Miał być bunt przedsiębiorców na Podhalu, ale na razie górale powiedzieli mu "veto"

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Białostocka kawiarnia. Jeden z kilkudziesięciu lokali w kraju, które zostały otwarte mimo lockdownu
Białostocka kawiarnia. Jeden z kilkudziesięciu lokali w kraju, które zostały otwarte mimo lockdownu brak
Do masowego buntu przedsiębiorców nie doszło - odbył się on jedynie w zapowiedziach Sebastiana Pitonia. Nie zmienia to jednak faktu, że Polacy są coraz bardziej zmęczeni lockdownem, a branże najbardziej nim dotknięte znajdują się pod potężną ekonomiczną presją

Przedsiębiorcy działający w gastronomii, hotelarstwie czy usługach fitness, a także prowadzący sklepy w galeriach handlowych znajdują się pod ogromną presją ekonomiczną. Rządowa pomoc z kolejnych odsłon tarcz antykryzysowych nie pokrywa ich bieżących strat, co stawia w bardzo trudnym położeniu zarówno przedsiębiorców, jak i ich pracowników - często zatrudnianych na umowy cywilnoprawne i w związku z tym od miesięcy pozostających w stanie zawieszenia, lub wręcz pozbawionych już pracy - czego żadne statystyki bezrobocia nie wykażą. Dotyczy to zwłaszcza gastronomii i turystyki - gdzie najbardziej elastyczne z form zatrudnienia są niestety powszechną normą. W tych branżach także aż jedna trzecia zatrudnionych w Polsce pracowników to osoby poniżej 25 roku życia - co sprawia, że jest to grupa zawodowa mocno zagrożona wypadnięciem z rynku pracy i jednocześnie w dużym stopniu pozbawiona zabezpieczeń majątkowych i oszczędności. Problemy branży gastronomicznej i turystycznej szczególnie mocno zaś wpływają na kondycję ekonomiczną społeczeństwa wszędzie tam, gdzie są jedną z podstaw lokalnej ekonomii, czyli w regionach czerpiących sporą część dochodu z turystyki. Zamknięcie restauracji i pensjonatów na Podhalu czy pod Sudetami otwiera tam cały worek z problemami ekonomicznymi i społecznymi - trochę tak, jakby na Śląsku nagle stanęły kopalnie, albo gdyby w Wielkopolsce upadło rolnictwo.

Nic więc szczególnie dziwnego, że w branżach i regionach szczególnie dotkniętych obostrzeniami dosłownie wrze. Na razie to wrzenie skończyło się - niemal dosłownie - na niczym, ale narastająca frustracja przedsiębiorców i pracowników branż dotkniętych obostrzeniami pozostaje tykającą społeczną bombą.

Wydaje się też, że to właśnie o tej bombie mógł myśleć premier, sugerując, że po 1 lutego może nastąpić złagodzenie obecnie obowiązujących obostrzeń. - Nie wykluczamy tego, że po tej fazie restrykcji na najbliższe 2 tygodnie, do końca stycznia, że będą pewne zmiany. Postaramy się na początku przyszłego tygodnia je zakomunikować- mówił we wtorek Mateusz Morawiecki. Rząd jest tu pod większą presją niż się zdaje - bo w Polsce maleje poziom społecznej akceptacji obostrzeń - Polacy są coraz wyraźniej zmęczeni drugim lockdownem nazywanym etapem społecznej odpowiedzialności czy też narodową kwarantanną. Ale o tym za chwilę.

W tym tygodniu - dokładnie w poniedziałek - miało dojść do wielkiego bunt przedsiębiorców z pozamykanych na skutek lockdownu branż, ale skończyło się na niczym. Paradoksalnie ogólnopolska akcja sanepidu, która miała stłumić ów bunt, również nie przyniosła wielkich efektów. Wprawdzie zmasowane kontrole przeprowadzono w ostatni weekend w aż 5000 firm, których właścicieli podejrzewano o chęć uczestnictwa w antylockdownowym proteście, lub którzy odgrażali się w mediach społecznościowych, że to zrobią, jednak inspektorom sanepidu udało się w całym kraju przyłapać tylko 76 przedsiębiorców łamiących obostrzenia. Były wśród nich lokale gastronomiczne, ale też na przykład lodowiska czy ośrodki sportów zimowych lub pensjonaty - z których część próbowała obchodzić obostrzenia i bez żadnej ogólnokrajowej akcji protestacyjnej. Sanepid zapowiedział obłożenie prowadzących te firmy przedsiębiorców sankcjami - do 30 tysięcy złotych.

Mało tego - w resorcie gospodarki powstał specjalny zespół nadzorowany przez wiceminister Olgę Semeniuk, którego członkowie zabawili się w weekendową infolinię i dzwonili do właścicieli firm zapowiadających otwarcie swych biznesów mimo obostrzeń. - Będziemy dzwonić po to, żeby uzyskać informacje, czy przedsiębiorcy korzystali z pomocy w ramach wiosennych tarcz antykryzysowych, jeśli nie, to z jakich powodów, które kryteria nie były spełniane. Każdy zgłoszony problem będzie rozpatrywany indywidualnie - zapowiadała Semeniuk. Urzędnicy rzeczywiście dzwonili. I owszem, pytali, czy dany przedsiębiorca korzystał z pomocy rządowej, po to, by zaraz zapowiedzieć, że w wypadku otwarcia firmy wbrew obostrzeniom, będzie musiał zwracać pobrane środki.

Przedsiębiorcy z dotkniętych lockdownem branż znajdują się obecnie w bardzo ciężkim położeniu. W większości branż to już drugi lockdown po tym wiosennym, co oznacza, że działalność ich firm musiała być wstrzymana na łącznie kilka miesięcy. Dla właścicieli pozamykanych hoteli, restauracji czy klubów fitness to przerwa, którą są w stanie znieść tylko najsilniejsi.

Wedlug zajmującej się na znaczną skalę systemami płatności online dla lokali gastronomicznych firmy Dotykačka, przychody jej klientów już w listopadzie spadły średnio o 30 procent. W tej chwili ta sama firma szacuje, że cała branża HORECA (skrótowiec, pod którym kryją się hotele, restauracje i catering) w listopadzie straciła około 50 procent dochodów, co z pewnością dotyczy również kolejnych miesięcy.

Źle jest także z przedsiębiorcami działającymi w centrach handlowych i ich pracownikami. Cenrta były otwarte tylko w okresie przedświątecznym. Ale o odrobieniu w tym czasie strat raczej nie może być mowy. Według badań przeprowadzonych przez Proxi.cloud i UCE RESEARCH przed świętami centra odwiedziło o 60 procent mniej klientów niż miało to miejsce w poprzednich latach. Tak wynikało z porównania blisko miesięcznego ruchu zanotowanego przed ostatnią Wigilią i w analogicznym czasie 2019 r.

Jeśli chodzi o sprzeciw przeciwko lock downowi, to liczba przedsiębiorców, którzy zdecydowali się na otwarte złamanie przepisów sanitarnych, pozostaje nadal bardzo niewielka. Tu z pomocą przychodzi „Mapa Wolnego Biznesu” przygotowana przez inicjatywę #otwieraMY - którą wspierają między innymi politycy Konfederacji, Paweł Tanajno i część działaczy ruchu Strajk Przedsiębiorców i działacze ruchów antyszczepionkowych, między innymi osławiona Justyna Socha. Mapa miała służyć potencjalnym klientom nowo otwieranych wbrew obwiestrzeniom lokali i firm - i oczywiście być pełna ofert.

W rzeczywistości jednak w skali całej Polski na mapie znalazło się ledwie kilkadziesiąt firm - liczba zbliżona do tych 76, o wykryciu których informował sanepid.

Na mapie całą Warszawę reprezentują zaledwie trzy lokale - jeden pub, jedna pizzeria i jedna burgerownia. Zaznaczmy od razu, że żaden z nich - z pandemią, czy bez - nie należy do miejsc, w których ustawiałyby się kolejki chętnych na stolik. Pięć otwartych lokali można naliczyć w Krakowie, albo raczej na jego obrzeżach, w tym wzdłuż autostrady A4 - jak na większe miasta Polski to i tak rekord.

Największy bunt przedsiębiorców z pozamykanych przez pandemię branż zapowiadano na Podhalu. W mediach wciąż słychać było o nadchodzącej rewolcie górali z branży turystycznej, która miała ogarnąć całe południe Polski. Z tych samych mediów niemal nie wychodził lider inicjatywy „Góralskie Veto” Sebastian Pitoń zapowiadający masowy ruch sprzeciwu na wielką skalę. Pitoń miał dzięki temu wiele dość wyjątkowych okazji do podzielenia się ze światem swoimi dość oryginalnymi poglądami.

- Nie mogę przyjąć narracji o pandemii. Fakty jej nie wytrzymują. Żadnej pandemii nie ma (…) Sam chorowałem na koronawirusa. To lekka, przyjemna choroba - mówił w prestiżowej audycji Gość Radia Zet. Wcześniej chwalił na przykład instytucję liberum veto.

Świtoń nie był zresztą sam. - To będzie efekt kuli śniegowej - mówiła w poprzedzającą start akcji sobotę prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej Agata Wojtowicz. - Desperacja społeczeństwa narasta, ponieważ nie widać wyjścia z tej sytuacji. Nie ma żadnej jasnej deklaracji rządu - mówiła Wójtowicz.

W poniedziałek więc pod szyldem „Góralskiego Veta” w Zakopanem miała zacząć się masowa akcja otwierania pozamykanych lokali. W rzeczywistości skończyło się na zapowiedziach. Portal „Tygodnika Podhalańskiego”, czyli najlepszego lokalnego pisma regionu, donosił jedynie, że w Szczawnicy i Krościenku nie otworzono żadnej z knajp, zaś w Kuźnicach zniknęła kolejka do kolejki linowej na Kasprowy Wierch (nie dopisała pogoda, Tatry i Zakopane pokryła gęsta mgła). Jeśli chodzi o wieszczony przez Pitonia masowy bunt góralskich przedsiębiorców, nie stało się literalnie nic.

Nawet na mapie inicjatywy „#OtwieraMy” można znaleźć tylko jeden jeden zakopiański lokal - jest nim cukiernio-kawiarnia. Na całym Podhalu to łącznie pięć obiektów, w tym tylko dwie restauracje. To „Schronisko smaków” w Bukowinie Tatrzańskiej będące franczyzą Magdy Gessler, o otwarciu którego głośno już było za sprawą sprzeciwu (wobec otwarcia) właścicielki marki i jedna restauracja w Nowym Targu. Na mapie znalazły się jeszcze dwa pensjonaty w Białym Dunajcu i klub taneczny w Chochołowie. Na tym koniec.

Z „Góralskiego veta” nie wyszło praktycznie nic.

Zaznaczmy tu, że jedna branża na Podhalu jest jednak wyjątkiem. Chodzi oczywiście o przedsiębiorców świadczących usługi noclegowe. Część podhalańskich pensjonatów i hoteli działa w „podziemiu” od miesięcy, przyjmując gości mimo zakazów. Najpierw pomagało w tym wypełnianie przez gości hotelowych oświadczeń, w których zaręczali, że odbywają podróż służbową. W ostatnim czasie powstały nowe „patenty” na obchodzenie prawa. Na przykład najem „długoterminowy”, w ramach którego gość podpisywał umowę o wynajem pokoju czy domku na przykład na 3 miesiące i wpłacał bezzwrotny „zadatek” odpowiadający realnej długości pobytu. Po jego zakończeniu umowa była „wypowiadana” - teoretycznie więc wszystko odbywało się zgodnie z prawem. Pojawiły się również formy wypoczynku przedstawiane jako zorganizowane zajęcia czy obozy sportowe. Na stoku narciarskim przyłapano nawet rodzinę byłej wicepremier Jadwigi Emilewicz, która już po fakcie próbowała uzyskać dla swoich dzieci licencje sportowe FIS.

Choć tego typu fikcje to obecnie nadal głównie koloryt lokalny, to zmęczenie lockdownem rośnie. Według sondażu przeprowadzonego przez firmy badawcze UCE Research i Syno Poland dla „Gazety Wyborczej” w pierwszej połowie stycznia, aż 56 procent Polaków było przeciwnych przedłużaniu obowiązujących obostrzeń po 18 stycznia. Gotowość do zaakceptowania kolejnych restrykcji deklarowało tylko 31 procent badanych.

Ciekawe są na tym tle także wyniki badania przeprowadzanego w listopadzie przez KANTAR na zlecenie naukowców z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu w ramach projektu badawczego „Pandemia w oczach Polaków. Badania społeczne nad percepcją chorób zakaźnych, zaufaniem i ryzykiem”. Jeszcze w listopadzie Polacy uważali zamykanie galerii handlowych czy nakaz noszenia maseczek na ulicach za uzasadnione środki przeciwdziałania pandemii - miało to jednak miejsce jeszcze przed ponownym zaostrzeniem restrykcji.

W tym samym badaniu interesujące są także dane na temat tego, kogo Polacy cenili najwyżej za walkę z pandemią. Na pierwszym miejscu znaleźli się tu naukowcy (61 procent wskazań), na drugim zaś pracownicy służby zdrowia (już tylko 47 procent wskazań). Trzecie miejsce należało do policji (39 procent) a czwarte do samorządów. Rząd (21 procent) znalazł się na przedostatnim miejscu - za sanepidem (32 procent) i mediami (26 procent). Gorzej niż rząd Polacy oceniali jedynie postawę Kościoła katolickiego (który wskazało jedynie 19 procent badanych).

Z badań wyłania się więc następujący obraz. Polacy mają już dość restrykcji i obostrzeń, w dodatku nie mają najlepszego zdania o działaniach rządu, których celem miało być zwalczanie pandemii. Jednocześnie powszechna stała się wiedza o kruchych podstawach prawnych, na których opiera się cała konstrukcja lockdownu. Sądy taśmowo unieważniają kary nakładane w poprzednich miesiącach przez sanepid, próba wprowadzenia godziny policyjnej w Sylwestra również musiała skończyć się na niczym. Rośnie więc świadomość, że kolejne polskie odsłony lockdownu są rodzajem nienazwanego, pozaprawnego stanu wyjątkowego. Im bardziej będzie rosło zmęczenie Polaków przedłużającym się zamknięciem, tym częściej będzie ono przez nich kwestionowane - zarazem zaś trudno będzie o skuteczne narzędzia do skutecznego, innego niż bardzo doraźne, egzekwowania ograniczeń.

Podwyżki cen. Gdzie największe? W Polsce

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie