Mężyk: Dziennikarze są największymi gwiazdami mediów społecznościowych

Redakcja
Łukasz Mężyk
Łukasz Mężyk Fot. Twitter
- W dobie zdemokratyzowanej przez internet informacji, dziennikarze są nadal potrzebni. Tworzą główną treść serwisów internetowych. Blogerzy i internauci się do niej odnoszą. Mało tego, dziennikarze są największymi gwiazdami mediów społecznościowych - mówi Łukasz Mężyk, założyciel serwisu 300polityka, w rozmowie z Anną Ziobro.

Jak bardzo zmienił się internet od początku XXI wieku?
Zmiany najbardziej oddaje wypowiedź Joego Trippiego, jednego ze sztabowców przegranego w kampanii prezydenckiej Howarda Deana: "Bylibyśmy w 2004 jak cztery lata później triumfujący Obama, ale nie mieliśmy YouTube". To Dean był pierwszym politykiem stworzonym przez nowe media. Tyle że nie był to jeszcze czas tak rozbudowanej sieci, choć mówimy o zdarzeniach sprzed raptem ośmiu lat. Teraz co kilka miesięcy popularny staje się jakiś nowy serwis społecznościowy. Nawet jeszcze początkujący w Polsce Twitter ma już milion użytkowników. Nie mówiąc o Facebooku albo Naszej Klasie.

Nie przesadzajmy. Podczas wyborów dla polskich polityków internet jest miejscem linczu i kopania konkurentów. Trudno mówić o pozytywnej promocji.
Właśnie nie. Oczywiście internet jest areną do promowania przekazu negatywnego, który według badań jest dużo bardziej skuteczny. Ludzie lubią głośno mówić, że go nie akceptują. Ale nie dość, że chętniej go oglądają, to właśnie on bardziej wpływa na ich decyzje wyborcze. Przypomnijmy sobie negatywne spoty kampanii Bronisława Komorowskiego, który zresztą prowadził kampanię pod hasłem "zgoda buduje", najczęściej sięgając po przekaz negatywny. Wystarczyło te spoty wstawić do internetu, a stacje telewizyjne za darmo je emitowały. Poza tym internet daje możliwość prowadzenia aktywnej polityki także poza okresem wyznaczonych kampanii. Jest w zasadzie najtańszym i najbardziej precyzyjnie docierającym medium. Błędem jest też ograniczanie internetu jako miejsca na bluzgi. Jest wiele przypadków, gdy politycy profesjonalnie z niego korzystają do promowania swojej aktywności.

Portale społecznościowe przejmują internet?
Chyba tak. Bo to one są tablicami, na których umieszcza się ciekawe treści. To dzięki serwisom społecznościowym ludzie coraz częściej mają kontakt z treściami z tradycyjnych mediów. Tworzone są w nich także zdjęcia z komentarzami pokazującymi paradoksy, fotomontaże, filmiki - absurdalne albo śmieszne fragmenty seriali czy wystąpień politycznych. Na portalach społecznościowych politycy coraz częściej komentują wydarzenia polityczne, skąd docierają do mediów tradycyjnych. Tak np. Wanda Nowicka komentowała krytykę Dominiki Wielowieyskiej, a Paweł Graś odpowiadał tabelką z danymi na krytykę za zmniejszanie godzin historii w szkołach.

Wydawcy stawiają diagnozę, że cyfryzacja spowoduje w niedługim czasie zapaść rynku książek i gazet, podobnie jak MP3 zrobiły ze sprzedażą płyt. Zapaleni czytelnicy i pisarze mówią z kolei, że papier nie zniknie, a internet jest tylko gadżetem, który jednak pozostanie obok tradycyjnych rozwiązań.
Te tezy odnoszą się do nośnika, a nie do treści. Być może MP3 zmarginalizowały płyty CD, ale to samo CD wcześniej zrobiły z płytami gramofonowymi. Muzyka pozostała. Treści pozostają te same, choć faktycznie wielu narzeka, że postęp w technologii wszystko dramatycznie upraszcza i nasza koncentracja nie wytrzymuje dłuższego przekazu. Podobnie było z wprowadzeniem telewizji, która jednak nie zabiła radia. Co ciekawsze, dzisiaj radio przeżywa swój renesans, a w internecie są miliony kanałów radiowych, bo sieć nie ma ograniczeń ani koncesjonowania częstotliwości.

A dziennikarze są jeszcze potrzebni?
Ależ oczywiście. To dziennikarze tworzą główną treść. Blogerzy i internauci się do niej odnoszą, korzystając z tego, co kiedyś wyprodukowali dziennikarze w tradycyjnych mediach. Mało tego, dziennikarze są największymi gwiazdami mediów społecznościowych. Monika Olejnik na Facebooku zamieszcza swoje zdjęcia z radia i krótkie komentarze, nie wdając się w dyskusję z internautami. A Konrad Piasecki przeciwnie. W ten sposób Olejnik umacnia wizerunek gwiazdy mediów, ale to Piasecki jest bardziej opiniotwórczy.

Czytaj także:
* "W przyszłości prasa drukowana stanie się dobrem luksusowym. Po kilkanaście złotych za egzemplarz"
* Diekmann: iPad nie zastąpi papierowej gazety [ZDJĘCIA, VIDEO]
* Urbanowicz: Płatna prasa w sieci to dla wydawców konieczność
* Protest pod przywództwem Wikipedii przynosi efekty. Kongresmani już się wycofują

Francuski dziennikarz Bernard Poulet obserwuje wpływ rynku na największe gazety świata. Postawił tezę o śmierci wydań papierowych. Utrzymanie gazet jest szalenie kosztowne, informacja w nich nie nadąża za natychmiastowym przekazem internetowym, reklamodawcy uciekają do sieci. Tradycyjny druk ma szansę?
Jest trochę prawdy w tym, że gazety stają się coraz mniej aktualne. Tygodniki zamykane w piątek w poniedziałek są zazwyczaj nieświeże. Tak było np. po katastrofie pod Szczekocinami, w której zginęło kilkanaście osób. Przekaz tygodnika był nie tyle nieaktualny, co wręcz niestosowny.

Los gazet może podzielić telewizja? Najmłodsze pokolenie nie potrafi się skupić nad informacją, stroni od publicystyki i ma kłopot z obejrzeniem godzinnego filmu. Telewizja cyfrowa sprosta odbiorcom czy też przegra z internetem?
A czy pociągi przegrały z samolotami? Co do samej treści, to internet wymusza na dziennikarzach i wydawcach dokładne sprawdzanie podawanej informacji. Internauci sprawdzają każdą pojawiającą się wiadomość i wytykają nieścisłości. I już nie przez listy do redakcji, tylko od razu w sieci. Prawdą jest też, że przekaz internetowy wymusza uproszczenia w treści. Chociaż bardziej chodzi o jej skrócenie. Dla kontrastu rozwijają się również niszowe, prestiżowe kanały, które odwołują się do ludzi bardziej zainteresowanych, np. polityką. W hipernowoczesnych "New York Timesie", "FT", "The Times" sieć nie wymogła upraszczania treści. Dodała tylko nowe kanały dzielenia się treścią i promowania jej.

Nowoczesne rozwiązania niosą szansę na rozwiązywanie problemów, które wydawały się nie do ruszenia. Arabska wiosna była możliwa przede wszystkim dzięki szybkiej informacji. Tradycyjne media nie nadążają już za przebiegiem zdarzeń?
I polityka nie nadąża. Głośno mówimy, że arabska wiosna była facebookowo-twitterową rewolucją. O ile media umiały zrobić pożytek z nowych kanałów informacyjnych, przejąć tę zawartość z internetu na swoje łamy, o tyle polityka nie zauważyła zbliżającej się i wzbierającej fali społecznej. Tak samo było podczas ubiegłorocznych rozruchów w Londynie. Gdyby sztab premiera Camerona śledził internet, premier pewnie nie wyjechałby na urlop do Toskanii i szybszą reakcją uratowałby kilka punktów w sondażach.

Oprócz dobrych blogów wśród niektórych polityków zapanowała moda na wypisywanie kompletnych bzdur na Twitterze. Jest wrażenie, że nie robią nic innego.
Bardzo dobrze, że są. I dla nich dobrze, i dla wyborców. To nie zawsze są kompletne bzdury. Napisanie 140 znaków, czyli jednego dość krótkiego zdania, nie jest czasochłonne. A pozwala wyborcom na bezpośredni kontakt ze znanym politykiem. Dzięki temu wyborcy mogą natychmiast komentować to, co ich interesuje. Minister obrony Tomasz Siemoniak jako pierwszy zrobił w Polsce konferencję z internautami na Twitterze. W USA to codzienność.

Nowe technologie umożliwiają megaszybkie dotarcie informacji do ludzi. Tak się nie dzieje, bo m.in. przez portale społecznościowe coraz trudniej wyłowić z gąszczu przekazu wiadomości, które są naprawdę ważne. Paradoksalnie, technologia niszczy szansę przekazywania informacji dobrej jakości, a rozpowszechnianie tych potrzebnych jest trudniejsze niż do tej pory.
Myślę, że to nie ma wpływu na jakość. Treści słabej jakości byłyby i tak. Przykładem są tabloidy, które miały zaniżyć debatę i zainteresowania społeczne. Zawsze produkt masowy był raczej kiepskiej jakości. Kiedyś tak mówiono o fotoplastykonach, później o kinie i telewizji. Dla mediów jest wyzwaniem to, by umieć się promować na serwisach społecznościowych. Obserwując trendy Google, a robimy to na 300polityka.pl co tydzień, zauważyliśmy ponadprzeciętny wpływ porannych programów politycznych RMF FM na to, czego ludzie o polityce szukają w internecie. Zatem nie bez znaczenia jest to, że dziennikarze tej stacji są obecni w mediach społecznościowych. Równie silna jest zresztą "Rzeczpospolita" z Mazurkiem, Magierowskim, Warzechą czy Wybranowskim. Licznie występuje "Polska The Times" z Pawłem Siennickim i trochę mniej licznie "Gazeta Wyborcza". Nie pod kątem "lajfstajlowym", tylko rzetelnego uczestniczenia z internautami w dyskusjach politycznych. To samo jest z TVP Info i TVN24. Publiczny kanał ma generalnie odrobinę większą publiczność, a jest nieopiniotwórczy.

Czytaj także:
* "W przyszłości prasa drukowana stanie się dobrem luksusowym. Po kilkanaście złotych za egzemplarz"
* Diekmann: iPad nie zastąpi papierowej gazety [ZDJĘCIA, VIDEO]
* Urbanowicz: Płatna prasa w sieci to dla wydawców konieczność
* Protest pod przywództwem Wikipedii przynosi efekty. Kongresmani już się wycofują

Pada pytanie o jakość debaty niedziennikarskiej w internecie. Sam Pan mówi, że produkt masowy jest kiepski.
Co to ma za znaczenie, czy produkt kiepskiej jakości jest na papierze, czy w internecie. Bzdura w internecie jest bardziej... ekologiczna.

Internet otwiera pole do działania zbiorowej twórczości. Ekspertami stają się wszyscy. Następuje demokratyzacja informacji ściągająca piszącą publikę, która powoduje dezinformację.
Nie można mówić o informacji i kreowaniu opinii jako kościele mędrców. Technologia demokratyzuje, dając równe szanse. Nikomu nieznana Susan Boyle, samotna, zaniedbana gospodyni domowa, wygrała w 2009 r. brytyjski "Mam talent" i dziś jest rozpoznawalną gwiazdą. Tak samo blogerzy mogą być dobrymi dziennikarzami. Dziennikarka i blogerka Kataryna analizowała fakty z afery Rywina na blogu i miała więcej wejść niż niejedna gazeta nakładu. Czy to zniszczyło debatę publiczną? Wręcz przeciwnie. To odbiorca decyduje, jaką treść kupuje z tego, co jest dostępne. Możemy ubolewać, że filmik o mięsnym jeżu ma 4 miliony odsłon na YouTube, a treści wartościowe nie. To kwestia społecznego gustu. Tego nie zmieni ani internet, ani inne media.

Niebezpieczeństwo w tym, że do gustu większości najbardziej trafiają najbardziej ogłupiające przekazy. To doskonałe pole do manipulacji.
Wolna informacja jest sojusznikiem demokracji. To internetu najbardziej boją się tyrani w Chinach, Korei Północnej, Syrii. Bali się w Libii i Egipcie. Internet mobilizuje opozycję demokratyczną w Rosji. Może być lepsza rekomendacja? Poza tym, trzeba wierzyć w to, że ludzie coraz częściej sprawdzają informacje i są mniej łatwowierni.

W wirtualnym świecie kształtujemy rzeczywistość, w jakiej chcielibyśmy żyć. Pana zdaniem w nowoczesnych mediach każda informacja będzie dopasowana do większości widzów, spłycona i mocno wpisana w rozrywkę?
Nowym trendem w mediach społecznościowych jest zastępowanie treści dobrym obrazem lub zdjęciem. Stąd sukces Instagramu - serwisu, w którym publikuje się tylko zdjęcia z krótkim opisem. Podobnie jest na Facebooku, gdzie ludzie bardziej klikają na zdjęcia niż treści pisane. W tym kontekście dziwne jest redukowanie działu foto przez Agorę. Nowy trend jest widoczny w serwisie Tomasza Lisa, w którym strona główna jest mozaiką zdjęć i tytułów. Dla kontrastu Onet jest uporządkowany i przeładowany treścią. Do tzw. kliknięcia przez masowego widza zachęca właśnie obraz. I mimo że wiele osób narzeka na, ich zdaniem, chaotyczny układ "obrazkowego serwisu", to właśnie dzięki tym obrazkom ten serwis odniesie on sukces w starciu z serwisami z ogromem treści pisanych.

Pomysł przeszczepiania gazet do internetu w identycznej formie jak treści na papierze nie ma sensu, bo mało kto do nich będzie zaglądał?
Nie, dlaczego. Problemem jest odpłatny dostęp do treści, bo internauci przyzwyczaili się, że w sieci wszystko jest za darmo. Ale i to się zmieni. Za produkt określonej jakości trzeba zapłacić. Wbrew sceptykom uważam, że ludzie mądrzeją, a nie głupieją, i są bardziej ciekawi świata. Mają też więcej zainteresowań. Choć są badania, że skraca się czas koncentracji i stajemy się niecierpliwi. Nikt jednak nie lamentował, że książki są mniej obszerne niż kiedyś.

Tworzących portale czeka walka o odbiorcę. Nie da się już liczyć na sprawdzone chwyty, ale intensywnie trzeba szukać nowych. Nowe propozycje muszą następować coraz szybciej. Nie boi się Pan tego wyzwania?
Nie boję się. A nawet przeciwnie. Serwis 300polityka.pl dopiero wystartował. Właśnie nam "stuknął" drugi miesiąc, a bez dużych pieniędzy, promując się tylko na Twitterze i Facebooku, mamy już 7-8 tysięcy wejść dziennie. Ale naszą grupą docelową są ludzie ponadprzeciętnie interesujący się polityką i zwracający uwagę na detale, o których nie piszą tradycyjne media. Przyjęty przez nas model niszowego, ale z czasem prestiżowego serwisu dla politycznych moli sprawdził się w USA. Rozmawialiśmy z tamtymi serwisami, mamy tam przyjaciół, podsyłamy sobie różne ciekawostki. To od nas ostatnio czołowy amerykański serwis polityczny dostawał reakcję z polskich mediów na słowa Obamy do Miedwiediewa o tarczy antyrakietowej. Dla reklamodawców to bardzo atrakcyjna grupa docelowa. Nie musimy walczyć z Onetem o miliony klików. Chcemy mieć dość prestiżową publiczność.

Tyle że liczący się publicyści po macoszemu traktują serwisy internetowe i ich ulubionym źródłem jest nadal wydanie papierowe gazet. W Stanach to się też aż tak nie zmieniło.
Nic bardziej mylnego. Nie znam żadnego dobrego dziennikarza amerykańskiego, którego nie ma na Twitterze albo Facebooku. Nie ma żadnego liczącego się polityka amerykańskiego, który po macoszemu traktuje sieć. I nas to też czeka.

Czytaj także:
* "W przyszłości prasa drukowana stanie się dobrem luksusowym. Po kilkanaście złotych za egzemplarz"
* Diekmann: iPad nie zastąpi papierowej gazety [ZDJĘCIA, VIDEO]
* Urbanowicz: Płatna prasa w sieci to dla wydawców konieczność
* Protest pod przywództwem Wikipedii przynosi efekty. Kongresmani już się wycofują

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
MAKS
źródłem informacji o tym, co się w Polsce rzeczywiście dzieje.

Mówię to jako człowiek niewierzący.

Dlatego Dworak (czyli Tusk) robi wszystko, żeby Polacy nie mogli odbierać Telewizji TRWAM razem z innymi stacjami na przyszłym multipleksie cyfrowym, który wkrótce będzie jedynym naziemnym sposobem odbierania telewizji!

Dziś to nowe Radio Wolna Europa dla Polaków, zastraszonych komandosami z ABW i manipulowanych "zaprzyjaźnionymi" mediami PO (określenie Andrzeja Wajdy). Nawet TVP i Polskie Radio są dziś tak samo wiarygodne, jak za czasów Gierka, czyli są tubami mafii PO-PSL-SLD.

Pod rządami PO prawdziwą dyskusję uznaje się za nieważną i przyznaje priorytet własnym racjom przekazywanym przez media. Do społeczeństwa docierają w efekcie fałszywe informacje o tym, co dzieje się w Polsce. Źle informowane społeczeństwo nie może podejmować racjonalnych decyzji, a władza niekontrolowana patologizuje się.

Obecne władze nie traktują wszystkich obywateli jednakowo, czyli dzieli się nas na osoby pierwszej i drugiej kategorii w dostępie do rynku pracy, życia politycznego i publicznego oraz możliwości swobodnego komunikowania się i przekazywania wartości. Nie żałuje się natomiast pieniędzy na wspieranie pism i środowisk lewicowych, lewackich i liberalnych. Przypomina się sytuacja ze stanu wojennego.

Oba zbrodnicze systemy totalitarne XX wieku zwalczały wolność słowa. Hitlerowcy w całej okupowanej Europie, w tym także w Polsce, zwalczali nadawane z Londynu Radio BBC. Komuniści i bezpieka w PRL zwalczali równie bezwzględnie Radio Wolna Europa. Od tamtych totalitarnych czasów żadne radio nie było zwalczane tak brutalnie i tak bezwzględnie, jak Radio Maryja i związana z nim Telewizja Trwam.

Z mediów publicznych wyrzucono niemal wszystkich niewygodnych dziennikarzy, ograniczono możliwość rozwoju telewizji w internecie, zakazano wyborczych spotów i billboardów. Rząd chciałby zlikwidować Radio Maryja. Niezwykłe jest to, że władze wkurzyło stwierdzenie o jej totaliarnych metodach. Tymczasem, to właśnie działania w sprawie mediów ekipy Tuska spełniają klasyczną definicję państwa totalitarnego.

Gdyby nie było Radia Maryja już byśmy uwierzyli, że własnej historii powinniśmy się wstydzić, że była ona pasmem draństwa i że to nie Niemcy, ale Polacy wymordowali Żydów, w Jedwabnem i gdzie indziej, a na Wołyniu wymordowaliśmy się sami. I że Niemcy z Wrocławia i Szczecina zostali wypędzeni, a Polacy z Polacy z Wilna i Lwowa byli szczęściarzami powracającymi do ojczyzny.

Bez Radia Maryja mielibyśmy głowy tak wyprane, jak pewien znany polityk lewicy, który kilka dni temu w przypadkowej rozmowie próbował mnie przekonać, ze Gross napisał w swojej książce za mało, bo naprawdę to większość Polaków za okupacji szmalcowała.

Bez Radia Maryja Unii Europejskiej trzeba by się tylko kłaniać i nie żądać od niej niczego, żeby się wobec niej nie wstydzić. Bo Polska to jest taki mały kraj i jak małe dziecko powinna się wstydzić. Bez Radia Maryja problemy polskiej wsi znalibyśmy wyłącznie z serialu "Ranczo".

Bez Radia Maryja już byśmy wszyscy wierzyli, że katastrofę smoleńską spowodowali pasażerowie a nie KGB. To, co zostało ujawnione na temat katastrofy, zawdzięczamy dziennikarzom, i to nielicznych mediów, takich jak "Nasz Dziennik", czasami "Rzeczpospolita" albo swego czasu niektórych dziennikarzy Telewizji Trwam czy telewizji publicznej, którzy byli bezlitośnie eliminowani z tego głównego nurtu.

W ostatnim czasie daje się zauważyć ograniczanie wolności słowa w Polsce oraz likwidację niezależnych mediów.

Z TVP zostały wyeliminowane m.in. takie programy jak: „Misja specjalna” Anity Gargas”, „Pod prasą” Tomasza Sakiewicza, „Bronisław Wildstein przedstawia”, „Antysalon” Rafała Ziemkiewicza, „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego. Ponadto z mediów publicznych zostali usunięci m.in. Joanna Lichocka, Jacek Karnowski, Jacek Sobala, Katarzyna Hejke, Grzegorz Górny, Tomasz Terlikowski, Grzegorz Braun, Robert Kaczmarek, Dariusz Karłowicz. Tzw. nieznani sprawcy pobili dziennikarza Pawła Mitera.

Dziennik „Rzeczpospolita” został sprzedany w niejasnych okolicznościach i traci swój niezależny charakter. Cenzurowany jest nawet Internet. Media głównego nurtu mimo pozornej różnorodności w opisywaniu rzeczywistości zależne są od jednego ośrodka decyzyjnego.

Opublikowany został najnowszy raport dotyczący wolności prasy, zwany Reporters Without Borders press freedom index 2011-2012. Indeks ten określa kraje, w których prasa ma największą wolność słowa.

Na pierwszym miejscu w tym roku znalazła się Finlandia tuż za nią Norwegia, Estonia, Holandia i Austria. Na siódmym miejscu tuż za Islandią jest Luksemburg i Szwajcaria.

Polska zajęła w tym rankingu *** 24 *** miejsce.
D
Dyzma
Udowodnili to już wielokrotnie nasi dzielni dziennikarze z Polsatu, TVP oraz TVN, nie mówiąc już o naszych dziennikarzach z TOK fm oraz Polskiego Radia.

To samo dotyczy afery hazardowej, stoczniowej, smoleńskiej, szpitalnej, autostradowej, stadionowej, receptowej, szkolnej, emeryturowej, TV cyfrowej oraz afery inwigilacji internetowej (ACTA).

Zawsze nasi dziennikarze dzielnie stoją na straży prawdy oraz na straży ustroju.

Winę za całe zło w naszej ukochanej ojczyźnie ponosi PiS, który -- chcąc założyć IV Rzeczpospolitą -- dąży do zburzenia dotychczasowego porządku ustanowionego przez gen. Kiszczaka oraz innych ludzi honoru.

PS To nieprawda, że w Polsce są loże masońskie, mafie lub inne tajne stowarzyszenia!

Udowodnili to już wielokrotnie nasi dzielni dziennikarze z Polsatu, TVP oraz TVN, nie mówiąc już o naszych dziennikarzach z TOK fm oraz Polskiego Radia.
k
kinsky
W chwili obecnej piśmidła papierowe są tylko po 2 złote! Jednak wiele osób taki zakup pomija. No i całkiem słusznie! Albowiem, do czego komuś normalnemu mogą się nadać takie piśmidła, jak powiedzmy GW, Wprost, etc. No, chyba że jakimś zakompleksionym nihilistom, tudzież karierowiczom - to i owszem. Gdyż owego rodzaju produkty są u nich powszechnie wystawiane na eksponowanym miejscu. A szczególnie już w tym czasie, kiedy mają odwiedziny jakiegoś wykreowanego kacyka z salonu III RP. Onegdaj tymi substytutami - nazwijmy zawodowo i towarzysko podbudowującymi - były też opakowania po szamponach z importu o kierunku zachodnim. Naturalnie, zakupowanych na hektolitry za US-dolce w firmach Pewex lub Baltona.

Ale moi protoplaści w osobach dziadków, nauczyli mnie całkiem odmiennych wartości. Chociażby wskazując, że na chropowaty beton gierkowskich ścian należy ponalepiać propagandowe produkty rodzaju Trybuna Ludu lub Sztandar Młodych, a następnie dopiero właściwą tapetę. U co niektórych kolegów był taki dobry zwyczaj, że te dzieła cięto w małe prostokąciki po czym wieszano je do użytku w potrzebnym każdemu przybytku. Więc, przecież kupowanie w przyszłości makulatury za kilkanaście złotych za sztukę w celu wygładzenia dziur w ścianach, lub innym... jest absolutnie bzdurnym rozwiązaniem i pomysłem. Zresztą GW wsysa za dużo kleju i za mocno barwi, natomiast Wprost ma za tłusty papier. Więc w każdym aspekcie do niczego się nadają.

A zresztą... teraz jest lepiej zaopatrzyć się w plakaty wyborcze, bowiem są lepszej jakości. Oczywiście mam na uwadze tylko jakość samego kolorowanego druku i papieru, a nie zawartych treści! Nadto, choćby takie plakaty, jak z Lewandowskim & 300 mld w tle, wcale nie trzeba stosować jako grunt pod właściwą tapetę. Gdyż można je śmiało wykorzystać jako czołową tapetę. A dodatkowo, również jako pewnego rodzaju szpan przed dziewczyną lub kochanką. Naturalnie prawdą jest, że owe plakaty z Lewandowskim & Co. nie można nalepiać wprost na ściany, a bynajmniej w tzw. porządnym i tradycyjnym domu. Ale po stosownej oprawie przy pomocy narzędzi PhotoShop i Corel już się do tego celu nadają. Czyli należy uprzednio wstawić np. siebie w miejsce Lewandowskiego, natomiast w miejsce jego hasła trzeba wcisnąć swoje własne. Ot, chociażby z rodzaju: „Na zielonej wyspie jestem szczęśliwcem, bo wygrałem 300 mld w punkcie TOTO na terenie UE”. No, ale wtedy trzeba wziąć również pod uwagę i ewentualne pytanie dziewczyny, np. z kategorii: No tak, a gdzie w takim razie masz te 300 mld? Przecież jak dotychczas... to ja płacę za Espresso, Cappuccino, i Latte Macchiato! Ano.. wtedy po odpowiedź będzie ją już trzeba skierować do URM, lub trochę niżej do MF. Oczywistym jest, że w tych miejscach nigdy nie doczeka się odpowiedzi! Więc... komu ona w końcu uwierzy?
Dodaj ogłoszenie