Mick Jagger też pisał o narkotykach

Oliwia Kopcik
Oliwia Kopcik
Zaktualizowano 
Co łączy The Rolling Stones z Oddziałem Zamkniętym? Czy młode zespoły mają jeszcze szansę się wybić? O tym oraz o psychofanach, prywatkach i „Miłości z listy przebojów” mówił Zbyszek Bieniak, jeden z wokalistów zespołu Jary Oddział Zamknięty.

Oliwia Kopcik: Zrobiłeś kiedyś prywatkę, jakiej nie przeżył nikt?

Zbyszek Bieniak: Na pewno. Myślę, że nie jedną. Kiedyś na przykład przyszliśmy na imprezę do koleżanki, która mówiła, że ma strasznie pedantycznych rodziców i żebyśmy, broń Boże, niczego nie przestawiali, bo oni się kapną, że była impreza. Towarzystwo się nastukało, ktoś znalazł takiego wielkiego gąsiora i rurkę, wszyscy sobie polewali… Nie dość, że wino całe zniknęło z tego gąsiora, to dodatkowo oczywiście, wszyscy zaczęli wszystko przestawiać. Wyobrażam sobie, co ta biedna dziewczyna miała później w domu (śmiech).

Macie dużo fanów, fancluby… Psychofanów też?

Tak. Może nie dużo, ale ja na przykład byłem prześladowany przez taką nawiedzoną kobietę, która się pojawiała wszędzie tam, gdzie ja. Cały czas mi jakieś zarzuty robiła, czuła się chyba, jakby była moją mamą. Cały czas wykładała, czego nie powinienem robić. Potem zaczęła mnie wręcz ochrzaniać. Wyrzuciłem ją od razu ze znajomych, ale i tak przychodzi na koncerty. To już mnie nie rusza, ale był taki bardzo kiepski moment, kiedy była strasznie agresywna w słowach. Dosłownie o wszystko się czepiała. Nie wiem, o co chodziło, czy chciała być moją zastępczą opiekunką? Na szczęście to się ustatkowało w miarę.

Czyli to jest bardziej straszne niż śmieszne?

To zależy. Akurat w tym przypadku to może było śmieszne. Natomiast są takie przypadki, kiedy ktoś cię po prostu nie lubi i na przykład ci grozi. Nigdy nie wiesz, co się może stać.

Jak to jest teraz z publicznością? Przychodzą „duże dzieci”, ci którzy w latach 90. byli nastolatkami, czy młodzi też?

Zależy, gdzie grasz. Jeśli jest to typowy koncert zespołu, że gramy tylko my i nikogo więcej tam nie ma, to wtedy mamy stuprocentową pewność, że ci ludzie przyszli na nas. No może 99%, bo ktoś się może przez przypadek pojawić. Tylko na takich koncertach biletowanych możesz coś o tej publiczności powiedzieć. Przychodzą starzy fani, którzy od zawsze tego zespołu słuchali, ale przyprowadzają też swoje dzieciaki, które wychowały się na muzyce rodziców. I to jest super, bo to znaczy, że ta muzyka się nie starzeje, może też teksty są cały czas aktualne.

Łączy pokolenia…

Byłem parę lat temu na koncercie The Rolling Stones w Warszawie i co mnie uderzyło najbardziej, to że było dużo starszych panów w wieku Micka Jaggera, czyli już poważnie po siedemdziesiątce, byli też tacy 40-, 20-letni i były dzieciaki. Wszyscy oczywiście w koszulkach The Rolling Stones. Wyglądało niesamowicie. To pokazuje siłę muzyki. Jeżeli zespół wbija się w modę, gra „pod coś”, to może osiągnąć jakiś chwilowy szczyt, może się podobać, ale to prędzej czy później zostanie zdemaskowane. A The Rolling Stones, myślę, że tak samo jak Oddział Zamknięty, to są zespoły, które grają swoje, nie kombinują, nie patrzą na mody, na to, że może nie wypada już tak grać. Robimy swoje i myślę, że to najbardziej ludzie lubią.
Wracając, takie koncerty jak Dni Miasta… Co możesz powiedzieć o takiej publiczności? Jak zobaczysz parę osób, które machają flagą czy są w koszulkach twojego zespołu, to wiesz, że to są faktycznie fani. Reszta to przypadkowi ludzie. Jest nadzieja, że się dowiedzą o zespole, ale to już zupełnie inna publiczność.

Obecne koncerty różnią się od tych 20 lat temu?

Na pewno się różnią. Chociażby tym, że jesteśmy w zupełnie innym wieku. Wtedy młodzież grała dla młodzieży. To były też trochę inne czasy, nie było aż takiego napływu muzyki jak teraz. Zespół był wtedy na totalnym topie. Teraz już pewnie tak nie jest, ale ważne jest to, że przetrwał, że ta nazwa funkcjonuje. Teraz ludzie bardziej sentymentalnie do tego podchodzą. Ci młodsi może faktycznie jeszcze szaleją, nawet ludzie tańczą pogo przy naszych numerach, co jest w ogóle szokiem. I to czasami wcale nie są szybkie numery (śmiech). To budujące, że ten most pokoleniowy jednak jest i że nie tylko współczesne zespoły się liczą, ale również te, nazwijmy to, tradycyjne.

Tekst „Andzi” został zmieniony, żeby obejść cenzurę. Dużo było takich kombinacji?

„Andzia” to jest taka piosenka napisana nikt do końca nie wie przez kogo. Wtedy towarzystwo było bardzo imprezowe i na którejś pokoncertowej imprezie każdy coś dorzucał od siebie. To techniczny, to ktoś tam… Później Jary (Krzysztof Jaryczewski, wokalista – przyp. red.) to poskładał i coś z tego wyszło. Na początku faktycznie miała być „Gandzia”, ale trzeba było to zmienić na coś innego, bo jednak cenzura i jedna litera uciekła. Dzisiaj właściwie mówimy: „śpiewajcie, co chcecie”.

Myślisz, że da się walczyć przez muzykę?

Można zwrócić czyjąś uwagę na jakiś problem, na coś, co nam się nie podoba, czego ludzie czasem nawet nie chcą dostrzec. Nie wiem, czy da się coś zmienić przez tekst czy muzykę, ale staramy się.

Kiedyś piosenki trzeba było przegrywać na kasetach, szukać, nie tak jak teraz – kilka kliknięć i wszystko jest. Ale z drugiej strony, właśnie przez ten brak dostępności, ludzie chętniej chodzili na koncerty. Kiedy młodym zespołom było łatwiej się wybić?

Trudno powiedzieć. Zespołom, które idą taką drogą jak my, nie wiem, czy jest łatwiej. Może trochę przez to, że możesz wrzucić swoją piosenkę na Spotify czy inne platformy i czekać, aż ktoś cię zauważy. Ale z drugiej strony teraz jest taki nawał, że wszyscy stali się muzykami, wszyscy próbują swoich sił, więc konkurencja jest tysiąc razy większa. Bardzo mnie rozbawiają programy typu talent show. One pokazują, jaką siłę ma telewizja. Ktoś przyjdzie do programu, ubierze się w skórę, stylistka go jeszcze podrasuje, zaśpiewa piosenkę Perfectu, ładnie mu to wyjdzie i taki gość ma 500 tysięcy wejść, tyle osób go zna i w ogóle jest świetnie. Zespoły prawdziwe siedzą w salach prób i robią wszystko, żeby zadowolić siebie i słuchacza. Pracują godzinami, żeby to brzmiało, żeby było równo, miało sens, żeby były emocje i żeby tekst nie był o niczym. Oni w telewizji śpiewają gotowca, który już się sprawdził i nagle jesteś „wow”. A żeby się wbić z zespołem takim, który zasuwa godzinami w salach prób… Pójdziesz do telewizji, to cię oleją. Spytają z jakiej wytwórni, powiesz, że z żadnej, że chcesz po prostu zaistnieć, to ci powiedzą: „To idź sobie sam zaistnij w internecie”. Teraz trzeba mieć pomysł. Mam też drugą kapelę, Funky Tank, to jest przykład zespołu, który walczy, żeby zwrócić na siebie uwagę. Wymyślamy teledyski, jakieś zapowiedzi. Nie wiem, czy widziałaś na przykład tę zapowiedź, gdzie gość jest prany po twarzy?

Jeszcze nie, ale nadrobię.

(śmiech). Genialne. To nie będę zdradzał, ale to jest tak idiotyczne i komiczne… Na początku chcieliśmy po prostu powiedzieć: „Cześć, słuchajcie, koncert...”, ale to było tak beznadziejne, tak nudne, że trzeba było coś innego wymyślić. Ale to trzeba zobaczyć. Zresztą każda nasza zapowiedź taka jest. Zawsze jest coś głupiego w tym wszystkim i widzę, że to się sprawdza.

Ludzie chyba tego teraz w internecie szukają.

Dokładnie. Więc przez taką zagrywkę można kogoś przyciągnąć do siebie. W ten sposób można na siebie zwracać uwagę, a niekoniecznie latać po tych programach. To jest najkrótsza droga. I też nie mówię, że to jest do końca złe. Fajnie, że jest taka możliwość. Ktoś dobrze wygląda, ma w miarę dobry głos, ktoś mu jeszcze coś poradzi, że na przykład stanie na głowie i będzie czad. I ludzie go zapamiętają.

Tylko niekoniecznie pamiętają, co śpiewał… Mam takie wrażenie, że teraz albo zespoły pójdą w komercję, albo grają do końca życia w piwnicy.

Też tak może być. Patrzę na tych ambitnych, fajnych ludzi, którzy coś robią, i nie chodzi tylko o muzykę, oni tworzą prześwietne rzeczy… Kiedyś moja ówczesna dziewczyna przygotowywała się do ASP u świetnego malarza, który żył w takiej biedzie, że to się w głowie nie mieści. Ale on powiedział, że nie będzie komercyjny, malował swoje. Raz na jakiś czas udało mu się coś tam sprzedać, żeby zapłacić za czynsz. Raz przyszedł do niego malarzyna, taki wiesz, berecik, getry – typowy malarzyna z komiksu. Zaczął się chwalić, ile zarabia, a okazało się, że sprzedawał obrazki Starego Miasta. Ale widać było w jego oczach, jaki on jest nieszczęśliwy. Jak widział, jakie w tej pracowni powstają rzeczy, to chciał nadrobić tym, ile zarabia. A mistrz go zlał. Prawdziwemu artyście niekoniecznie zależy na tym, żeby trzaskać kasę. Ważny jest przekaz i to, co robisz.

Oddział Zamknięty też miał taki epizod, co prawda trzy lata przed tym, jak przyszedłeś do zespołu, ale nagraliście muzykę do „Miłości z listy przebojów”. Skąd ten pomysł?

Jak mówisz, mnie wtedy w zespole nie było, ale uważam, że ten film jest fatalny, nic tam się nie zgadza (śmiech). Uważam to za koszmar, ale ludzie z jakimś dziwnym sentymentem to oglądają i mówią, że jest fajnie.

Dużo śpiewacie o tym, żeby się bawić, pić wino… Nikt ci nigdy nie powiedział, że już pora dorosnąć?

Teraz to już zupełnie coś innego. Jary miał wymienianą wątrobę, teraz jeździ z programami po szkołach i robi prelekcje antyalkoholowe, antynarkotykowe. Te piosenki były napisane lat temu x, kiedy wszyscy byliśmy bardzo młodzi i wtedy faktycznie tak było. Kiedyś nam ktoś powiedział, że te obecne teksty są „jakieś takie, a kiedyś to były”. To mu powiedziałem, że wtedy tacy byliśmy, ale bez przesady, nie będziemy non stop imprezować. My te piosenki o imprezach śpiewamy jako retrospekcje, poza tym to są hity. Jagger też jak miał 20 lat, to nie pisał o sensie życia, tylko o narkotykach. No ale co, mamy tego nie śpiewać? Już się z tym nie identyfikujemy, nie namawiamy nikogo. To po prostu sentyment, a teraz piszemy o zupełnie czymś innym.

Gdyby słuchał cię cały świat, to co byś powiedział?

Bądźcie dla siebie dobrzy i dzielcie się tym, co macie.

Zbyszek Bieniak – wokalista zespołu Jary Oddział Zamknięty, z samym Oddziałem związany od lat 80. Oprócz tego śpiewa w Funky Tank, maluje, pisze scenariusze. Na koncie ma już jeden autorski film, kolejny jest w trakcie realizacji. „Łazik” i wulkan pomysłów.
Jary Oddział Zamknięty – zespół założony na przełomie 2013/2014 z inicjatywy Krzysztofa „Jarego” Jaryczewskiego. Składa się z byłych członków Oddziału Zamkniętego i muzyków Jary Band.
Funky Tank – koncertujący od 2009 roku zespół w klimacie „funky’reggae’roll”. W ich dyskografii znajduje się na razie jedna płyta, wydanie kolejnej planowane jest jeszcze w 2019 roku.

polecane: Flesz: Historyczny sukces Polki. Mamy Nagrodę Nobla!

Wideo

Materiał oryginalny: Mick Jagger też pisał o narkotykach - Gazeta Krakowska

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie