Michał Grzesiek: Mam licencję na Jamesa Bonda

Redakcja
Tomasz Borówka
Jak śmigłowiec ze Świdnika chronił agenta 007 i kim był pierwszy Polak, który zagrał w filmie o najsłynniejszym szpiegu świata. Z Michałem Grześkiem, autorem książki "James Bond. Szpieg, którego kochamy", rozmawia Jacek Antczak

O Bondzie wiesz już wszystko?
Z Bondem jak z Sokratesem: wiem, że nic nie wiem. Im więcej się dowiaduję, tym więcej widzę, ile jeszcze nie wiem. Na 600 stronach na pewno nie wyczerpałem tematu, ale też nie podzieliłem się wszystkim, co wiem, bo książka wtedy musiałaby ukazać się w kilku tomach.

Rozmawiamy w knajpce, w której jest mnóstwo motywów z filmu "Ojciec chrzestny". Ale Tobie i tak kojarzy się z Bondem.
Nie wspomniałem w książce, ale w "Żyj i pozwól umrzeć" jest subtelne nawiązanie do filmu Coppoli. Główny czarny charakter Ross Kananga wygląda na typowego mafiosa i chce zmonopolizować rynek narkotyków. Bond mówi, że "to pewne rodziny może mocno zdenerwować". A to był przecież czas, gdy pierwsza część "Ojca chrzestnego" święciła wielkie sukcesy ekranowe. Ale to moja interpretacja, która może być nadinterpretacją, bo nie znalazłem wzmianki, że scenarzyści właśnie to mieli na myśli.

Ponoć autor powieści o Bondzie Ian Fleming, gdy poszedł na pierwszy film, machnął ręką, że to marny obraz.
Rzeczywiście po pokazach przedpremierowych "Doktora No" zaczął rozgłaszać, że film jest kiepski. Ale szybko zmienił zdanie. Być może po tym, gdy zobaczył wyniki finansowe. Budżet filmu wynosił milion dolarów, a zarobił 60 milionów, co 50 lat temu było olbrzymią kwotą. To było przyczyną, dla której filmy powstawały dalej. Bo w trakcie realizacji "Doktora No" nie było wcale pewne, czy powstanie następny odcinek. To dlatego w pierwszym filmie nie pojawia się słynny komunikat: "James Bond powróci". Budżet był minimalny, akcja dość prosta, fabuła osadzona praktycznie w jednym miejscu, więc twórcy nie wiedzieli, czy produkcja nie okaże się klapą i czy Bond po tej przygodzie nie zakończy kariery.

W "Bondzie" zagrał helikopter z PZL Świdnik, którego pilotował Czesław Dyzma. Był lipiec 1980 r., w Polsce właśnie zaczynały się strajki

A tymczasem już w latach 60. stał się najsłynniejszym agentem świata. Minęło pół wieku i… nic się nie zmieniło.
Tak, nadal na tym polu nie ma konkurencji i jest punktem odniesienia dla innych filmowych agentów. Pojawiają się nawiązania czy parodie, chociażby Johnny English, w którym Bondem jest Jaś Fasola. Zresztą Rowan Atkinson sam już w 1983 r. zagrał w "Nigdy nie mów nigdy", nieoficjalnej bondowskiej produkcji. Lata 60. były rzeczywiście złotą epoką agenta 007. Był wtedy nie tylko najsłynniejszym szpiegiem, ale w ogóle najpopularniejszą postacią filmową na świecie, a "Bondy" najbardziej dochodowymi produkcjami. W pierwszej dwudziestce największych kasowych hitów lat 60. znalazło się sześć "Bondów". Tyle, ile powstało. Bond po prostu trafił w swój czas. I ten czas trwa, zapotrzebowanie na filmy o agencie 007 nadal jest ogromne.

Nie było to pasmo sukcesów. Producenci miewali problemy.
Bywały kłopoty, bywały. Największy kryzys seria przechodziła na przełomie lat 80. i 90., kiedy upadł komunizm.

Czytaj też:

* Bond urodził się w okopach... I wojny światowej
* James Bond w walce z koszmarami
* Rok 2012 w kinie: Jakie hity filmowe nas czekają
* ''Szpieg'' lepszy od Bonda? ''Środki, jakie zastosowaliśmy, są podniecające i ciekawe"
Upadek komunizmu o mało nie zabił Bonda?
Tak, bo większość filmów była oparta na podziale świata przez żelazną kurtynę. Kiedy się podniosła, producenci nie byli pewni, czy w nowych czasach Bond ma rację bytu. Zdawali sobie sprawę, że podejmują ryzyko. Jednak "GoldenEye" odniósł ogromny sukces i przywrócił agenta z licencją na zabijanie do łask publiczności. Jak widać, na stałe, bo "Bondy" nadal powstają, do najnowszego zdjęcia już trwają. I choć życzę wszystkim, by żyli jak najdłużej, to myślę, że te filmy nas też przeżyją.

Na Zachodzie jest wiele monografii Bonda. Dlaczego napisałeś następną?
Nie sądzę, żeby pisali w nich, że w "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości" pojawia się niemiecka aktorka, która wcześniej grała u boku Zbigniewa Cybulskiego w "Ósmym dniu tygodnia". Zresztą Ilse Steppat za rolę demonicznej Irmy Bunt w Bondzie z George'em Lazenbym była bardzo chwalona, a premiery filmu z 1958 r. opartego na prozie Marka Hłaski nie dożyła. Trafił na półkę, a do kin dopiero 25 lat po nakręceniu, w 1983 r. Nie sądzę też, żeby Brytyjczycy pisali, że facet, który aranżował smyczki w bondowskiej piosence Madonny, wcześniej współpracował z Czesławem Niemenem. W mojej książce czytelnicy znajdą wiele interesujących dla Polaków wątków.

Świat, nie tylko filmowy, ekscytuje się przed każdym filmem, kogo wybiorą na dziewczynę Bonda. Opisujesz kryteria doboru?
To nie dobór, tylko szalone wyścigi o sławę i popularność. Ale istnieje też coś takiego, jak syndrom dziewczyny Bonda. Bo większość aktorek przepada później bez echa. Choć to też jest w pewnym stopniu zamierzone. W latach 60. dobór dziewczyn Bonda był prosty, producenci zakładali, że to nie muszą być wybitne aktorki, tylko dziewczyny, które przede wszystkim ładnie się prezentują. Często były to modelki czy miss z konkursów piękności. Z czasem te "elementy obsady" zaczęły się profesjonalizować. W końcu mieliśmy Sophie Marceau w "Świat to za mało"…

…i wychodzącą z morza Halle Berry w "Śmierć nadejdzie jutro".
Ale Berry tylko powtórzyła to, co zrobiła Ursula Andress w "Doktorze No". O doborze dziewczyn Bonda oczywiście piszę, gdyż moja książka ma strukturę filmową. Każdy z 22 rozdziałów poświęcam jednemu filmowi. We wstępie są konteksty literackie i filmowe, piszę, co skłoniło scenarzystów, by podjęli daną tematykę, jacy byli kandydaci do ról. Później jest akcja właściwa, czyli krótkie streszczenie sceny i długie zakulisowe historie. Wszystko jest zgodne z chronologią akcji filmu. Każdy rozdział kończy opowieść o tym, jakie było przyjęcie filmu i wynik finansowy. Książka ma atrakcyjną strukturę dla ludzi, którzy "Bondy" znają, bo jeśli jakiś konkretny film czy scena ich interesuje, to od razu będą wiedzieli, gdzie tego szukać. Unikam jednak własnych ocen.

Czytaj też:

* Bond urodził się w okopach... I wojny światowej
* James Bond w walce z koszmarami
* Rok 2012 w kinie: Jakie hity filmowe nas czekają
* ''Szpieg'' lepszy od Bonda? ''Środki, jakie zastosowaliśmy, są podniecające i ciekawe"
Istnieje już gałąź nauki zwana bondologią. Najwybitniejszym jej przedstawicielem jest Umberto Eco.
To, że zajął się tym jeden z najsłynniejszych intelektualistów na świecie, też przeczy tezie, że "Bondy" to bajeczki dla chłopców, którzy nie chcą dorosnąć. Skoro takie autorytety dogłębnie analizują fenomen Bonda, to nie mam się czego wstydzić. Przyczyną sukcesu serii jest więc nie tylko płaska otoczka, dziewczyny, superprzystojny szpieg, który może mieć każdą kobietę, męskie gadżety. Warto spojrzeć też na scenariusze filmów, które odnoszą się do największych problemów współczesnej im epoki. W "Pozdrowieniach z Rosji" mamy temat zimnej wojny, który przecież w latach 60. nurtował cały świat. W komediowej "Ośmiorniczce" z połowy lat 80. mamy kłopoty z rozbrojeniem nuklearnym, co było mało zabawne. Bohaterem "Licencji na zabijanie" jest właściciel narkotykowego kartelu - też poważna sprawa. "Zabójczy widok" mówi o informatyzacji życia i dopingu w sporcie, na przykładzie demonicznego czarnego charakteru, który szprycuje konie, by wygrywały gonitwy. W "Casino Royale" jest mowa o atakach terrorystycznych, z odniesieniami do 11 września 2001 r. Są też epickie produkcje, takie jak "Żyje się tylko dwa razy" czy "Szpieg, który mnie kochał" - przerysowane, bo tam złoczyńcy chcą doprowadzić do globalnego konfliktu, wywołania wojny Rosji z Ameryką, po której Ziemia ma przestać istnieć. To wszystko czasem w formie pastiszu i w rozrywkowy sposób porusza poważne zagadnienia.

A Bondowie miewali na planie romanse?
Roger Moore nie miał, może dlatego, że jego partnerki były dużo młodsze. Podczas kręcenia "Zabójczego widoku" na plan przyszła matka dziewczyny Bonda Tany Roberts. Moore na jej widok przeraził się, bo nawet mama dziewczyny Bonda była młodsza od Bonda. Natomiast Connery'emu zdarzały się takie przygody. Miał między innymi romans z aktorką dość obficie obdarowaną przez naturę Plenty O'Toole, która grała w filmie "Diamenty są wieczne". Później ujawniła, że Sean nie należy do facetów, którzy zamykają za sobą drzwi, gdy idą pod prysznic. Inni aktorzy bondowscy dystansowali się, gdyż najczęściej byli już ludźmi prowadzącymi stabilne życie obyczajowe.

Zdarzało się, że Bondowie osobiście uczestniczyli w scenach kaskaderskich?
Największy udział w wyczynach Bonda miał Timothy Dalton. Nie życzył sobie dublerów w żadnej scenie, ale producenci mu to wyperswadowali, bo nie chcieli, by Bond został na planie inwalidą. Craig też brał udział w scenach kaskaderskich, oczywiście o mniejszym ryzyku - szczególnie lubił bójki. Ale poprzedzały to wielomiesięczne, intensywne treningi ze specjalistami. Natomiast udział Rogera Moore'a w scenach akcji był praktycznie żaden. Stwierdził nawet, że potrzebuje dublera do biegania, bo uważał, że gdy biegnie, wygląda niezgrabnie. Był zresztą najstarszym aktorem grającym Bonda. "Szpiega, który mnie kochał" otwiera "skok śmierci" na nartach w kilkusetmetrową przepaść. Gdyby skakał 50-letni wówczas Moore, byłaby to ostatnia scena w jego życiu.

To kto skoczył?
Rick Sylvester, zawodowy narciarz, alpinista i kaskader. Dostał za ten skok 30 tys. dol. Było to obarczone ryzykiem, co widać na ekranie. Tę scenę nakręcono kilka miesięcy przed rozpoczęciem właściwych zdjęć do filmu, gdy jeszcze nawet nie zgromadzono obsady. Rick Sylwester skoczył, wylądował na spadochronie, a na dole czekała już jego dziewczyna. Za honorarium kontemplowali uroki kanadyjskich gór.

Czytaj też:

* Bond urodził się w okopach... I wojny światowej
* James Bond w walce z koszmarami
* Rok 2012 w kinie: Jakie hity filmowe nas czekają
* ''Szpieg'' lepszy od Bonda? ''Środki, jakie zastosowaliśmy, są podniecające i ciekawe"
Bond w każdym filmie przemierza świat wzdłuż i wszerz. Gdzie go jeszcze nie było?
Przede wszystkim w Polsce. Poza studiami filmowymi większość scen rzeczywiście kręci się tam, gdzie toczy się akcja, choć są odstępstwa. Na przykład w filmie "W obliczu śmierci" akcja toczy się w Bratysławie, a udaje ją Wiedeń. Te miasta mają podobną architekturę, wystarczyło więc powymieniać witryny kilku sklepów i język z niemieckiego na słowacki. Były przymiarki, by kilka scen w jednym z filmów nakręcić w Chinach, ale władze komunistyczne się nie zgodziły.

Ale w ZSRR kręcono.
Dopiero po jego upadku. Część "GoldenEye" powstała w Sankt Petersburgu i w rosyjskich plenerach. Ale był już rok 1995. Dawno kurtyna runęła. Dziś nie ma z tym problemów. Twórcy Bonda poszli więc w stronę egzotyki. Film "Quantum of Solace" powstawał w Panamie, kraju, który nie ma przemysłu filmowego. Filmowcy, ludzie bardzo bogaci, zetknęli się tam z powszechną biedą i włączyli się w ruch filantropijny: finansowali dzieciom podręczniki i odremontowali kamienice, w których film powstawał. Wiele scen powstawało blisko, na Słowacji i w Czechach, w malutkich miasteczkach. Sceny akcji z "Casino Royale" kręcono w praskim studiu Modrany i bibliotece klasztoru Strahov, a sceny na Madagaskarze na Bahamach. Bonda kręcono nawet w NRD.

W NRD?
Część kadrów do filmu "Ośmiorniczka" kręcono w okolicach muru berlińskiego. Był rok 1982, w Polsce stan wojenny, a filmowcy byli pełni strachu, bo cały czas byli na muszce strażników, którzy przyglądali się im z odbezpieczoną bronią, gotowi do oddania prawdziwych strzałów. Dwa lata wcześniej w Bondzie zagrał helikopter z PZL Świdnik, którego pilotował inżynier Czesław Dyzma. Był lipiec 1980, w Polsce zaczęły się strajki, a na greckich meteorach kręcono Bonda z helikopterem z komunistycznego kraju. Próbowałem w Świdniku dowiedzieć się czegoś więcej, ale nie odpowiedzieli. Może myśleli, że to żart.

Czytaj też:

* Bond urodził się w okopach... I wojny światowej
* James Bond w walce z koszmarami
* Rok 2012 w kinie: Jakie hity filmowe nas czekają
* ''Szpieg'' lepszy od Bonda? ''Środki, jakie zastosowaliśmy, są podniecające i ciekawe"

Najnowsze informacje o epidemii koronawirusa

Wideo

Materiał oryginalny: Michał Grzesiek: Mam licencję na Jamesa Bonda - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie