Mikołaj Korol z "Rolnik szuka żony": Bo życie nam się z Martą układa bardzo dobrze (6.12.2019)

Urszula Śleszyńska
Pan Mikołaj i Marta tworzą zgodną parę nie tylko w życiu prywatnym, ale też w pracy Archiwum prywatne Mikołaja Korola
O swoich największych miłościach - winie i żonie Marcie, o popisowych daniach i udziale w programie "Rolnik szuka żony" opowiada nam Mikołaj Korol, jeden z uczestników programu.

Mikołaj Korol z "Rolnik szuka żony": Bo życie nam się z Martą układa bardzo dobrze (6.12.2019)

Co tam u Was słychać? U pana i pana żony?

- (śmiech) Normalnie sobie żyjemy, pracujemy na winnicy i życie biegnie w kręgu rodzinnym. Od czasu do czasu wyjeżdżamy na targi wina, czy na prezentacje z degustacją naszych win. Ale dnie spędzamy na winnicy.

Ślub Mikołaja Korola i Marty Wakuluk. Rolnik znalazł żonę. N...

Ale czasem też podróżujecie. Z winami...

- Tak, niedawno wróciliśmy z trzydniowych targów w Krakowie, tak zwanych ENOEXPO – to są międzynarodowe targi wina. Prezentowaliśmy swoje wina wśród konkurencji zagranicznej. Nie skłąmię chyba mówiąc, że jeżeli chodzi o wnia, to jesteśmy w kraju czołówką. Producenci z zagranicy byli zdziwieni i zaskoczeni, że w Polsce mogą być dobre wina. Podziwali nasze produkty, smaki.

A w czym tkwi sekret dobrego wina?

- To jest długa historia. Najpierw trzeba wyprodukować odpowiednie winogrona, potem odpowiednio przetworzyć je w wino. Winogrona się muszą mieć na plantacji dobrze. Od lutego do zbiorów trzeba pracować ciągle, żeby miały zapewniony Właściwy rozwój. Zależy to też od gleby, słońca czyli temperatur, opadów. Można powiedzieć, że 70 procent powodzenia to wyprodukowanie dobrych winogron, a te 30 procent to jak dobry winiarz przerobi winogrona na dobre wina.

Ślub Małgorzaty Sienkiewicz z Rolnik szuka żony. Wyszła za P...

Pan pija swoje wina?

- Przede wszystkim swoje! Ale często też porównuję je z innymi, nawet zagranicznymi. I przekonuję się, że moje naprawdę dobrze smakują.

Od ilu lat pan robi wina?

- Prawdę mówiąc całe moje życie robiłem wina, najpierw owocowe, gdy nie było jeszcze możliwości uprawy winogron w Polsce. Nasz kraj dopiero na mocy prawa unijnego mógł stać się producentem wina, a przepisy zostały dostosowane tak, żeby rolnik mógł z własnych winogron wyrabiać wino. Kiedy tak się stało pomyślałem, że warto spróbować robić z prawdziwych winogron prawdziwe wino, takie jak we Francji czy we Wloszech, Hiszpanii.

A wino białe czy czerwone?

- Na mojej winnicy jest i białe i czerwone. Ale w przewadze jest czerwone. Przede wszystkim wytrawne. Ale robię też i półwytrawne, bo zdarzają się tacy, którzy lubią półwytrawne i półsłodkie.

Ślub Daniela Martyniuka. Wesele syna Zenka Martyniuka odbyło...

Chciałabym się cofnąć w czasie i powspominać i zapytać czy na pańskim weselu było pańskie wino?

- (śmiech) Tak na weselu było przede wszystkim moje wino. Ale dla urozmaicenia były i inne trunki. Moi najbliżsi by się obrazili, gdyby nie było mojego wina.

A jak pan wspomina dzień ślubu?

- We wrześniu minął rok. Przyznaję, że przed weselem było trochę napięcia. Ślub to zwieńczenie naszych dążeń – moich i Marty. Czekaliśmy na ten dzień. Wspominam go bardzo przyjemnie i miło. Było ciepło, pogoda dopisała. Byliśmy w dobrym nastroju. Pewni swojej decyzji nie denerwowaliśmy się aż tak bardzo. Ceremonia była piękna, wesele wyjątkowe.

Jak ten rok razem wam minął?

- Bardzo szybko! Prawdę mówiąc nie wiadomo kiedy. Skupiliśmy się na sobie, uzupełnialiśmy się z żoną w pracy na winnicy. Ona robiła rzeczy bardziej księgowe, papierowe. Ja udzielałem się w pracy w winiarni i na winnicy. Ale staramy się nie narzucać sobie ograniczeń czy barier. Współpracujemy, pomagamy sobie. Czas biegnie tak szybko, że aż trudno uwierzyć, że to już rok! A zarazem dopiero rok. Czuję jakbyśmy byli ze soba zdecydowanie dłużej.

Miłości szukał pan daleko, w telewizji. A okazało się, że jest tuż obok.Spodziewał się pan, że znajdzie miłość za miedzą?

- Ja nie postawiłem jakiegokolwiek warunku odległościowego. Bardziej było dla mnie istotne jaka to ma być osoba. Prawdę mówiąc to mnie to zaskoczyło. Liczyłem, że w programie mogę znaleźć tę jedyną, ale jakoś nie tak to się wszystko układało. Miałem różne obiekcje, zauważyłem pewną nieszczerość w niektórych kandydatkach. I nagle, już po skończonym programie, kiedy emocje nieco opadły, pojawiła się osoba, która sama powiedziała, że chce się ze mną spotykać. A później, po czasie, kiedy się zbliżyliśmy, to się związaliśmy. I to jest wspaniałe. Bo życie nam się z Martą układa bardzo dobrze.

Jaka jest ta pana żona?

- Chciałem mieć właściwą, solidną kobietę, która będzie ze mną szczera. I z którą zwiąże się na zawsze. Nie wyobrażam sobie związku z kimś tak po prostu, dla przygody. Marta zdecydowała się być ze mną na dłużej. Na całe życie. Powiedziała tak, a ja się bardzo ucieszyłem. Moja żona jest wspaniała. Jeszcze się odkrywamy, ale jak na razie wszystko jest na plus. Jest przyjemnie, aż chce się żyć.

Pamięta pan waszą pierwszą randkę?

- No tak, oczywiście, że pamiętam. Tego się nie da zapomnieć. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, bo to takie nasze, osobiste wspomnienie. Wspaniałe było to całe poznawanie się. Nieśmiałe rzeczy, uśmiechy. Nigdy nie dochodzi do ogromnych wyznań na początku. Tak i my rozmawialiśmy o życiu, zainteresowaniach, modelu życia jakie chcemy wspólnie prowadzić. Z mojej strony warunkiem było życie w Mielniku, na winnicy. I związany z tym tryb pracy, istnienia. Nie w mieście, nie w Warszawie, nie w innej metropolii. Byłem przekonany, że to nie jest nam potrzebne do szczęścia. Że to tutaj, w Mielniku, możemy urządzić sobie dobre życie i się dobrze czuć. Mając wspaniałą bazę. Mielnik jest piękny, czysty, jest dobre powietrze. Przyjemnie się tu żyje. A chcąc przekonać się, jak jest gdzie indziej, odwiedzić inne ciekawe miejsca zawsze można. Na trochę. Szczególnie w dzisiejszych czasach, mając tak świetnie rozwinięty transport.

Ale wy chyba za dużo nie jeździcie... Jesteście bardziej domatorami?

- Jesteśmy domatorami z racji tego, że jesteśmy silnie związani z tym co robimy. I na co dzień nie możemy sobie pozwolić na jakieś wycieczki. Chociaż chcemy. Dlatego przynajmniej raz do roku planujemy wycieczkę zagraniczną. Chcemy i lubimy też uczestniczyć w szerszym życiu rodzinnym - pomagać bliskiej i dalszej rodzinie, wyjeżdżać na spotkania z ciekawymi ludźmi z naszej branży. Ostatnio byliśmy na konwencie winiarskim w Kazimierzu.

Jest między wami dość spora różnica wieku. Jak zareagowali bliscy Pana i Marty na wieść o tym, że chceicie ze sobą spędzić życie.

- Finalnie trzeba powiedzieć, że bardzo fajnie. Moje dzieci, córka i syn są już dorośli i ucieszyli się, że będę miał swoje życie i spędzał czas z osobą która mi odpowiada, którą kocham. Oni w ten sposób nie muszą się mną opiekować (śmiech) czy przebywać ze mną na co dzień. Każdy ma samodzielne życie i dlatego podeszli do tego w sposób logiczny i bardzo wyrozumiały. Tak samo w sprawie Marty. Podjęła samodzielnie decyzję, tak jak ja. Jej mama i brat zaakceptowali to. Nie było nieporozumień w tej kwestii. Nie usłyszeliśmy ani jednego przykrego słowa. Przyznaję, że nawet myślałem, że może być jakaś obiekcja, a nie było. Bardzo miłe jest, że wszyscy w moim otoczeniu - bliższym i dlaszym zaakceptowali naszą decyzję, i nic uszczypliwego nie nastąpiło.

Bo to bardzo ważne mieć wsparcie wśród najbliższych, prawda?

- To jest oczywiste. Akceptacja wśród najbliższych jest ważna, bo my na co dzień się cenimy. Nie musimy się przed sobą chować, możemy się z radością spotykać. Pójść wspólnie na jakąś imprezę, bawić się. Spotykamy się na urodzinach, imieninach, osiemnastkach rodzinnych. Gdzie pijemy wino, bawimy się, tańczymy. Dobrze się odnajdujemy razem w gronie rodzinnym.

A macie wspólne pasje z Martą?

- Nie zawsze do końca możemy realizować wszystkie wspólne pasje. Ale najważniejszą, którą jest wino, realizujemy bardzo chętnie. Ale nie jest to tylko pasja. Wiąże się z nią wiele obowiązków. Moja pasja do robienia wina udzieliła się Marcie, ona też poznaje cały ten proces i chce w przyszłości być takim partnerem, który nie tylko pracuje, ale też podchodzi do tego twórczo. Pomaga mi rozwiązać problemy. A pasje oczywiście są - turystyka, i nasza druga, osobista pasja, to wspólne gotowanie.

Super!

- Idzie nam to bardo dobrze. Po ślubie zacząłem gotować rzeczy, które potrafię. Marta gotowała swoje. Zaczęliśmy działać razem, w zespole i coraz lepiej nam to wychodzi. Uzupełniamy się i przyznaję, że również rozwijamy w tej materii. Można powiedzieć, że to jest nasz pewien sposób na życie - zdrowe jedzenie, nieprzetworzone. Produkty pochodzą z naszego ogródka. Uprawiamy w nim praktycznie wszystkie warzywa, które są nam potrzebne. Nie produkujemy tylko mięsa, ale też wybieramy takie które nam odpowiada i sami je przetwarzamy - robimy wędzonki, pieczenie. Jednak stawiamy głównie na warzywa. Staramy się mieć ich w swoim jadłospisie dużo. Lubimy się dobrze i zdrowo odżywiać. I oczywiście idzie to też w parze dobrze z winem.

Wasze popisowe danie?

- Robimy i gęś i kaczkę. I różne pieczenie z sosami grzybowymi. Robię sosy z leśnych grzybów. I nieskromnie powiem, że jestem w tej materii mistrzem.

Przygotowujecie się już na święta? Czego nie zabraknie na świątecznym stole?

- Święta na pewno będą tak jak zwykle tradycyjne. Ma być 12 potraw, ekstra, dodatkowych rzeczy tu nie potrzeba. Robimy ryby, pierogi, barszcz, kapustę. Wszystko naszej własnej produkcji, nic gotowego, sklepowego. Tak jak wspomniałem, miałem w życiu dużo do czynienia z grzybami i jestem znawcą tej materii. Co roku robię i zupę grzybową wigilijną i farsz do pierogów czy nawet kapusty.

Aż się człowiek głodny robi...

- Powiem pani więcej. Jak zrobiłem ostatnio farsz do pierogów i trochę go zostało, to córka zabrała go szybko, bo jej bardzo smakował. To świadczy o tym, że trochę umiejętności mam (śmiech).

Święta w Mielniku, rodzinnie?

- Tak, w Mielniku bo z nami jest mama Marty i jest w takim stanie, że za bardzo jej wozić i jeździć nie możemy, więc na spokojnie spędzimy na miejscu.

A sylwester?

- Jakoś w tym roku nie planowaliśmy żadnego wyjazdu. Wszystko wskazuje na to, że spędzimy go w Mielniku. Nie do końca wiemy w jakim składzie, ale...

Wina nie zabraknie.

- Tak (śmiech) wina nie zabraknie zdecydowanie! Zawsze przychodzi dużo znajomych i chcą spróbować ostatniej wersji win - robimy sobie pokaz smaków wina. Myślę, że tym razem może być podobnie.

Wiem, że zostaliście też z żoną zaproszeni na nagrania świątecznego wydania programu "Rolnik szuka żony".

- Nie mogę zdradzać idei tego spotkania, żeby nie psuć niespodzianki widzom. Zostaliśmy zaproszeni z przedstawicielami 6 edycji, nie zabrakło też uczestników pozostałych edycji. Pojawiły sie małżeństwa, które zawiązały się po programke i funkcjonują bardzo dobrze. Spędziliśmy wspólnie bardzo miły czas, a telewizja wszystko nagrała i wyemituje w święta. Z przekazem, że ten program jest zasadny, że daje owoce, i faktycznie pomaga znaleźć miłość - tworzy pary, które są teraz szczęśliwe.

Jak szedł pan do tego programu to nie bał się pan? Bo to chyba wymagało dużej odwagi.

- To jest pewien proces dojrzewania umysłowego. Ja byłem przez pewien czas sam, zanim jeszcze otrząsnąłem się po śmierci żony. Kiedy już się pogodziłem z faktem, że zostałem sam, postanowiłem iść naprzód. Bo kiedy umiera współmałżonek, człowiek zostaje sam. Mimo, że ma przy sobie rodzinę czy bliskich. Przecież każdy z nich ma swoje własne życie, nie mogliby podporządkować go mi. A samemu jest ciężko. Wracając jednak do programu - należałem do stowarzyszenia winiarzy. Tam przyszła propozycja, mail, czy nie chciałbym wziąć udziału w programie. Wtedy jeszcze nie brałem tego pod uwagę, ale ziarno zostało zasiane. Po roku zdecydowałem, że pójdę do programu, bo jestem samotny. Może rzeczywiście znajdę tam osobę z którą się zwiążę. I będę mógł z kimś dzielić ten los. Ale u mnie warunek był taki, że to musi być osoba, która zgodzi się żyć ze mną tutaj na miejscu, w winnicy. Od samego początku to był mój warunek i nie ukrywałem tego w programie. Jednak spotkałem tam różne osoby. Widziałem chęć poznania mnie, może i życia razem, ale niekoniecznie wspólnej pracy. A ja potrzebowałem partnerki, która będzie chciała ze mną działać. Dzielić pasję. I stało się tak, jak już wspominałem. Takiej osoby nie znalazłem w programie, a dopiero za kamerami – moją Martę, która się ze mną związała. Całościowo.

Poszedłby pan do programu drugi raz?

- Już nie potrzebuję drugi raz (śmiech) bo jestem szczęśliwy i nie mam po co. Ale gdyby mi to odebrano... Może inaczej. Teoretycznie rzecz ujmując wybrałbym ponownie tę samą drogę, bo udział w tym programie to była dobra decyzja.

Zbliżają się święta. Czego panu życzyć?

- Prosta sprawa, w moim wieku trzeba życzyć zdrowia. I tej miłości, która jest między nami - mną i moją żoną. Żeby trwała i wciąż się rozwijała. Bo kiedy jesteśmy zdrowi i mamy siebie to nic więcej nie jest potrzebne. I takie życzenia są najmilsze.

I tego życzę.

Wideo

Materiał oryginalny: Mikołaj Korol z "Rolnik szuka żony": Bo życie nam się z Martą układa bardzo dobrze (6.12.2019) - Gazeta Współczesna

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj ogłoszenie