Meteopaci są wśród nas. Komu szkodzi pogoda?

Wiktor Porembski
123rf
Wiemy, że większość Polaków czuje się meteopatami. Nie wiemy za to, ilu spośród nich rzeczywiście nimi jest. Co najmniej trzy typy zmian pogody z całą pewnością mogą jednak mieć wpływ na nasze fizyczne samopoczucie, zwłaszcza, gdy przybierają ponadstandardową skalę.

W ostatni poniedziałek w wielu miejscach Polski ciśnienie atmosferyczne przekroczyło 1045 hektopaskali. Dla osób bardziej wrażliwych na pogodę był to trudny dzień – nieprzyjemnych odczuć doświadczyło też jednak wiele osób, które na co dzień nie zwracają uwagi na zmiany aury. Czy to znaczy, że wszyscy jesteśmy meteopatami? Niekoniecznie. Z całą pewnością natomiast od czasu do czasu nimi bywamy.
Według danych Instytutu Meteorologii i gospodarki Wodnej zmiany samopoczucia wywołane zmianami pogody odczuwa zdecydowana większość Polaków. Badania były prowadzone dość dawno, bo tuż pod koniec lat 90. Aż 9 na 10 badanych Polek i trzy czwarte badanych Polaków zadeklarowało, że odczuwają na własnej skórze zmiany pogody. „W ankiecie badani mieli sami zaznaczyć typy pogody, stany powietrza i zjawiska atmosferyczne, które ich zdaniem wpływały na nich niekorzystnie.
Najczęściej wskazywali pogodę pochmurną z opadami deszczu, przejściową z wyżu do niżu i przejściową z niżu do wyżu. Z grupy stanów pogody i zjawisk atmosferycznych jako najbardziej dokuczliwe wskazali silny wiatr, parność i upał” raportowała w „Focusie” jedna z autorek tych badań Julita Cedzyńska-Ziemba.
W Niemczech czy innych krajach Europy Środkowej odsetek badanych deklarujących się jako meteopaci wynosi obecnie mniej więcej 70 procent, co jednak bardzo ciekawe znacząco wzrósł w ciagu ostatnich kilku dekad. W drugiej połowie XX wieku na negatywny wpływ pogody na swoje samopoczucie skarżyła się mniej niż połowa badanych – trudno powiedzieć, czy notowany w kolejnych dekadach wzrost jest wynikiem rzeczywistych zmian, czy raczej upowszechnienia się samego pojęcia meteopatii - i tym samym pewnej zbiorowej autosugestii.
Meteopatia nie jest uważana przez lekarzy za chorobę, mówi się raczej o pewnym rodzaju lub zespole dolegliwości lub o ogólnej „nadwrażliwości na zmiany pogody”.Dlatego właśnie trudno policzyć meteopatów - przypadki zachorowań na grypę rejestrują przychodnie, tymczasem meteopatą raz się jest, raz się bywa, żadne oficjalne statystyki nie są w tej materii prowadzone.
O meteopatii lekarze mówią też wtedy, kiedy mają do czynienia z chorym na którąś z chorób przewlekłych, w wypadku której zmiana aury powodują okresowe pogorszenie stanu pacjenta. Dotyczy to na przykład osób cierpiących na schorzenia o charakterze reumatycznym, albo pacjentów dotkniętych chorobą wrzodową żołądka lub dwunastnicy nie mówiąc już o migrenach. Tu jednak mamy do czynienia z dość zróżnicowanymi wzorcami reakcji na zmiany pogody – które zależą i od typu choroby, i od jej przebiegu, i od ogólnego stanu pacjenta, i wreszcie od rozmaitych czynników zewnętrznych.
Meteopatyczne efekty i objawy obserwowane w wypadku konkretnych schorzeń zostawmy zatem lekarzom, sami zaś przyjrzyjmy się sytuacjom, w których pogoda może mieć wpływ na samopoczucie również ludzi w pełni zdrowych.

Spadek ciśnienia atmosferycznego

Tu może się liczyć zarówno dość szybki spadek ciśnienia, jak też ukształtowanie się względnie trwałego układu niżowego. W tym pierwszym wypadku meteopaci zwykle odczuwają skutki obniżenia się ciśnienia, jeśli w ciągu doby obniżyło się ono o kilka (5-7) lub więcej hektopaskali. W tym drugim wtedy, gdy mamy do czynienia z ciśnieniem (tzw znormalizowanym lub zdegradowanym do poziomu morza) na poziomie 990 hPa lub jeszcze niższym. To już dość głęboki niż – rzecz jasna osoby szczególnie wrażliwe mogą odczuwać również skutki spadku ciśnienia nawet poniżej 1000 hektopaskali – zwłaszcza jeśli towarzyszy temu pochmurna aura.
Warto pamiętać, ze notowane w Polsce zmiany ciśnienia atmosferycznego mają relatywnie niewielkie zakresy – najniższe ciśnienie atmosferyczne w historii polskich pomiarów zarejestrowano jak dotąd 26 lutego 1989 roku w Szczecinie, kiedy odnotowano tam 965 hPa.
Tymczasem europejski rekord w kategorii układów niżowych to 912 hPa na Islandii 10 stycznia 1993 roku – było to w trakcie silnego orkanu. Tak niskie ciśnienie wiąże się z nieprzyjemnymi odczuciami u niemal każdego – nie tylko u meteo patów – szanse na doświadczenie aż tak głębokiego niżu w Polsce są jednak bardzo niskie.
W Polsce uważa się za normę ciśnienie atmosferyczne (znormalizowane) na poziomie 1013 hPa – dzieli je ledwie 48 jednostek od tego najniższego odnotowanego w historii kraju, nic więc dziwnego, że meteopaci mogą odczuwać nieprzyjemne skutki obniżania się ciśnienia o ledwie kilka hektopaskali. Ruch na poziomie kilkunastu hektopaskali - to już naprawdę spora zmiana.
Najczęstsze dolegliwości na które skarżą się meteopaci w związku z niskim ciśnieniem to ogólne uczucie zmęczenia, senność i kłopoty z koncentracją – zwłaszcza w wypadku wykonywania zadań mocniej angażujących nasz umysł. Może też pojawiać się ból głowy – zwłaszcza taki o ćmiącym charakterze. Osoby miewające problemy z zatokami mogą odczuwać skutki obniżenia się cisnienia w sposób szczególnie nieprzyjemny.
W trakcie niżu meteopacie nie zaszkodzi kawa lub mocna herbata a nawet któryś z lepszych napojów energetycznych (zwłaszcza, jeśli nie pozostaje nam nic innego niż zmusić się do wysiłku). Osoby regularnie doświadczające obniżenia samopoczucia w wyniku obniżenia ciśnienia mogą też sobie nieco pomóc suplementując magnez. Nie od rzeczy będą preparaty z żeń-szenia i miłorząbu japońskiego.

Wzrost ciśnienia atmosferycznego

Negatywne skutki wzrostu ciśnienia atmosferycznego są przez meteo patów odczuwane znacznie rzadziej niż przykre dolegliwości związane z jego spadkiem. Niemniej, gdy ciśnienie jest naprawdę wysokie i przekracza 1035 hPA, wówczas nieprzyjemne odczucia z tym związane mogą być doświadczane dość powszechnie. Tej zimy mieliśmy już przynajmniej dwie fale bardzo wysokiego ciśnienia atmosferycznego – pierwszą kilka tygodni a drugą kilka dni temu. W obu wypadkach meteorolodzy widzieli pewną szansę nawet na pobicie rekordu polskich pomiarów – odnotowano go w 1997roku w Suwałkach, ciśnienie wyniosło tam wtedy 1054 hPa.
Pod wpływem wysokiego ciśnienia atmosferycznego możemy czuć się mniej więcej tak, jakbyśmy przesadzili z kawą. Podwyższone tętno, podenerwowanie i stan napięcia, fizyczne wręcz uczucie „pulsowania” w skroniach czy węzłach chłonnych, stan opisywany jako uczucie „nadmiaru krwi w żyłach” bóle głowy – tym razem raczej o charakterze „ukłuć” lub „ucisku”. Dodatkowo mogą pojawić się kłopoty z zasypianiem czy wręcz objawy bezsseności. Możliwe są też kłopoty z sercem i układem krążenia – do tego stopnia, że w dni, w które notowano bardzo wysokie ciśnienie atmosferyczne, rośnie odsetek zawałów serca. Jeżeli więc odczuwamy jakiekolwiek poważniejsze objawy związane z funkcjonowaniem naszego układu krążenia, powinniśmy zgłosić się do lekarza – nie jest wykluczone, że w ten sposób wykryjemy nadciśnienie lub inne, niestety często zdecydowanie poważniejsze, schorzenia.
Nie ma zbyt wielu domowych sposobów na unikanie wpływu wysokiego ciśnienia atmosferycznego na nasz organizm. Oczywiście omijamy szerokim łukiem kawę i mocną herbatę i wszelkie inne podbudzające używki. Nie zaszkodzi natomiast napar z lipy czy melisy.

Spadek nasłonecznienia

To zjawisko i astronomiczne, i meteorologiczne zarazem. Astronomiczne, bo różnice w dobowym średnim czasie nasłonecznienia wynikają przede wszystkim ze zmiany kąta padania promieni słonecznych w trakcie rocznego obiegu Ziemi wokół słońca. Ale i pogodowe – bo efekty jesienno- zimowego skracania się dnia są dodatkowo potęgowane przez rosnące o tej porze roku zachmurzenie. Jedno i drugie razem sprawia, ze w grudniu i styczniu w Warszawie mamy średnio zaledwie 2,7-2,8 godzin słonecznych dziennie! To naprawdę bardzo, bardzo mało – w czerwcu i lipcu, czyli w najbardziej nasłonecznionych miesiącach roku mamy średnio aż 10,8-11 godzin słonecznych na dobę. Zimą natomiast nasza sytuacja, jeśli chodzi o kontakt ze słońcem, naprawdę niewiele się już różni od tej, której doświadczają mieszkańcy dalekiej Północy. O ile jednak kraje skandynawskie czy Finlandia mają całe programy społeczne i medyczne, których celem jest łagodzenie zdrowotnych skutków długotrwałej ciemności na organizmy obywateli, o tyle my nie
Tymczasem to właśnie niedostatek światła słonecznego może mieć naprawdę odczuwalny – przy tym zaś jednoznacznie szkodliwy – wpływ na nasz organizm. Konieczność przebywania w sztucznym świetle lub półmroku sprawia, że szybciej się męczymy – zarówno fizycznie, jak i psychicznie, obniża też wydajność naszego umysłu.
Może to być jeden z istotnych czynników w rozwoju zarówno zespołu chronicznego zmęczenia, jak i syndromu wypalenia zawodowego. Niedostatek światła słonecznego może też niestety znacząco przyspieszyć rozwój depresji – zarówno na początku choroby, jak i w trakcie jej trwania, zaostrzając jej stan.
Całkowicie serio zatem – od listopada do lutego warto korzystać z każdej możliwej okazji do przebywania na świetle słonecznym. Jeśli tylko pojawia się słońce starajmy się choćby pójść do pracy na piechotę – lepiej jednak zrobimy, jeśli jednocześnie przedłużymy spacer z psem i zadbamy w miejscu pracy o przerwę na powietrzu. Kiedy tylko to możliwe, starajmy się o zimowy weekend z dala od miasta albo choćby znajdźmy czas i siłę na kilkugodzinny spacer pod miastem. Niestety jednak w dotkniętej prawdziwą plagą smogu Polsce musimy brać pod uwagę i to zagrożenie – jeśli normy zanieczyszczenia powietrza są znacząco przekroczone, lepiej jednak zrobimy zostając w domu.
W łagodzeniu skutków niedostatku słońca pomaga też regularny sen po 7-8 godzin na dobę i dbanie o właściwy relaks. Jeśli mamy poczucie, że brak światła słonecznego naprawdę nas wykańcza, możemy też pomyśleć o lampie do światłoterapii – symulującej natężenie światła słonecznego. Jeśli nie chcemy ryzykować kilkusetzłotowego wydatku bez uprzedniego sprawdzenia, czy ma to na nas jakikolwiek pozytywny wpływ, możemy sobie zafundować wcześniejszy seans światłoterapii – koszt od 20 zł.

Fobie

Odpowiedź na pytanie, jak mocno wiąże się to zjawisko z meteopatią i czy jest jakąś jej formą musimy zostawić filozofom. Warto jednak przynajmniej wspomnieć, że istnieje kilka fobii bezpośrednio związanych z pogodą. Najczęściej występująca z nich to brontofobia – czyli lęk przed burzą. Owszem, burza to na tyle gwałtowne zjawisko atmosferyczne, że jest z nim związany wcale nie irracjonalny pakiet obaw. Ktoś, kto czuje się nieswojo, gdy w okolicy zaczyna grzmieć wcale jeszcze nie podlega brontofobii. Można o niej mówić dopiero wtedy, gdy lęk albo ma charakter paraliżujący, albo też determinuje podejmowanie irracjonalnych, sprzecznych z logiką i zdrowym rozsądkiem decyzji.
Dwie kolejne fobie związane z pogodą są już znacznie rzadsze od brontofobii – to blanchofobia, czyli lęk przed śniegiem, zwłaszcza na większych przestrzeniach i homichlofobia, czyli lęk przed mgłą.

***

Osoby, które stale doświadczają negatywnego wpływu zmian pogody na stan swojego samopoczucia mają pewne szanse na obniżenie poziomu swej pogodowej nadwrażliwości.
Z całą pewnością pomaga uprawianie sportu lub choćby względnie regularne podejmowanie aktywności fizycznych. Meteopatom najbardziej pomogą aktywności plenerowe - bieganie, rower, gry zespołowe. Każdy typ meteopatii może też być łagodzony przez zbalansowany tryb życia - na pierwszym planie jest tu regularny, trwający nie krócej niż 7 godzin na dobę sen.

FLESZ: Od 1 kwietnia do sklepu wejdziesz tylko w rękawiczkach

Wideo

Materiał oryginalny:

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie