Melt! Festival 2014. Mordercze upały w industrialnym Ferropolis

Monika Jagiełło
Widok na miasteczko festiwalowe Ferropolis Robert Winter
Melt! Festival to muzyczny brat amerykańskiego Burning Mana i Boom Festivalu w Portugalii. Odbywający się od 1997 r. w małym Gräfenhainichen niedaleko Dessau festiwal z początku był mekką elektroniki. Dziś łączy generowane przez setki laptopów brzmienia z bardziej gitarowym czy wprost popowym repertuarem. Wszystko toczy się przy pogodzie, która nie sprzyja niczemu innemu poza walką o cień. W tym roku warunki były wprost mordercze. Nie przeszkodziło to jednak 20 000 uczestników w zabawie.

Z malowniczym i wpół wymarłym Gräfenhainichen, Melt współdzieli chyba tylko kod pocztowy. Festiwal odbywa się bowiem w oddalonym o kilka kilometrów Mieście z Żelaza („Stadt aus Eisen“). Tak Niemcy nazywają Ferropolis - dawną kopalnię odkrywkową, dziś jedno z tzw. muzeów na otwartym powietrzu. Niezwykłe industrialne pamiątki swoich czasów znaczą historię kontynentu w ramach Europejskiego Szlaku Dziedzictwa Przemysłowego. Docierając na Melt!, „zaliczamy” jeden z ponad 850 punktów tego niezwykłego szlaku.

Bywalcy Melta na festiwalowym polu są od czwartkowego południa lub dłużej. Trzeba zająć dogodne miejsce na kempingu i zacząć imprezę. Nie zajrzeć na namiotowe pole to trochę jak ominąć fragment festiwalu. Niemcy, i coraz liczniej przybywający Duńczycy i Szwedzi lubią się bawić. Do części z nich można przypiąć ukutą przez Tobiasa Rappa łatkę „technoturystów”. Upał czy nie, ale wielu zakłada stroje rodem z balu przebierańców, wyciąga własny sprzęt grający, albo chociaż grilluje w pełnym makijażu. O ile posypywanie brokatem to jeszcze zwyczaj dobrze znany z berlińskiego klubu Bar25, o tyle ubranie się w pluszowy kombinezon krokodyla w 40-stopniowym upale to już coś co przekracza naszą wyobraźnię. O szczegóły nie pytamy. Tu każdy bawi się po swojemu.

- Pierwszy raz wybrałem się na Melta w 2005 r. Od tego czasu trochę się zmieniło. Wtedy widok ludzi "tankujących" piwo rurką z wielkiego kanistra na polu namiotowym raczej nie występował. Teraz publika trochę się zmieniła. Nadal jednak są to w większości przyjaźnie nastawieni ludzie - opowiada Philipp, jeden z festiwalowych wolontariuszy, który zdecydowanie technoturystą nie jest. Wolontariat Melta, który poznacie po czerwonych czerwonych koszulkach, to dobry sposób na poznanie nowych znajomych i ominięcie konieczności kupienia nietaniego biletu. W tym roku 3-dniowy karnet kosztował 135 euro.

Tegoroczny Melt! to w sumie 132 wykonawców występujących na 6 scenach. Sama lista wywołuje zawrót głowy i pozbawia złudzeń, że uda nam się zobaczyć wszystko, choć odległości od sceny do sceny są przystępne. Zresztą nie o to tutaj chodzi.

Dla kogoś, kto na Melt! Festival przyjeżdża po raz pierwszy i jest przyzwyczajony do bardziej gitarowych imprez, ilość tanecznej elektroniki może być trochę przytłaczająca. Nie jest to przytykiem do organizatorów. Trzeba im oddać sprawiedliwość: dobór wykonawców został przygotowany z wprawą i trudno się tu doszukiwać błędnych wyborów. Brakło jednak cięższego brzmienia. Takiego jakie wnosiły występy m.in. Swans w poprzednich latach. Ta edycja była mniej zróżnicowana muzycznie.

Ci, którzy dopłacili 10 euro mogli w czwartek wieczorem udać się na pre-party w Intro Stage. W namiocie ulokowano scenę, którą swoim patronatem objął zasłużony niemiecki magazyn Intro. Występy Parquet Courts, Little Dragon i Bonaparte były dobrym wstępem do nadchodzącego festiwalu. Część terenu pozostawała jeszcze zamknięta dla publiczności, ale miejsce już robiło wrażenie. Oczom ukazywały się już z daleka ogromne górnicze maszyny, podświetlane spektrum kolorów. W oknach niektórych widać było wizualizacje. Od wielkich dźwigów trudno było oderwać wzrok... Dźwigów, żurawi, maszyn?

- W poprzednich latach wizualizacje były bardziej efektowne. A poprawna nazwa maszyn to eimerkettenschwenkbagger - sprawdza Philipp. Słowo jest typową dla niemieckiego języka zbitką słów opisujących funkcję tych mechanicznych potworów: huśtawka, koparka, chochla... Poprzestajemy na użyciu w rozmowie zupełnie niepoprawnego, ale krótszego słowa. Wracając festiwalowym autobusem na kemping mijamy hangar, na którym wymalowano wielkie czarno-białe pomarszczone twarze tych, którzy jeszcze niedawno siadali za sterami owych maszyn.

Piątek na głównej scenie otworzył Izraelczyk Adi Ulmansky, który pojawił się w zastępstwo Chromeo (odwołali trasę). Jest godzina 17., co oznacza, że przed nami 10 godzin koncertów. Na uwagę zasłuży performerka Planningtorock, która po trzech latach wróciła z albumem "All Love's Legal". Dla garstki ludzi zagra z dużym oddaniem Gabi Delgado, filar legendarnego D.A.F. Tłumy zgromadzą pod Mainstage siostry Haim - choćby po to, żeby zobaczyć efektowne miny basistki. Este Haim dorobiła się już zagorzałych wielbicieli. Nie zawiedli się.

Wędrujemy od sceny do sceny. Na położonej nad sztucznym jeziorem Desperados Melt! Selektor Stage pojawiają się senegalscy przyjaciele Marka Ernestusa, grupa Jeri Jeri. Po przyjemnym dla ucha (i dla oka, w szczególności popisy tancerki), ale nieciekawym występie na scenę wychodzą Fuck Buttons. Szybko przenosimy się na Gemini Stage, gdzie swój set B2B mają Erol Alkan i Daniel Avery. Po drodze zahaczamy o jedną z gwiazd Melt!, SBTRKT. Jest nastrojowo i dość tłoczno, ruszamy dalej - na Big Wheel Stage. DJ-skie możliwości niemieckiego duetu ÂME znamy i chwalimy, ale czas musimy podzielić między norweskim duetem Röyksopp a Darrenem J. Cunninghamem, czyli Actress. Ci pierwsi właśnie są w trasie „Do It Again” z Robyn, którą rozpoczął występ na barcelońskim Sonar Festival. Norwegom towarzyszy też, zupełnie bez rozgłosu, młoda wokalistka Susanne Sundfør, która całkiem sprawnie radzi sobie w partiach Karin Dreijer Andersson. Pod sceną tłum.

Actress zabrał wszystkich w zupełnie inną, wyciszoną i refleksyjną przestrzeń. Niełatwy występ Anglika powinien był zadowolić najbardziej wysublimowaną część publiczności.

Darkside udało nam się podejrzeć jedynie przez szparę w namiocie. W dusznym do granic wytrzymałości Intro Tent był bowiem komplet i strażnicy mocno reglamentowali przepływ widzów. To co udało nam się zobaczyć brzmiało jednak fantastycznie. Nicolas Jaar i Dave Harrington to piekielnie zdolne dzieci elektroniki. Nie przeoczcie ich i dajcie się im zauroczyć.

Na pożegnanie wybraliśmy Recondite. Bawarczyk dał się nareszcie poznać szerszej publiczności dzięki wydanej przez Ghostly International płycie "Hinterland" (2013). Ci, którzy mimo zmęczenia dotrwali do setu Mai Jane Coles byli jednak zachwyceni.

Sobota była równie intensywna, a upał niszczycielski. Nie udało nam się zdążyć na Of Montreal - muzycy nie zagrali nawet godziny na scenie głównej. Islandzki FM Belfast jak zawsze urzekał niemal hipisowskim luzem, ale to Future Islands mieli stać się jednym z hitów tego dnia i całego festiwalu. Związane węzłem kontraktu z wytwórnią 4AD amerykańskie trio (na żywo wspomaga ich perkusista Michael Lowry) to fenomen, którego trzeba doświadczyć na żywo. - Synthpop z Henrym Rollinsem na wokalu - rzuca ktoś z naszej festiwalowej ekipy i niewiele się myli. Sceniczna energia wokalisty Samuela T. Herringa solidnym kopniakiem łamie schematy. Ten facet to fantastyczny tancerz, nieobliczalny wulkan energii i gardło, które płynnie przechodzi od śpiewu do ryku. Herring krzyczy "Fuck off! You're great!", a ty wiesz, że musisz tańczyć i nawet nie wiesz, kiedy zaczynasz się uśmiechać od ucha do ucha.

Sporo słuchaczy przyciągnął bywalec wszystkich niemieckich festiwali tego lata, popowo-folkowy duet Milky Chance. Niezbyt ciekawy koncert był okazją do odpoczynku przed intensywnym programem. Czekał na nas Panda Bear i towarzyszące jego występowi wizualizacje, które były zachętą do medytacji w oku chaosu. Z tego stanu należało się brutalnie wyrwać, jeśli chciało się zdążyć na koncert zespołu, do którego Polacy szczęścia nie mają: The Notwist.

Muzycy mieli zagrać w naszym kraju w 2009 r., podczas Cracow Screen Festival, ale imprezę odwołano. Co więcej, od czasu płyty "The Devil, You+Me" (2008) w obozie Markusa Achera i spółki w kwestii longplayów nastała właściwie cisza. Nieśpieszni Bawarczycy przypomnieli o sobie dopiero wiosną 2014 r. płytą "Close To The Glass". I ruszyli w objazdową trasę. Zobaczymy ich w końcu w Polsce, w ramach OFF Festivalu. Po występie na Melt! należy spodziewać się wszystkiego, co najlepsze. Fani niezniszczalnego albumu "Neon Golden" też będą zadowoleni.

Rozkład prowadził nas kolejno przez występy Kele, Four Tet i Kölscha (nie mylić z nazwą piwa z Kolonii). Ten ostatni to duński nabytek wytwórni Kompakt (kolońskiej zresztą), który ściągnął pod dedykowaną DJ-skim setom Big Wheel Stage prawdziwe tłumy. Zasłużona wytwórnia postawiła na DJ-a, który stał się jednym z bardziej popowych, żeby nie powiedzieć prostych twarzy Kompaktu. Kto nie stawił się na set wystarczająco wcześnie, a chciał przepchnąć się do przodu, musiał liczyć się z solidną blokadą w postaci łokci.

W obozie Metronomy, którzy zaanektowali Mainstage, właściwie bez zmian. Wszystko gładko, poprawnie, retro i z umiłowaniem do elegancji. To ostatnie łączy Anglików z zespołem, któremu oddali scenę, czyli WhoMadeWho. Kopenhaskie trio to dość "schizofreniczny" zespół. Ich płyty to taneczna elektronika. Tymczasem na koncertach Duńczycy dzierżą najbardziej klasyczne instrumentarium: gitarę, bas i perkusję, a wyglądem przypominają nieco... The Clash (zwróćcie uwagę na zakręcony niczym telefoniczny kabel od gitary basowej Tomasa Høffdinga, stary patent Brytyjczyków). Wydana w tym roku płyta "Dreams", piąty krążek w dyskografii Duńczyków, na żywo brzmi dużo bardziej dance punkowo, niż byście się spodziewali.

- Pamiętajcie, jeśli chcecie brać narkotyki, weźcie je tutaj, zamiast robić to gdzieś na zewnątrz! Bawcie się dobrze! - rzucili na do widzenia.

Nad brzegiem jeziora obserwujemy B2B Modeselektora i Patricka Pulsingera. Ciężkie techno wód jeziora nie porusza, ale nas na pewno. Trzeba jednak ruszyć dalej.

Kiedy dotarliśmy na set Jeffa Millsa, jednego z ojców techno i Underground Resistance, świt był coraz bliżej. DJ występował na Big Wheel Stage, nad którą kuratelę sprawował niezastąpione źródło informacji, portal Resident Advisor. Big Wheel była pokryta wizualizacjami jak ruchomymi tatuażami - tak przykuwającymi, że trudno było skupić wzrok na samym Millsie. On zresztą również nie czuł potrzeby wzrokowego kontaktu. Legenda techno zaserwowała minimalistyczny set, który sprawił że tonące w kurzu Ferropolis, z buchającymi ogniem kopalnianymi machinami, przypominało plan do filmu "Mad Max". Futurystyczny obrazek zostawiliśmy za sobą i udaliśmy się do namiotów, skąd i tak o 8. rano wygonił nas niemiłosierny upał.

Niedziela, ostatni dzień festiwalu trwał relatywnie krótko, bo do 2. w nocy. Ostatni dzień jest też najbardziej zróżnicowany, bardziej gitarowy. To pewnie dlatego niedziela jest jedynym dniem festiwalu, na który można kupić bilet dzienny.

Świetny koncert dali Jagwar Ma. Grupa wyszła na scenę o 19. To sporo za wcześnie jak na ich potencjał. Dla porównania, ich występ na Primavera Sound przypadał na późną noc.Tłum zwariował wówczas na ich punkcie. Gdyby na Melcie dostali późniejszą godzinę, z pewnością rozbujaliby większą publiczność.

Najlepsze godziny zarezerwowano jednak dla Sohn, Moderata i Portishead. Ten pierwszy skupił się na tworzeniu melancholijnych pejzaży… Warto było wyrwać się z objęć Brytyjczyka na rzecz Ryana Lotta czyli Son Lux, który zainstalował się w Intro Tent. Powykręcane dźwięki na przecięciu post-rocka i eksperymentów z hip-hopem zagrane są niesamowitą dawką emocji, nawet jeśli trudno nam nadążyć za ścieżkami umysłu Lotta.

Na trio Moderat - efekt „współpracy ponad podziałami” między Apparatem a Modeselektorem - czekały tłumy. Nie zawiedli się.

- Jestem pod ogromnym wrażeniem. Widziałam ich w tym roku w Poznaniu, gdzie zagrali ostatni koncert długiej europejskiej trasy. Było widać i słychać, że są zmęczeni. Na Melcie zagrali dla wiernej i zakochanej w nich publiczności. To przełożyło się na fenomenalny koncert. Myślę, ze nigdzie nie zobaczyłbym ich w takiej formie jak w Ferropolis - opowiada Adrianna, która jest na festiwalu po raz pierwszy. Na finiszu imprezy jest już solidnie wymęczona piekielnymi upałami.

"Polska frakcja" na Melt! Festival jest nieliczna, ale można ją skutecznie usłyszeć od czasu do czasu. Część jeździ tu od kilku lat i najczęściej nie jest im obcy clubbing w berlińskim wydaniu. Choć do niemieckiego Gräfenhainichen mamy dość blisko, to impreza w Ferropolis raczej nie jest popularna. Cena biletu to tylko jeden z powodów.

- Mam odczucie, że mało ludzi przyjeżdża tam dla muzycznych poszukiwań, inspiracji. Na ostrej elektronice rządzi narkotyczny taniec - dodaje Ada.

Pewnie dlatego takie zespoły jak Portishead organizatorzy zostawiają na ostatni dzień, a już w niedzielne południe widać odpływających z namiotowego pola uczestników festiwalu.

W czasie gdy Brytyjczycy serwują swój przybijający i piękny repertuar, a Beth Gibbons po raz kolejny sprawia wrażenie jakby miała rozpaść się na scenie na milion łez, Melt! wciąż tętni kilkoma niezależnymi od siebie pulsami. Tak właśnie tętni m.in. Sleepless Floor – scena, której należy się osobny akapit relacji.

Sleepless przylega do festiwalowego miasteczka, ale jest otwartą przestrzenią. Tu nikt nie sprawdza, czy masz ze sobą alkohol. DJ-ka przypomina zaś drewnianą oborę na klepisku, otoczoną krzakami. W tej oborze grają m.in. Timo Maas, Efdemin, Petar Dundov czy wielka Ellen Allien (która jest tu co roku). Sety zaczynają się o 7 rano i kończą 24 godziny później. Nie myślcie, że chętnych brak. Zdarzały się osoby, które nawet nie wymieniły swoich biletów na festiwalowe opaski. To Sleepless Floor był ich jedyną sceną na Melt!

Tymczasem, przychodzi moment pożegnania z Melt! Festival 2014. Na koniec przyglądamy się Bombay Bicycle Club i setowi Johna Talabota.

- Chodź, sprawdzimy czy spod sceny Selektora rusza rave patrol – tak Philipp nazywa ekipę, która co roku wyprasza ludzi z terenu festiwalu przy pomocy muzyki. Od 2. w nocy, wraz z zakończeniem ostatniego koncertu, ruszają w Ferropolis prace porządkowe. Niemcy nie marnują czasu. W tym roku jednak nie doczekaliśmy się muzycznego patrolu.

- Pamiętam, że raz publiczność „wyganiała” bałkańska orkiestra. Autobus pełen muzyków jechał przez teren festiwalu w stronę wyjścia, pociągając za sobą falę ludzi. To wyglądało jak wielka, roztańczona procesja – dowiaduje się później od Piotra, który na Melcie jest po raz szósty.

Zostawiamy na dobre za sobą industrialne wesołe miasteczko Ferropolis. Dumni, że upały nas nie powaliły. Melt! Festival to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju, choć niełatwe do przetrwania.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie