Michał Kwiatkowski: Przez cały czas kwarantanny nie miałem ani jednego dnia zwątpienia, kryzysu

Arlena Sokalska
Arlena Sokalska
Pierre Teyssot / SplashNews.com/East News
W czasie kwarantanny nie staram się na treningach odtworzyć tego, co robiłem do tej pory na szosie, bo nie jestem w stanie. Myślę o tym, by wycisnąć 100 proc. z każdej minuty, którą spędzam na trenażerze albo na siłowni. Nie ma pustych minut. Nie jest tak, że siadam na trenażer i oglądam Netflixa albo załatwiam inne sprawy. Myślę, że multitasking w czasie kwarantanny to najgorsza rzecz, jaka ludzi spotyka. Nie da się robić mnóstwa rzeczy naraz - mówi Michał Kwiatkowski, kolarz teamu Ineos, były mistrz świata w kolarstwie szosowym.

Dobrze pan wygląda [rozmawiamy zdalnie z połączeniem wideo], nawet fryzura wygląda na uporządkowaną.
Ktoś kiedyś powiedział, że największym testem dla związku jest składanie mebli z IKEI, ale ten, kto to wymyślił, nie próbował się strzyc nawzajem. Dwie godziny walki, ale daliśmy z żoną Agatą radę (śmiech). Gdybym podczas kwarantanny chodził cały czas w piżamie, to chyba źle by to wyglądało. I ciężko byłoby się przedrzeć przez dzień. 

Od początku pandemii mieszka pan we Francji. Wrócił pan już do treningów na szosie, na powietrzu?
Nie, nie możemy. Kiedy we Francji ogłosili całkowity lockdown, nie było jasne, czy możemy trenować na zewnątrz. Według nas było tak, że jeżeli mamy licencję zawodowca, czyli to nasza praca, to możemy trenować na szosie. Ale wszystko zostało zweryfikowane po tym, jak ludzie rzucili się na promenady, zaczęli biegać. Przepis potem dokładnie mówił, że nie można uprawiać sportu na dworze i od tego czasu nie trenuję na zewnątrz. Straciłem już rachubę, kiedy to dokładnie było, ale mam w kalendarzu zaznaczone kółeczko. Na razie nawet nie myślę o tym, kiedy ewentualnie mógłbym wrócić na rower, pojawia się data 11 maja. Ale też nie chcę sobie wbijać jej do głowy. Staram się bardziej skupiać na celach, które są blisko. Co będę robił wieczorem, co jutro, jak przebrnąć przez dzień. 

Mikel Landa mówił niedawno, że swojego trenażera nienawidzi i po wszystkim go połamie, a Peter Sagan stwierdził, że "jest kolarzem prawdziwym, a nie wirtualnym" i zrezygnował z trenażera. Nie ma pan dość swojego?
Sagan zawsze jest showmanem, zawsze wie, co powiedzieć w mediach, a tak naprawdę nie wiadomo, co robi. Ja też mogę powiedzieć różne rzeczy, dla zmylenia moich przeciwników. Myślę, że za Saganem ktoś może pójść i powiedzieć: "chcę być jak Sagan", chociaż nie wydaje mi się, że to zdrowe podejście. Traktuję siebie teraz niekoniecznie jako sportowca, który przygotowuje się do czegoś, tylko myślę o swoim zdrowiu. I jeżeli przez wiele lat byłem na wysokich obrotach, to nie mogę zrezygnować z tego wszystkiego tylko dlatego, że nie mam celu w postaci wyścigu. W tym momencie staram się myśleć o tym, jak być w ruchu i pracować nad tym, żeby mój organizm cały czas dostawał bodziec w postaci wysiłku. I żeby nie zwariował po tym, jak będzie mi dane wystartować np. w Tour de France czy w innych wyścigach. Myślę o tym, by nie dostać arytmii serca itp., bo takie są grube konsekwencje odstawienia treningów. Bodźcuję się krótkimi sesjami treningowymi, nic na zabój. Nie staram się odtworzyć tego, co robiłem do tej pory na szosie, bo nie jestem w stanie. Myślę o tym, by wycisnąć 100 proc. z każdej minuty, którą spędzam na trenażerze albo na siłowni. Nie ma pustych minut. Nie jest tak, że siadam na trenażer i oglądam Netflixa albo załatwiam inne sprawy. Myślę, że multitasking w czasie kwarantanny to najgorsza rzecz, jaka ludzi spotyka. Nie da się robić mnóstwa rzeczy naraz. Oczywiście fajnie to brzmiało parę tygodni temu, kiedy ktoś potrafił zająć się wieloma sprawami. Natomiast ja uważam, że teraz często mamy problem, by się skupić na jednym. Jeżeli to jest jazda na trenażerze, to rób tylko to. Nie próbuj w tym czasie odbierać telefonu. Jak jesz śniadanie z rodziną, to jedz śniadanie z rodziną, jak gotujesz, to gotuj, jak sprzątasz, to sprzątaj, jak prowadzisz auto, to prowadź auto. Myślę, że wiele osób dałoby dużo, żeby móc skupić się na jednej rzeczy i robić to dobrze. 

Wspomniał pan o gotowaniu. To kto u pana w domu gotuje?
W większości moja żona Agata.

A pan ma jakieś talenty kulinarne?
Z moimi talentami jest tak, że czegokolwiek chcielibyśmy się nauczyć, to wszelkie instrukcje znajdziemy w internecie. Jeżeli poświęcimy wystarczającą ilość czasu, żeby się z czymś zapoznać, to absolutnie zrobimy wszystko. Ja lubię generalnie podłapywać takie tematy, a gotowanie to jest fajna rzecz, jeśli chodzi o naukę i próbowanie, szczególnie jeśli ma się dostęp do produktów. Może teraz jest z tym gorzej, dlatego przerzuciłem się na pieczenie chleba. Lubię gotować i chciałbym mieć na to więcej czasu.

Chleb piecze pan systematycznie?
Upiekłem już dwa razy chleb na zakwasie, nawet wiele osób chciało przepis. Jeśli podejść do tego tak, jak ja podchodzę, czyli od zera, to... (śmiech). Samo przygotowanie zakwasu zajęło mi w sumie siedem dni. Nigdy nie idę na półśrodki. Miałem pełne rozpiski, więc moje pieczenie chleba trwało prawie 24 godziny. A i tak przestrzeliłem z rozpoczęciem, więc skończyłem wyrabianie ciasta o drugiej w nocy. Ale dopiąłem swego i wypiekłem go na drugi dzień rano. Zrobiłem chleb dwa razy, nie wydaje mi się możliwe, by wypiekać codziennie, bo kto miałby siłę to zjeść. Chociaż fajnie, że nie korzystamy z piekarni, nauczyliśmy się nowej rzeczy w kuchni. I tak skaczemy z inspiracji na inspirację. 

A kawa? Czasami na Instagramie pokazywał pan baristyczne filiżanki z wymyślnymi listkami z mleka.
Też właściwie nauka z internetu, chociaż z tym miałem większą styczność, bo kawa jest częścią kolarstwa, więc od wielu lat mam ekspres ciśnieniowy. Praktykowałem sporo umiejętności baristycznych, natomiast nigdy nie przeszedłem żadnego kursu. Ale wiele litrów mleka już spieniłem (śmiech). Jestem samoukiem, spełniam się w tym. Czasem wychodzi, czasem nie. W czasie kwarantanny, gdy się ma ekspres ciśnieniowy w domu, to jest się zwycięzcą (śmiech). 

Czytaj także

Pana kolega z Ineos, Chris Froome, informuje, że obecnie intensywnie przygotowuje się do Tour de France. A jak wygląda pana dzień treningowy w zamknięciu? 
Generalnie, w normalnym sezonie, na szosie trenuję 20-30 godzin tygodniowo, to jest jakiś wyznacznik objętości treningu. Natomiast tej objętości nie mogę przełożyć na trenażer. I ciężko to przeliczyć, bo nikt, żaden z trenerów nie ma takiego doświadczenia. Każdy próbuje nowych rzeczy. Nie wiem, co robi teraz Chris. Uważam, że ja trenuję w tym momencie tak, jak powinienem. Przez ten cały czas kwarantanny nie miałem ani jednego dnia zwątpienia, kryzysu. To, co robię, jest tak naprawdę wyważone. Podtrzymuję formę: siłę, wytrzymałość, szybkość. Gdybym teraz wrócił na szosę, to chyba poza tą objętością niczego nie straciłem. Nie chcę zbyt wiele zdradzać rywalom, ale śpię na wysokości, mam warunki, by spać w namiocie w tlenowym. Rano - i to miało być moje przygotowanie do Tokio - trenuję w warunkach ekstremalnych, jakimi są wilgotność i temperatura. Codziennie przed śniadaniem robię sesję trzydziestominutową, podczas której podnoszę temperaturę ciała do 39 stopni. Efekt jest odpowiedni. Poza tym po śniadaniu mam 90-minutową sesję na trenażerze, ale z konkretnymi ćwiczeniami. Potem półgodzinna sesja na siłowni - stretching i tak dalej. Tak wygląda mój dzień treningowy i te bloki dzielę na cztery dni treningu i jeden dzień przerwy. 

Trening w warunkach ekstremalnych? Jak pan podnosi temperaturę ciała w domu?
Nie mam warunków, żeby jeździć w saunie (śmiech). Ale w mojej łazience robię podobne i jest to nowy bodziec treningowy, którego nigdy nie miałem czasu realizować, a teraz mogę. Mam ogrzewanie podłogowe, grzejnik na ręczniki, gorącą wodę pod prysznicem. Łatwo osiągnąć warunki tropikalne (śmiech). Do tego kurtka, jakby na dworze było minus trzydzieści. Podnoszę wilgotność w pomieszczeniu do ponad 90 proc., w Tokio na przełomie lipca i sierpnia właśnie wilgotność i temperatura są głównymi przeciwnikami. Podczas takie 35-minutowej sesji mój "sweat rate" jest bardzo wysoki i tracę od 1,5 do 2 litrów wody w organizmie.

Pan sobie wymyśla nowe treningi podczas kwarantanny, a pana kolega z ekipy, Rohan Dennis był zmuszony - po kilku mocnych słowach o pandemii - zamknąć swoje konta w mediach społecznościowych. Czy jest pan w stanie zrozumieć jego zachowanie?
Ciężko mi się wypowiedzieć na ten temat, bo nie wiem do końca, co się stało. Różne osoby mogą różnie reagować na zamknięcie. Ja mam swój sposób, jestem szczęśliwy, że jestem tu, gdzie jestem, z moją żoną i z naszym pieskiem. Traktuję kwarantannę jako szansę od życia na to, by zrealizować coś innego, spędzić czas z Agatą. I jakoś to wykorzystać, by nie mieć potem wyrzutów, że miałem tyle czasu, a nic nie zrobiłem. Ale pewnie są osoby, które sobie z tą sytuacją nie radzą.

Alejandro Valverde powiedział niedawno, że w okresie kwarantanny najbardziej mu brakuje wyjechania na szosę, wiatru we włosach, śpiewu ptaków. A panu czego najbardziej brakuje?
Kontaktu z innym człowiekiem. Mogę sobie ten kontakt próbować odtworzyć tylko na telekonferencjach. Ale brakuje mi kontaktu z rodziną, z innymi ludźmi. Po części to jest też związane ze sportem, bo normalnie bardzo rzadko trenuję indywidualnie. 


Czy te wirtualne wyścigi, w których bierze pan udział, są jakimś wskaźnikiem obecnej formy? Był pan trzeci w wyścigu Ineos, a potem brał udział w „Wyścigu z pokoju”. 
Wyścig na Zwifcie naszej ekipy mnie zaskoczył. Zobaczyłem na koniec cyfry i nie myślałem, że jestem w takiej formie. Ale nie wiem, jak bym się teraz czuł na szosie. Traktuję ściganie na różnych platformach wirtualnych jako szansę, żeby mieć stały kontakt z kibicami, którzy też potrzebują rozrywki, jaką daje kolarstwo, więc fajnie, że możemy się ścigać w taki sposób. To nie ma wiele wspólnego z prawdziwym kolarstwem, jeśli chodzi o taktykę i rozgrywanie wyścigu. Ale to fajna alternatywa. Nie boję się tego, wiem, że to dobry sposób, by pozostać w kontakcie z ludźmi. 

Eurosport właśnie ogłosił, że „Wyścig z pokoju” był najlepiej oglądaną premierą - w ostatnim czasie, kiedy emitują w zasadzie powtórki. Będą kolejne podobne wyścigi? 
Jestem otwarty, póki to nie odbija się na moim zdrowiu. Bo też trzeba myśleć o tym, że muszę być gotowy na sierpień i niekoniecznie chcę być gotowy teraz na godzinną czy dwugodzinną jazdę na trenażerze i ściganie się z innymi. Nie wiem, czy to do końca dobry bodziec treningowy. To fajna alternatywa, ale wszystko trzeba robić z głową, niekoniecznie non stop. Zresztą „Wyścig z pokoju” to nie była czasówka od startu do mety, tylko wiele zabawy. I chyba o to chodziło.  

Jest pan we Francji, a wygląda na to, że determinacja Francuzów, by przeprowadzić Tour de France jest bardzo duża. Jest pan sobie w stanie wyobrazić, że pod koniec sierpnia zaczyna się taki Tour de France, jaki znamy?
Nie jestem epidemiologiem, żeby taką rzecz przewidzieć. Wydaje mi się, że dobrą decyzją ze strony UCI jest odsunięcie wszystkiego w czasie. Myślę, że dlatego pojawiły się takie, a nie inne daty, aby pogodzić interesy wszystkich. Choć chyba nie da się w tym momencie pogodzić interesów RCS [organizator m.in. Giro d'Italia], ASO [organizator m.in. Tour de France oraz Vuelta Espana - red.] i innych organizatorów wyścigów. Myślę, że UCI powinna stanąć na wysokości zadania i pogodzić interesy wszystkich: organizatorów, ekip kolarskich, federacji, bo po to UCI jest. Czy to jest możliwe? Nie wiem, mam nadzieję, że każdy zachowa zdrowy rozsądek i jeśli będzie zielone światło, by wyścig przeprowadzić, to jestem za tym, by on się odbył. Ciężko mi powiedzieć, czy to jest wróżenie z fusów, czy faktyczna możliwość. Przy tych wszystkich restrykcjach, nie wiem, co z tego wyniknie, choć niektóre kraje już je luzują. Wszystko wskazuje na to, że walka z wirusem idzie w dobrym kierunku, pytanie, kiedy będziemy mogli się go pozbyć całkowicie. Nikt nie będzie chciał przeprowadzać imprez sportowych, kiedy będzie ryzyko czy zagrożenie. 

Czytaj także

Myśli pan, że jeżeli uda się przeprowadzić wyścigi w sierpniu i we wrześniu, to będą to nieco dziwne wyścigi? Mogą być nieprzewidywalne, czy raczej kto miał wygrać, wygra albo będzie się liczył w walce o zwycięstwo?
Myślę, że wiele osób sobie nie poradzi z tym, co się dzieje, ale wiele osób wyjedzie z tego okresu silniejszych. Miejmy nadzieję, że to będę ja (śmiech). Nie wiem. Chciałbym, żeby ten sezon ruszył. Jeżeli ruszy, to będzie wiadomo, że problem z koronawiorusem mamy za sobą. Natomiast nie chciałbym wymówek typu: nie miałem idealnych przygotowań, bo był koronawirus. I tak możemy przez kilka lat ciągnąć, wielu sportowców będzie w ten sposób próbowało każdą porażkę czy jakieś niepowodzenie wytłumaczyć. Staram się od tego odejść. Jak ruszymy do ścigania, to będę gotowy. Co będzie, to będzie. Będę się cieszył, że mogę się znów ścigać i ta myśl mi przyświeca.

Kiedyś pan mówił, że potrzeba przynajmniej miesiąca treningów, by wystartować w Tour de France. Jak pan myśli, jak to będzie wyglądało i jak będą wybierane składy na ten wyścig?
Taki był postulat  ekip kolarskich, by przynajmniej osiem tygodni trenować na zewnątrz, aby Tour de France mógł się odbyć. I myślę, że ma ten postulat ręce i nogi. Nie można z marszu, z trenażera, przyjechać trzytygodniowego wyścigu. 

Z drugiej strony zaraz się okaże, że ten postulat będzie naginany, bo części ekip bardzo zależy na tym, by wystartować. To jest ich być albo nie być.
Wszystko jest sprawą do dyskusji. Natomiast ja cieszę się z takich postulatów, bo jeśli wsiadam na rower i mam się ścigać, to robię to na 100 proc. Niekoniecznie wtedy rozmyślam o tym, czy dla mojego zdrowia to dobre. Dlatego cieszę się, że przed rozpoczęciem wielkiego touru ktoś myśli o tym, że wszyscy kolarze powinni mieć możliwość takiego samego przygotowania. To jest olbrzymi wysiłek i nie da się na trenażerze odtworzyć warunków z szosy. Chociaż - dla przetrwania - niektórzy się na to zdecydują. Tu trzeba przede wszystkim myśleć o zdrowiu zawodników i jaki by to biznes nie był dla kogoś, to potrzeba zdrowego rozsądku. I mam nadzieję, że wszyscy go zachowają. 

A co pan myśli o skróceniu wielkich tourów do dwóch tygodni? Pomysł wraca co jakiś czas, a argument jest taki, że mógłby się pojawić zawodnik, który wygrałby wszystkie trzy wyścigi, a to przełożyłoby się na popularność kolarstwa. W obecnym sezonie taki ruch miałby nawet uzasadnienie. 
Jestem otwarty. Dla mnie Tour de France czy Vuelta mogą trwać nawet trzy dni. Myślę, że tu zależy wiele od UCI, które musi pogodzić interesy, stanąć ponad podziałami, pomyśleć, jak ten sport ma wyjść z kryzysu, bez faworyzowania jednych czy drugich. I mówię o organizatorach wyścigów, ekipach, federacjach, o kolarstwie kobiecym. Jest mnóstwo podmiotów, które mogą oberwać w związku z kryzysem. UCI powinno stanąć na wysokości zadania i nie tylko rozmyślać o tym, czy wielkie toury powinny być skrócone, czy nie. To jest wielowątkowy temat. Możemy gdybać, co byłoby lepsze. Na pewno jest to szansa do refleksji, do reform, które można by wprowadzić. UCI jest kluczem. 

Jest pan pewny miejsca w ekipie na Tour de France?
Nie wiem. W tej sytuacji nikt nie jest pewien miejsca, w którym jest. Zawsze się poczuwam do tego, że jestem w tej drużynie, więc ciąży na mnie odpowiedzialność i się przygotowuję. Ale ostatecznie to jest sport i nigdy nie wiemy, jak organizm zareaguje i czy konkurencja nas nie wyprzedzi.

Jesienią mają się odbyć również monumenty - oczywiście wciąż nie wiadomo, czy do nich dojdzie. Gdyby miał pan wybrać jeden, w którym chciałby pan wystartować, to który byłby to wyścig?
Mediolan-San Remo, mam stąd blisko, chciałbym pojechać na pewno. W momencie, kiedy anulowano Strade Bianche, które miałem w planach, na szybko zmieniałem kalendarz, chciałem wystartować we Flandrii (Ronde van Vlaanderen). Muszę spojrzeć na całość i ocenić, co mogę ugrać dla siebie w tym sezonie, który - miejmy nadzieję - wystartuje. Ciężko mi gdybać. Zazwyczaj startuję w w Mediolan-San Remo, Strade Bianche, Amstel Gold Race i Liège-Bastogne-Liège. To są moje ulubione klasyki. Mam nadzieję, że będzie mi dane wystartować w którymś, nie wiem, w którym miesiącu. Ale jeśli będzie okazja wystartować w innych klasykach, jestem otwarty. Będę brał, co jest. Paris-Roubauix może odpuszczę, bo on wymaga odpowiedniego przygotowania. Ale na każdy inny klasyk, jeśli będzie szansa się pościgać, jadę.

Czytaj także

Datę mistrzostw świata też podano, będą zaraz po Tour de France. Da pan radę? Wygrał pan Clásica de San Sebastián i Tour de Pologne tuż po zakończeniu Wielkiej Pętli. 

Dla mnie to dobry test, to mnie napawało optymizmem przed Tokio, że jednak byłem w stanie walczyć tydzień po Tour de France. I ta myśl mi przyświecała. Przed 2017 i 2018 r. byłem bardzo zmęczony po wielkim tourze. Te dwa lata pozwoliły mi myśleć: dobrze, jadę Tour de France i jadę w Tokio. Teraz będzie Tour de France i mistrzostwa świata. Będę myślał o tym, że to jest jakiś test przed igrzyskami w 2021.  

Igrzyska 2021 to jest coś dla pana w tej chwili ważnego?
Miałem nadzieję, że nie będę musiał swoich sesji tropikalnych robić do 2021 roku, bo nie wytrzymam (śmiech). Czy to jest ważne? Było ważne przez kilka miesięcy. Nie zmieniam priorytetów, choć ciężko mi planować sezon 2021, kiedy zawieszony jest tegoroczny. Igrzyska - biorąc pod uwagę trasę i prestiż - będą zawsze jednym z moich celów. Bilet do Tokio na ten rok muszę zwrócić, choć teraz nie będzie to łatwe, pewnie tylko voucher dostanę (śmiech).

Niewykluczone, że w sierpniu odbędzie się pięcioetapowy, nieco skrócony Tour de Pologne. Zdecydowałby się pan na start?
Nie wiem, jak są ustawione Tour de Pologne i Critérium du Dauphiné w nowym kalendarzu, ale może uda się wystartować w obu wyścigach. Dwie etapówki przed Tour de France byłyby wskazane. Jadę teraz w wirtualnym Tour de Suisse, organizowanym przez Velon, w piątek i w niedzielę. Z Saganem raczej nie będę się ścigał (śmiech). 

Jakiś czas temu, po dramatycznym wywiadzie prezydenta Torunia, zaoferował pan do dyspozycji służb medycznych swoje apartamenty w tym mieście. Ktoś skorzystał?
Głównie pielęgniarki, lekarze nie. Jest sporo zapytań, w tym momencie jest wykorzystanych kilka i zgłaszają się inne osoby. To, co ja zaproponowałem służbom medycznym, nie do końca traktuję jako rozwiązanie problemu. To była moja odpowiedź na apel prezydenta Torunia, bo ciężko było oglądać ten wywiad. Myślę, że w pierwszej kolejności służby medyczne powinny dostać pełen zapas środków ochronnych. I to jest podstawa dla służb medycznych, żeby walczyć z koronawirusem. Apartamenty i możliwość niewracania do domu to nie jest rozwiązanie. A mimo wszystko ktoś skorzystał, chociaż tak mogłem pomóc. 

Głośne powroty piłkarzy do ekstraklasy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie