MerkoTusk zamiast Merkozy? Zwycięstwo Hollande'a może wzmocnić Tuska

Redakcja
Komu powinni kibicować Polacy we francuskich wyborach prezydenckich? François Hollande'owi. Wprawdzie kandydat socjalistów jest powszechnie krytykowany w zachodniej prasie za nieracjonalne propozycje gospodarcze, ale - jak podkreślają polscy dyplomaci, z którymi rozmawiała "Polska" - jego zwycięstwo powinno podnieść znaczenie Polski na europejskiej arenie. - Ewentualne zwycięstwo Hollande'a nie musi być dla Polski złą wiadomością - mówi "Polsce" Jacek Protasiewicz, eurodeputowany PO, wiceprzewodniczący europarlamentu.

Gdyby François Hollande rzeczywiście wprowadził się do Pałacu Elizejskiego, Polska mogłaby na tym zyskać i awansować w unijnej hierarchii. Te zyski możemy uzyskać na dwa sposoby.

Po pierwsze, możliwe byłoby nowe otwarcie w stosunkach naszego kraju z Francją. - Nigdy nie mieliśmy dobrych relacji z Nicolasem Sarkozym. Natomiast Hollande będzie musiał szukać sojuszników, to powinno ułatwić rozmowy - przyznaje polski dyplomata znający kulisy europejskich negocjacji. Na pewno nowy francuski prezydent pierwszy telefon wykona do Berlina.

- To instynkt. Francusko-niemiecki motor tak długo napędzał Unię, że działa on niemal automatycznie - podkreśla Rafał Trzaskowski, eurodeputowany PO. Jednak wcale nie jest powiedziane, że Angela Merkel z radością ten telefon odbierze. Ona już wyraźnie poparła Sarkozy'ego w kampanii wyborczej, poza tym kategorycznie odrzuca jakąkolwiek możliwość renegocjacji paktu fiskalnego, co z kolei już (kilkukrotnie) zapowiedział Hollande.

- Spodziewamy się, że przynajmniej na początku relacje Merkel z Hollande'em nie będą się zazębiać - mówi dyplomata. Dotychczas relacje były tak bliskie, że przywództwo Merkel i Sarkozy'ego określano jako Merkozy.

I właśnie w tym miejscu pojawia się dla Polski szansa numer dwa. Skoro Merkel nie będzie mogła współpracować tak ściśle z Hollande'em, jak było to możliwe w przypadku Sarkozy'ego, to będzie musiała szukać innych koalicjantów. O tych w pogrążonej w kryzysie Europie trudno. Na placu pozostaje właściwie tylko dwóch w miarę silnych kandydatów: odbudowujące się pod kierownictwem Maria Montiego Włochy i Polska.

Taki scenariusz odrzucają socjaliści. - Bez względu na to, kto wygra wybory prezydenckie, Francja i Niemcy będą ze sobą współpracowały bardzo ściśle. Oba kraje są zbytnio od siebie uzależnione, żeby mogły zerwać istniejącą już teraz więź - przyznaje w rozmowie z "Polską" Jacques Attali, ekonomista, były doradca François Mitterranda, ostatniego socjalistycznego prezydenta Francji. - Nie ma alternatywy dla duetu Francji i Niemiec. Bez niego jesteśmy skazani na dezintegrację Unii - wtóruje Marek Siwiec, eurodeputowy SLD.

Jednak, jak wynika z informacji "Polski", nasza dyplomacja już prowadzi rozmowy z Berlinem o tym, w jaki sposób miałaby wyglądać współpraca rządów Angeli Merkel i Donalda Tuska. Oba gabinety łączy podobna filozofia myślenia o przełamaniu obecnego kryzysu, sprowadzająca się do ostrożnej polityki fiskalnej. Od dawna wiadomo też, że Merkel bardzo wysoko ocenia kwalifikacje polityczne Tuska.

- Tylko proszę się nie spodziewać, że Polska w naturalny sposób zastąpi Francję w roli motoru napędowego Unii. Nie jesteśmy w strefie euro i to automatycznie obniża nasze notowania - mówi prof. Artur Nowak-Far, europeista z SGH. Ale jak zapowiadał w exposé minister Radosław Sikorski, w 2015 r. nasz kraj będzie gotowy do wstąpienia do unii monetarnej. Nie można więc wykluczyć scenariusza, że po tym roku ton Europie zacznie nadawać duet Merkel i Tuska (ewentualnie wzmocniony premierem Włoch). Oczywiście, do tego potrzebne są wcześniejsze zwycięstwa w krajowych wyborach parlamentarnych. Ale zwycięstwo Hollande'a w wyborach prezydenckich może się stać fundamentem do stworzenia sojuszu, który będzie określany jako MerkoTusk.

Agaton Koziński

CZYTAJ TEŻ:
* Tusk: Merkel i Sarkozy przejęli ster UE. Nie można pozostawić im Europy
* W mediach zawrzało: Dlaczego Tusk pocałował Merkel w rękę?
* Palikot oskarża: Tusk jest zakładnikiem bycia w pierwszej lidze europejskiej
* Wielki strach przed Hollandem. Europejska prawica bojkotuje kandydata na prezydenta Francji

Wideo

Komentarze 15

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

l
lekarz bogdan sokołowski
psychiatria zbrodnią gorszą od holocaustu i katynia miliony ofiar psychotropów niszczą wszystkie organy lekarz bogdan sokolowski ogrodowa 16 nowy tomyśl 64-300 wybili mi całą rodzinę proszę internautów o interwencję organizacje i media milczą boją się tej sekty
k
kinsky
A po drugie; od kiedy to... podniesienie znaczenia Polski na europejskiej arenie... ma w ogóle coś wspólnego z osobą Donald Tusk & Co.? Natomiast z tym „Merkotusk” to żadna tam nowość, gdyż żadna myśląca osoba nie zna żadnej innej polityki Donald Tusk, czyli polityki własnej i samodzielnej. Tutaj można by rzec, chciałoby się odwrotnie, czyli „Tuskmerko”. Lecz i niestety, nigdy tak nie będzie, a bynajmniej pod wodzostwem Donald Tusk. Nadto, Frau Merkel do kierunku swojej polityki nie potrzebuje żadnego piątego koła do wozu, albowiem, doskonale radzi sobie sama! Nadto, jeśli François Hollande ma coś analogicznego z jakimś polskim politykiem - to wyłącznie tylko z Jarosław Kaczyński. Czyli zwycięstwo François Hollande - co obecnie jest tylko małą formalnością - to de facto niewątpliwa i wielka tragedia dla Donald Tusk, lecz nigdy na odwrót! Oczywiście, także i zwycięstwo dla Polski, ale tylko pod egidą Kaczyńskiego. A zresztą, na jesieni będzie i druga dobra wiadomość, bo w USA zwycięży polityk republikański Mitt Romney.
3
tusko-merk! HAHAHA!
e
elwer44
No to Holland też nie będzie chciał się spotkać z Tuskiem! Jeszcze jak przegra Merkel,Tusk będzie zmarginalizowany do roli trzecioligowca.
n
n
n
G
Grillowicz
Teraz nie tylko milczymy, lecz także sami prosimy prezydenta Merkel-Sarkozy´ego, aby wskazywał nam świetlaną przyszłość, którą mają podążać kraje Europy peryferyjnej, niezdolne do prowadzenia własnej polityki. Finansowym symbolem tego drenażu peryferii jest transfer finansów krajów uboższych na rzecz bogatszych.

Polski rząd poparł bez żadnych warunków i komentarzy transfer 6 mld euro z Polski na rzecz funduszu wspomagającego strefę euro poprzez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, na czele którego stoi Francuzka Christine Lagarde - była minister finansów w rządzie Sarkozy'.

Kraje posiadające waluty narodowe szybciej dostosowały się w UE do obecnego kryzysu niż kraje strefy euro. Dziesięć lat po powstaniu strefy euro państwa, które do niej nie przystąpiły, mają się lepiej w sferze finansów publicznych i samodzielnie szukają dróg wyjścia z kryzysu niż te, które przyjęły wspólną walutę. Nawet skrajnie uległy wobec Brukseli obecny rząd w Polsce zaprzestał mówienia o dacie wejścia Polski do strefy euro.

W samym tylko samorządzie miasta Warszawy rocznie wydaje się okrągły miliard złotych na armię urzędników. W skali całego państwa są to dziesiątki miliardów. W Unii Europejskiej jest niestety podobnie. Być może dlatego właśnie cały postpeerelowski aparat urzędniczy tak ochoczo popierał wejście Polski do UE. Postulatem jest więc redukcja aparatu urzędniczego i redukcja aktów legislacyjnych zaśmiecających prawo iduszących europejską gospodarkę.

System ekonomiczny oparty na nadmiernych regulacjach zabija wolność, a w dłuższej perspektywie bogactwo. Komunizm jest tego najbardziej smutnym przykładem. Poprzez chęć regulowania wszystkiego - od chwili kupna surowca, aż po zużycie gazów cieplarnianych w czasie jego obróbki - UE zaczyna coraz bardziej przypominać kraje starego sowieckiego Sojuzu.

Noblista Milton Friedman w 2000 roku przewidywał upadek strefy euro po 10 latach. Niewiele się pomylił. Polaków nie złamał komunizm, nie powinien więc złamać ideologiczny europeizm. Słowacy już dziś mają dosyć strefy euro. Niemcy żałują utraty swojej marki. Brytyjczycy będą bronić funta jak niepodległości. Przy obecnym kryzysie finansów europejskich dobrze już teraz przypomnieć, że naprawa finansów II RP zaczęła się od naprawy waluty i ustanowienia złotówki w 1924 roku.

Kryzys zadłużenia nie powstał dlatego, że ktoś okłamał niemieckich bankierów, ale dlatego że Europa skonstruowana jest na wielkiej nierównowadze handlowej. Problem Unii jest prosty. UE to strefa wolnego handlu, w której jedno państwo - Niemcy - jest drugim największym eksporterem na świecie, przez co zalewa pozostałe kraje swoimi produktami. To oznacza, że państwa wokół Niemiec nie mogą rozwijać się normalnie, bo zawsze będą miały negatywny bilans handlowy z nimi. Ta współzależność jest niemożliwa do powstrzymania. Strategią Niemców przez ostatnie dekady było zalanie Europy kredytem i pożyczkami, aby inne kraje mogły kupować niemieckie dobra.

Główni konstruktorzy Unii nie dostrzegli, że grozi jej rozkład nie tylko ze strony utopijnych koncepcji gospodarczych i administracyjnych, na skutek których dziś UE jest m.in. zadłużona na 10 bln euro i samych odsetek płaci rocznie 300 mld euro, ale przede wszystkim ze strony nihilizmu, ateizmu i amoralizmu.

Obecna Unia Europejska to po prostu Nowa Komuna, czyli odmiana tego, co Papież JPII nazywał "cywilizacją śmierci". Dobrobyt ma być przywilejem przynależności do Nowej Elity, czyli dla 10% społeczeństwa. Reszta ma być wyzyskiwana (teraz w granicach 1500 zł miesięcznie). Ci, którzy są "niepotrzebni" będą wegetować -- tak, żeby się jak najszybciej wynieśli na tamten świat.

W cywilizacji śmierci nie ma miejsca dla starców i dzieci nienarodzonych. Dlatego wznawia się stan wojenny przeciwko katolickiej młodzieży. Zakłada się, że wychowanie i nauczanie religijne jest bezużyteczne społecznie, a powinno być zastąpione ateizmem i amoralnością. Dzieciom i młodzieży sączy się coraz butniej, że należy się wstydzić wiary w Boga i polskości, wyśmiewa
G
Grillowicz
Docelowy kształt integracji europejskiej wyłaniał się z kolejnych traktatów europejskich, od Maastricht aż po Lizbonę, ale dopiero narzucenie krajom europejskim paktu fiskalnego przez Niemcy stało się kropką nad "i", po której już nic wyjaśniać nie trzeba.

Biedniejsze kraje Unii nie tylko nigdy nie nadgonią dystansu, jaki dzieli je od zamożnych, przede wszystkim Niemiec, ale z roku na rok będą zostawać coraz bardziej w tyle pod względem rozwoju gospodarczego i poziomu życia. Grecja, w której nieco przyspieszono ten program z powodu bankructwa, jest tego dobitnym dowodem.

Przywódcy, którzy będą pokornie wypełniać polecenia z Berlina, w nagrodę otrzymają fundusze europejskie, aby mieli czym karmić polityczne zaplecze i zapewnić sobie trwanie u władzy. Kto będzie się buntował, jak Węgrzy, nie zobaczy pieniędzy.

Permanentny kryzys systemu polityczno-urzędniczego o nazwie Unia Europejska przypomina walkę o przetrwanie, w której liczą się tylko najsilniejsi. Nikt już nawet nie protestuje, gdy najważniejsze decyzje są obecnie podejmowane w UE w nielegalnym (z punktu widzenia obowiązujących traktatów) trybie dwustronnych spotkań szefa państwa francuskiego i niemieckiej kanclerz. Unią nie rządzą już Herman Van Rompuy ani José Manuel Barroso. Unią rządzi "Merkozy".

W zamian za rosyjskie i chińskie wsparcie finansowe UE gotowa jest oddać część swojej niezależności ekonomicznej i energetycznej. Europejscy liderzy nie potrafią od dwóch lat wydobyć z zapaści finansowej małego państwa, jakim jest Grecja. Organizacja międzynarodowa o nazwie Unia Europejska jest najwyraźniej niezdolna do zarządzania obecnym kryzysem, nie potrafi nakreślić jakiejkolwiek konkretnej drogi i perspektywy czasowej wyjścia z tegoż kryzysu. Nie ma przecież żadnej mapy drogowej wychodzenia z zapaści finansowej, nie padają żadne terminy. UE działa doraźnie: od kryzysu do kryzysu.

Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy wbrew zapewnieniom przywódców UE obecnie wcale nie mamy do czynienia z kryzysem ogólnoświatowym. To nieprawda, że dotknął on całyą świat. Gospodarka większości krajów globu rozwija się dynamicznie. Jedynie przywódcy UE i USA od trzech lat bezsilnie załamują ręce nad "światowym kryzysem".

Były komisarz unijny Gźnter Verheugen obliczył, że firmy europejskie tracą każdego roku około 130 mld euro na sprawozdawczości przestrzegania przepisów unijnych, które są zbędne i można w każdej chwili je zlikwidować (wymiary krzywizny banana, kiedy należy zaliczyć skorupiaka do ryb itp.).

Podczas gdy w Chinach likwiduje się kolejne bariery dawnej komunistycznej gospodarki nakazowej, dzięki czemu wytwarza się coraz tańsze towary, w UE od wielu lat "produkuje się" nowe normy i przepisy, które zwiększają koszty produkcji.

Do znudzenia powtarzane hasło Tuska, że lekarstwem na kryzys będzie "więcej Europy", przypomina raczej zaklęcie politycznego szamana niż realistyczną wizję rozwiązania problemu.

Nowe kraje członkowskie są drenowane finansowo i politycznie. Polska nie miała praktycznie nic do powiedzenia w najważniejszych decyzjach UE, mimo formalnej rezydencji w Unii. Polski minister był wypraszany ze spotkań strefy euro, nawet jako obserwator.

W sprawie projektu budżetu UE oddaliśmy interes rolników zarówno polskich, jak i wschodnioeuropejskich bez najmniejszego sprzeciwu. Na koniec wreszcie polski minister poprosił w Berlinie niemiecką kanclerz, aby poprowadziła Unię w kierunku przez siebie wybranym.

Został wprowadzony w życie model zarysowany w 2001 roku przez prezydenta Jacques´a Chiraca dla Europy Wschodniej. Wówczas w Paryżu kazano nowym członkom NATO i przyszłym członkom UE milczeć i nie przegapiać okazji do milczenia.

Teraz nie tylko milczymy, lecz także sami prosimy prezydenta Merkel-Sarkozy´ego, aby wskazywał nam świetlaną przyszłość, którą mają podążać kraje Europy peryferyjnej, niezdolne do prowadzenia własnej polityki. Finansowym symbolem tego drenażu peryferii jest transfer finansów krajów u
n
n
n
D
Denys
Prawie pięć lat temu Donald Tusk podpisał zobowiązanie, że jego rząd podejmie rzeczywistą walkę z korupcją. Dzisiaj dowiadujemy się, że Komisja Europejska z powodu korupcji w polskim resorcie spraw wewnętrznych wstrzymała wypłatę 3,7 mld zł na informatyzację administracji.

Z protokołów NIK wynika, że w latach 2007-2010 nastąpiła prawdziwa katastrofa informatyczna w Polsce. Z 28 planowanych projektów działa tylko 5, a 23 projekty nie funkcjonują. Co gorsza, nie wiadomo, co robić, by zadziałały. Państwo pobiło rekord nieudolności.

Wynik raportu Najwyższej Izby Kontroli, która przeprowadziła audyt wdrażania e-administracji w latach 2007-2010 jest zatrważający: 2,5 mld zł miała w tym czasie kosztować informatyzacja polskiej administracji. Plan nie został wykonany, a w projektach nieskończonych, porzuconych i źle koordynowanych utopiono setki milionów złotych. Co gorsza, by te projekty ukończyć, trzeba będzie wydać z państwowej kasy 6 mld złotych.

W świetle tych faktów - przerażających - przyczyny powołania Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji są ewidentne: w ten biurokratyczno-administracyjny sposób próbuje się ukryć odpowiedzialność za katastrofę e-administracji przed urzędnikami z UE, którzy przyjadą do Polski skontrolować, na co właściwie wydano unijne pieniądze. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji to sztuczka biurokratów, którzy w ten sposób chcą uniemożliwić znalezienie odpowiedzialnych za największą klęskę cywilizacyjną rządów Tuska.

Przyczyny krachu e-administracji mają wspólny mianownik: są antypisowskie. Jeżeli wy z PiS tylko kontrolujecie urzędników, to my, tolerancyjni i postępowi z PO, zostawimy ich samych sobie. Jeżeli wasi wiceministrowie nadzorowali merytorycznie projekty informatyczne, a to był fakt powszechnie znany, to my robić tego nie będziemy, jak stwierdza wiceminister Drożdż. Taka postawa przyczyniła się do destrukcji informatycznej państwa w latach 2007-2011.
K
Kupa_Wojewucki
To jego "firmowa" POstawa w stosunku do zagranicy. Natomiast wersja "krajowa" to arogancki, zakłamany, krzykliwy pyszałek, co nic nie POtrafi POza oPOwiadaniem bredni o "szufladach", "zielonych wyspach", " Irlandiach" i tym POdobnych głuPOtach, serwując w zamian za to, mega drożyzną i "fachowców" z POziomu piaskownicy na ministerialnych stołkach ... A odesłanie POLSKICH obywateli w czasie wystapienia w POLSKIM SEJMIE na Kreml, dokładnie POkazuje, gdzie znajduje się jego głowa .... PO co nam taki premier ??? To jest właśnie "TO" kluczowe pytanie na które każdy powinien sobie sam odpowiedzieć...
S
Smolarek
a to wymaga jednak pewnego wzrostu poziomu życia. Jej efektem jest jednak stałe utrzymywanie się dystansu w rozwoju w porównaniu do krajów eksploatujących. Widać to m.in. w zarobkach pracowników. W Polsce pracownicy zarabiają nadal kilka razy mniej niż ludzie zatrudnieni w tych samych firmach, na tym samym stanowisku w krajach zachodnich, przy czym ceny wielu produktów są u nas nawet wyższe niż w krajach zachodnich, zwłaszcza towary luksusowe.

Średnio ok. 100 mld zł rocznie jest wyprowadzanych z Polski przez zagraniczne firmy działające w naszym kraju, to znaczy, że przez 21 lat nie zainwestowano tych pieniędzy w Polsce.

Kraje dzielą się na państwa uzależnione od innych i kraje, od których inne są zależne. Wiele mówi pod tym względem liczba zagranicznych banków w poszczególnych państwach. W Niemczech ten udział wynosi 5 procent, we Francji i Holandii - 10 proc., we Włoszech - 9 proc., w Danii - 19, a w Austrii - 21. Tymczasem całkowicie odwrotny jest ten stosunek w krajach postkomunistycznych.

W Albanii wynosi on 93 proc., w Czechach - 96 proc., na Węgrzech - 94 proc., a w Polsce - 88 procent. Nawet w Ameryce Południowej ten udział jest o wiele mniejszy, w Argentynie wynosi 25 proc., w Boliwii - 38 proc., a w Chile - 32 procent.

Warto też podać przykład innych państw rozwijających się. W Indiach np. zagraniczne banki mają 5-procentowy udział w rynku finansowym, w Turcji - 4, a w Chinach... 0 procent.

Są dwie najbardziej dochodowe dziedziny prowadzenia działalności gospodarczej: bankowość i wielki handel, określane jako "złote jabłka". Obie te dziedziny zostały w Polsce prawie całkowicie opanowane przez kapitał zagraniczny.

Podobnie na 100 największych przedsiębiorstw jest tylko 17 polskich. Bez radykalnej zmiany USTROJU możliwość dojścia w krajach eksploatowanych do poziomu życia w krajach eksploatujących, a takim są w stosunku do Polski przede wszystkim Niemcy, jest nierealna.
m
moher
Tuskowi i jego bandzie nic nie pomoze.Zobaczycie ilu Polaków bedzie na 11 listopada.Maja byc zorganizowane autobusy w ilości ok.20 tys co daje liczbę uczestników na ok. 800tys do miliona.Wtedy będziemy gotowi na konfrontacje z tą władza.Dla Tuska przygotowaliśmy Iatarnie przy powązkach!
S
Sokrates
nieźle, nieźle.
k
kaczy
Scripta publica probant se ipsa - Dokumenty urzędowe świadczą same za siebie (same z siebie są dowodami)
===========
-- kup "Nasz Dziennik" i zbieraj podpisy za TV TRWAM ! "Do triumfu zła potrzeba tylko aby dobrzy ludzie nic nie robili" - Edmund Burke
N
NorvidNH
Skutek będzie taki,że PEłO w całości wyląduje na śmietnikach Moskwy!
Ani Merkel ani Kozy czas na Polskę wolną od idiotycznej propagandy obcych zjadających chorych i emerytów.Niszczących młodych i skazujących ich na zsyłkę na zmywaki.
Dodaj ogłoszenie