70, jeśli nie więcej.

A pod choinką szukał Pan pewnie książek?
Książek, oczywiście! Była u nas taka zasada, że nie ma praktycznych prezentów. I że nie daje się skarpetek, perfum, krawatów, tylko daje się drobiazgi, które wykraczają poza ten porządek codzienności. Książka była w tym czasie rarytasem, zwłaszcza że to była często książka z baśniami i w dodatku nie trzeba było iść do szkoły, można było tę książkę czytać. Pamiętam doskonale zapach tych książek, bo miały narkotyczny zapach świeżego druku, miały obrazki robione przez wielkich mistrzów w rodzaju Szancera, co też było strasznie ważne. Była ciekawość, bo nigdy nie wiadomo było, jaka to będzie książka: czy wiersze, czy baśń jakaś niebywała. Potem gdzieś się to skończyło, w moim wypadku bardzo szybko się skończyło. W związku z tym moje dzisiejsze budowanie święta polega w znaczniej mierze na poszukiwaniu tego, co zostało utracone na wiele lat, a teraz jest odzyskiwane.

Widać próby używania nas jako wypełniacza decyzji podjętych gdzie indziej. Na przykład przy budowaniu ekspedycyjnej wizji europejskich sił obronnych. A to dla nas bardzo nieopłacalne

Nie ma Pan jednak wrażenia, że to przeżywanie świąt jednak się zmienia?
Tak. Mówiłem wcześniej o naszym, prywatnym wymiarze, ale zauważyłem to, co wszyscy widzimy. Komercjalizację tych świąt, wtapianie się w taką anglo-amerykańską popkulturę, która podmienia Mikołaja na Santa Clausa, a polskie konie na renifery. Dla mnie święta dzieciństwa to jednak kuligi i polskie sanie, do których dzieci dołączały sanki, to dorośli pijący mocne trunki, odżywiający się bigosem, jakieś ognisko, przy którym wszyscy się gromadzili i gadali, gadali, gadali. Owszem, ktoś spadł z sanek, człowiek zmarzł, ale to nikogo nie zrażało, było przygodą, której nadawano większy wymiar niż tym codziennym przygodom. I wszystko składało się na wielką baśń zimową, na wielką zimową opowieść, której dzisiaj już nie ma. I można ją tylko obejrzeć w telewizji, można ją obejrzeć w supermarkecie, w reklamach. A tamto coś zostało utracone na dobre. Zaś ów daleki i zgrzebny świat, mający swoją niebywałą wartość, już nie istnieje. Dzisiaj jesteśmy w nowej rzeczywistości, w której w supermarketach słychać starą polską kolędę "Jingle Bells" albo starą polską kolędę "White Christmas".

Nie zauważył Pan, że wielu ludzi ucieka dzisiaj przed świętami?
Tak, młodzi wieją. Te ucieczki mają zresztą podwójny aspekt. Z jednej strony, nie wszyscy czują się dobrze w kręgu wymuszonej niekiedy dobroci wszystkich dla wszystkich. Kiedyś, kiedy rodziny były duże, kiedy mieszkało się wspólnie, ludzie mieli mnóstwo zajęć, byli wtłoczeni w agrarny tryb życia, pracowali na polach od świtu do zmierzchu. A w zimie nie ma potrzeby pracy w polu, więc wszyscy byli wreszcie razem w domu. Teraz mamy zupełnie inną rzeczywistość, mamy na ogół ciasne mieszkania, które skazują nas na siedzenie przy stole, na jedzenie i picie. Drugi aspekt to właśnie potrzeba baśni, wędrowania w góry, w tę inną, baśniową rzeczywistość. Odświętną, uroczystą bardziej. Góry - to nie jest przypadkowe. To, co mówiłem o góralszczyźnie, która bardzo mocno świętuje Boże Narodzenie, w bardzo tradycyjny sposób… A jeszcze te widoki: zima, sosny, świerki pokryte śniegiem, cały ten baśniowy krajobraz, ta magia, bardzo to ludziom potrzebne. Dopełnia przeżyć, odmienia. Rozmaite są powody tych wyjazdów - ja jednak osobiście cenię przestrzeń rodzinną i zostawanie w domu, te chwile, kiedy nareszcie nie trzeba żyć codziennością.

Ale przychodzi moment dzielenia się opłatkiem, nie wszyscy go lubią. Czują pewną sztuczność w tym rytuale, może dlatego, że czasami przychodzi im się łamać z osobami obcymi?
Opłatek ma także zbliżać, ale to trudne, zgadzam się. Opłatek jest wyjątkowo polskim zwyczajem, podobne formy pojawiają się na Ukrainie, Liwie, Słowacji, ale nie ma tam takiej intensywności jak u nas. Opłatek nosi jednak istotne znaczenie: ma budować więź i nie jest tylko uświęceniem już istniejącej więzi. Ja tego nie doświadczam, bo wigilia w moim Zakładzie Badań nad Religią jest jednak wigilią ludzi sobie przyjaznych i szczerze potrzebujących ciepła z rozmaitych względów. Jest tu sporo cudzoziemców będących poza domem, więc ta wigilia jest dla nich inicjacją w polską kulturę, wyjęciem ich z przestrzeni samotnego przeżywania świąt - do bycia we wspólnocie. Na ogół się przy tym lubimy, więc nie ma bariery, o której pani wspomniała, aby podzielić się opłatkiem. I ściągają nawet czasem dawni doktoranci, który poszli już w świat, a jednak mają w pamięci, że w ostatni wtorek przed świętami Bożego Narodzenia przychodzi się do zakładu, zjawiają się też osoby nieoczekiwane, które zechcą przyjść - i jesteśmy ze sobą. Nie lubiłbym oczywiście jakichś wielkich molochów, korporacyjnych czy uniwersyteckich wigilii, podczas których schodzą się ludzie różni, niekoniecznie nam sympatyczni i trzeba wygłosić ileś tam formuł. Nasza społeczność jest stosunkowo niewielka, więc jest inaczej.

A nasze postanowienia bycia lepszym? Czynimy je przy okazji świąt Bożego Narodzenia, ale niewiele z nich zostaje.
Coś tam jednak zostaje. Zawsze w Boże Narodzenie budzi się w nas potrzeba znalezienia się w tym, co duchowe. Boże Narodzenie jest świętem rodzinnym, jest także świętem szerszej wspólnoty. Czujemy się lepsi, składamy sobie życzenia, rozmaite przyrzeczenia, obiecujemy sobie zawsze jednak niedotrzymaną przemianę. Na Nowy Rok czy Boże Narodzenie nie wypada być złym. Ale ja nigdy nie postanawiam, że się zmienię. Trzeba się po prostu oddać świętowaniu bez założeń, wtedy jest fajniej. Nie trzeba świąt filtrować przez mózg, przez rozum. Trzeba wejść w rytuał, bo święto jest nagłym wybuchem emocji, święto jest gorące tylko przez samo świętowanie. Ta gorącość zanika coraz bardziej z racji wspomnianej już komercjalizacji, bo chcemy, żeby było jak w filmach Disneya, jak w reklamie. Z drugiej strony, uśmieje się pani...

W Boże Narodzenie czujemy się lepsi, składamy sobie życzenia, rozmaite przyrzeczenia, obiecujemy sobie zawsze jednak niedotrzymaną przemianę. W Boże Narodzenie nie wypada po prostu być złym

Tak?
Uwielbiam, jak w święta są w telewizji te same filmy, jak zresztą masa Polaków. Nie wyobrażam sobie więc świąt bez filmu "Kevin sam w domu". Miliony ludzi piszą listy do telewizji, żeby było to i to...

O, tak! Kiedyś zrezygnowano z "Kevina" w święta i widzowie zrobili straszną awanturę.
Najlepiej jeszcze, jeśli filmy są emitowane o tej samej porze.

No i tego nie pojmuję!
Te filmy zostały wpisane już w pewien rytuał, przecież o tej samej porze jest kolacja wigilijna, a zwierzęta zaczynają gadać dokładnie po północy. Kevin jest więc kolejną, bliską nam osobą, więc niech ma swój udział w tym rytuale! Przecież telewizor już dawno uznaliśmy za członka rodziny, dopuszczamy go więc do tajemnicy.

Pana to nie mierzi, Profesorze?
Bardzo lubię filmy bożonarodzeniowe wszelkiego rodzaju, np. "Opowieść wigilijną" w różnych wcieleniach. Najwspanialsza jest oczywiście "Opowieść wigilijna Muppetów" - nie wiem, czy pani widziała, cudo zupełne. Są też inne wcielenia tego niesamowitego tekstu Dickensa. Przyszedł on do nas z kultury anglosaskiej, ale wiele rzeczy do nas przychodziło i przychodzi z różnych miejsc - z Białorusi, Niemiec, Austrii czy Litwy, od Anglosasów i Włochów, z głębi rodzimej tradycji - wszystko się to miksuje w tyglu święta. I bardzo dobrze. Nie można tylko przykryć tego polerką disnejowsko-komercyjną, bo ona jest żałosna.

A nie ma Pan wrażenia, że zapominamy podczas tych świąt o tym, co najważniejsze? Ludzie są tak zabiegani, zmęczeni, że ucieka im sens tego święta.
Przy przygotowaniu święta ludzie zawsze są zmęczeni. Oczywiście, kiedyś wieś żyła swoim własnym rytmem, zimą miała więcej czasu na przygotowanie święta, mogła pewne rzeczy robić wolniej, ale też robiła to sporym nakładem sił, przygotowywanie potraw było bardzo czasochłonne. Po to, żeby świętować, trzeba było oszczędzać, o wiele rzeczy zabiegać, bo i dwór, i wieś nie były w Polsce najbogatsze - tak, także dwór, z małymi wyjątkami, wbrew temu, co się opowiada o zasobności polskich dworów. Poza tym żyło się trudniej: przepaściste śniegi, drogi zasypane, ubóstwo jedzenia - to wszystko było do przezwyciężenia. Nie wyobrażamy sobie, jak trudno było urządzić święta w takim wiejskim domu.

Były aż tak ciężkie?
Człowiek w kulturze agrarnej był zdany w zimie wyłącznie na siebie. Byliśmy wobec zimy mocno bezradni, a ta nie znała litości. Na domiar złego, od końca XVII w., czyli wraz z utratą przez nas niepodległości, w Polsce nastąpiło oziębienie klimatu, które dawało mocno o sobie znać w XIX i XX w. Dzisiaj jesteśmy, cokolwiek by się działo, do tych najgorszych zim jakoś przygotowani, wtedy nie byliśmy. Dzisiaj za to nie panujemy nad taką histeryczną pasją marzenia, żeby było jak najlepiej. Nie wiem, po co? Co z tego, że wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, kiedy wszyscy przy okazji będą wściekli jak diabli? I mówiąc szczerze, nie wiem, który z tych wysiłków jest trudniejszy.

Czyli tym świętom zmęczenie towarzyszyło zawsze?
Tak. Ale dawniej nie było ono połączone z zadyszką, tak bym powiedział. Dzisiaj każdy ma kilka godzin po pracy, jakąś wolną niedzielę, więc biegnie do sklepu, kupuje rzeczy niekonieczne, bo to w ostatniej chwili, a przy tym jest potwornie zmęczony. Obija się o tłumy innych w podobnej sytuacji. Kraj zamienia się w wielki jarmark znerwicowanych sobowtórów. Dawniej ludzie mieli na ten wielki świąteczny wysiłek więcej czasu.

Co nam, Panie Profesorze, tak naprawdę dają właściwie te święta oprócz chwili odpoczynku?
Dają oczyszczenie, poczucie przejścia na lepszą stronę mocy, tak bym powiedział. To, co mówiłem o przejściu z ciemności do światła, nas też dotyczy. Ono jest rozgrywane w mitycznym porządku, w czasie 12 strasznych dni, od wigilii do Trzech Króli. Jesteśmy jego świadkami, uczestnikami, chcemy tego czy nie. Nawet w dzisiejszym skomercjalizowanym świecie, świecie masowych mediów, internetu, który jak gdyby o tym zapomniał. To zapomnienie nie do końca mu jednak wychodzi, nie do końca może się z niego wyzwolić, bo nawet on swój sukces zawdzięcza wzięciu na siebie pewnego ciężaru tradycji. I musi tę tradycję uwzględnić, jeśli chce odnieść sukces. Wykoślawia ją, spłyca, ale obejść się bez niej nie może.

Rozmawiała Dorota Kowalska

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
ALA
ZE BYDLETA RAZ DO ROKU W WIGILIE PRZEMAWIAJA LUDZKIM GLOSEM
Dodaj ogłoszenie