reklama

Mateusz Morawiecki: Powinniśmy dbać o polską myśl techniczną i wspierać polski biznes

Paweł SiennickiZaktualizowano 
Mateusz Morawiecki
Mateusz Morawiecki fot. archiwum
O tym, co to znaczy innowacyjność w biznesie, dlaczego potrzebujemy silnego państwa i skąd czerpać wzorce - mówi Mateusz Morawiecki, prezes Banku Zachodniego WBK.

Kto jest dla Pana autorytetem?
Nie sposób wskazać jednej tylko osoby. Historia naszego kraju jest wyjątkowo bogata w inspirujące postacie. Takie, jak choćby Stefan Bryła - genialny inżynier potrafiący wdrażać śmiałe innowacje stawiające Polskę na torach dynamicznego rozwoju. Czy Halina Konopacka, w latach pokoju zdobywająca sportowe laury w narodowych barwach, a w czasie wojny zdolna do perfekcyjnego odegrania nadzwyczajnej roli, jaką powierzył jej los. Dziś mam też zbiorowy autorytet - są nim polscy przedsiębiorcy potrafiący w najtrudniejszych warunkach, bez wsparcia, zacząć od zera i ciężką pracą, wytrwałością, zapobiegliwością osiągnąć sukces.

To nie są bohaterowie masowej publiczności.
Bez wątpienia nie są. A powinni, bo choć wielu Polaków często sobie tego nie uświadamia, właśnie rodzimym przedsiębiorcom mają sporo do zawdzięczenia. Realia transformacji ustrojowej były bardzo trudnym momentem startu. A potem też nie było łatwo. Proszę spojrzeć tylko na jeden aspekt: wchodząc do Unii Europejskiej, musieliśmy przyjąć kilkadziesiąt tysięcy różnych dyrektyw i rozporządzeń dotyczących przede wszystkim działalności gospodarczej. W banku czy większej firmie jest zawsze wielu prawników, całe zespoły świetnych fachowców, dzięki którym gąszcz regulacji nie tylko ich nie paraliżuje, ale czasem nawet im sprzyja. Większość małych i średnich firm takiego zaplecza nie ma i przez całe lata skazana jest na zmaganie się ze zmieniającymi się co chwilę warunkami. A jednak prowadzą te firmy, rozwijają, dają pracę ludziom. W ogromnej mierze to dzięki nim w wielu dziedzinach wspinamy się na coraz wyższe piętra rozwoju.

I gdzie dziś jesteśmy?
Z jednej strony, nie byliśmy ani republiką bananową, ani krajem spowitym korupcją w skali znanej z Bułgarii czy Rumunii. Dziś ciągle jednak jesteśmy dość daleko od realiów krajów wysokorozwiniętych. I ciągle jesteśmy jakby rozpięci między standardami świata, do którego aspirujemy, a tym, co zostawiamy za sobą.

Dlaczego?

Po pierwsze, za mało poszukujemy naszej własnej drogi rozwoju. Nie da się dokładnie skopiować rozwiązań i systemu prawno-gospodarczego krajów dziś najbardziej rozwiniętych z czasów, kiedy one rozwijały się w tempie 8-10 procent rocznie. Tak jak nie możemy skopiować rozwiązań chińskich z ostatnich dwóch dekad, kiedy Chiny rozwijały się w tempie 10-12 procent. Musimy przede wszystkim dostrzegać wyzwania i realia najbliższych 10 lat i tworzyć naszą strategię rozwoju. Konsensus społeczny wokół kluczowych spraw, polska solidarność, dbałość o dobro wspólne - to wyjątkowe polskie doświadczenia, które mogą być naszą dźwignią.

A po drugie?
Po drugie, nieco w kontrapunkcie do tego, co powiedziałem, trochę zbyt rzadko wdrażamy rozwiązania nowoczesne i sprawdzone. W biznesie nazywamy to benchmarkami. Co robimy w banku czy w innych komercyjnych firmach, kiedy coś nie domaga? Stawiamy sobie cel dostosowania naszych procesów do najlepszych praktyk. Jak nie wiemy, jak coś zrobić, zapraszamy konsultanta, który przynosi nam najlepsze rozwiązania z całego świata. To jest właśnie usprawnianie procesów. To prawda, że państwo jest machiną o wiele bardziej skomplikowaną od największego nawet przedsiębiorstwa, ale warto próbować podobne mechanizmy wdrażać, oczywiście w odpowiedniej skali. Jeśli coś dobrze działa w Korei czy Singapurze, dlaczego tego w prosty sposób nie wykorzystać? Nie musimy wyważać otwartych drzwi.

Tylko to są zupełnie inne realia, Singapur czy Korea nie są członkami Unii Europejskiej
To proszę bardzo: Dania, Niemcy, Austria, Szwecja. Możemy adaptować rozwiązania, które tam zastosowano. I raz jeszcze wrócę też do pierwszej myśli: prócz usprawniania procesów wzorem najlepszych powinniśmy dbać o polską myśl techniczną i ją stosować, wspierać polskie biznesy z ich dzisiejszymi problemami i szukać rozwiązań najbardziej odpowiednich dla nas. Teraz ja zamienię się w dziennikarza. Proszę mi powiedzieć, co jest dziś największym problemem Polski?

Może bezrobocie wśród młodych ludzi.
Dobrze. W tym obszarze naszą bolączką było i jest zlikwidowanie szkół zawodowych i technicznych. Bo młodzi ludzie, którzy opuszczają szkoły ogólnokształcące, nie potrafią się odnaleźć na rynku pracy. Z prostego powodu - nie mają dodatkowych, rzeczywistych kwalifikacji. Warto więc, żebyśmy skorzystali z austriacko-niemieckiego modelu staży i praktyk. Polega on na tworzeniu warunków do wchłaniania absolwentów do firm na staże i praktyki. Do tego potrzebne są tylko dodatkowe impulsy dla firm. Wcale nie jest to takie drogie, nie potrzeba na to miliardów.

To teraz ja mówię: sprawdzam. Pan to robi ?
Tak. Mamy specjalny program dla stażystów. Budujemy też koalicję dużych firm, która będzie w stanie zaoferować staże dla dziesiątek, a może setek absolwentów. Zaczynamy od Wielkiej Brytanii, gdzie wyjechało kilkaset tysięcy młodych, zdolnych Polaków, wielu z nich studiuje. Zdobywają unikatowe doświadczenia, mają twarde kompetencje z Oksfordu czy Cambridge. Ale też ocierają się o instytucje państwa brytyjskiego, które jest bardzo dobrze zorganizowane, czyli obrastają miękkimi kompetencjami.

Bo tam trawnik ma 400 lat.
Właśnie tak! Dlatego chcemy wyjść tym ludziom naprzeciw, przygotowujemy dla nich program staży. Chcemy im dać możliwość "rozejrzenia się" w kraju, ale nie obiecujemy zatrudnienia.

Tylko że dziś polscy absolwenci pracują jako sprzedawcy w galeriach handlowych
My chcemy im pokazać możliwości, ale nic nie będziemy podawać na tacy. Jestem pewien, że wielu zobaczy w naszym projekcie wartość i szansę dla siebie. Ale muszą też wziąć sprawę we własne ręce. Muszą starać się sami zakotwiczyć na trwałe w polskich instytucjach lub przedsiębiorstwach. Z tego, co się orientuję, polskie MSZ przypatruje się rozwiązaniom koreańskim. Tamtejsi studenci, którzy zdobywają wiedzę na uniwersytetach na całym świecie, po studiach dostają możliwość pracy w firmach, które eksportują do tych krajów, w których oni studiowali. Jeśli młody Koreańczyk skończył studia w Chinach i zatrudnia się w koreańskiej firmie eksportującej właśnie do Państwa Środka, to połowę jego wynagrodzenia pokrywa państwo, a połowę pracodawca. On sam, mając kilkuletnie doświadczenie z życia w Chinach, wnosi do takiej firmy olbrzymią wartość dodaną. Bo wie, którymi ścieżkami się poruszać.
Pan jest pozytywistą?
Jestem pozytywistą z romantycznymi marzeniami. Trzeba mieć marzenia.

Jakie?
Trzeba marzyć o silnym, nowoczesnym, zasobnym kraju, bo mamy wielkie szczęście, że budujemy wolną, niepodległą Polskę w sposób pokojowy. Czasem to ciernista droga, ale i tak dużo prostsza niż odzyskiwanie niepodległości. Zbyt łatwo zapominamy, że niepodległe państwo jest kluczowym instrumentem dbania o swoje własne interesy. Widzimy to dziś wyraźnie na przykładzie Ukrainy.

Biznes w Polsce to jest cały czas ciernista droga?
Czasem zżymam się na różne występujące w naszym kraju bariery. Bardzo chciałbym, żeby system prawny był prostszy, żeby obowiązywała zasada, że jeśli coś nie jest zabronione, to jest dozwolone. Jak już pan wie, lubię podpatrywać dobre rozwiązania. I np. taką dobrą zasadę wprowadził kilka lat temu brytyjski premier David Cameron. Jeśli państwo wprowadza jakiś nowy przepis, to jednocześnie rezygnuje z jakiegoś innego przepisu czy nakazu. To właśnie jest praca nad usprawnianiem systemu. To jest sposób na to, by powstające regulacje służyły aktywności, a nie ją paraliżowały.

Tym dzisiaj jest dla Pana patriotyzm? Usprawnianiem państwa?
W zasadniczej mierze tak. Musimy budować silne państwo, z dobrą infrastrukturą, silną armią, która jest gwarantem bezpieczeństwa. Polska jest krajem frontowym, dlatego musimy mieć stabilny system finansowy i energetyczny. Tylko państwo silne, dobrze zorganizowane jest dziś bezpieczne. Ale to nie wszystko. Trzeba też dbać o kulturę, pamięć, o rzetelne przedstawienie dziejów naszego kraju. Być może ten milion ludzi wyjechał z kraju również dlatego, że nie znał prawdziwej polskiej historii, nie znał jej dorobku, a przez to - nie odczuwał dumy z Polski.

Pewnie głównym ich motywem były powody ekonomiczne
Oczywiście, ale też może wyjechałoby ich mniej, gdyby rodzinny kraj był przedmiotem najwyższego szacunku i dumy. Z pierwszego wykształcenia jestem historykiem, dość dużo wiem o polskiej przeszłości. Myślę, że mamy najpiękniejszą historię, która o ile tylko będzie odpowiednio przedstawiana - może bardzo pozytywnie wpływać na naszą teraźniejszość. Uwielbiam historię gospodarczą, która jest pełna godnych uwagi analogii, inspiracji, benchmarków właśnie. Jest ona wielkim skarbcem praktycznej wiedzy, doświadczeń, które możemy podpatrywać. Stanowi zarazem wielki katalog błędów, dzięki któremu powtórzenia wielu z nich można uniknąć.

I jakie analogie dla Polski znajduje Pan w historii gospodarczej?
Jesteśmy na zakręcie, bo grozi nam pułapka średniego rozwoju. Chodzi o to, że koszty pracy są już zbyt wysokie, aby konkurować z Chinami, ale wciąż za niskie, żeby wewnętrzny popyt był kołem napędowym całej gospodarki. I to jest pułapka, krytyczny zakręt. Popatrzmy więc na te kraje, którym udało się ten zakręt pokonać. Takie jak Hiszpania, Korea czy Finlandia oraz na te, które z tej drogi wyleciały, czyli na Grecję, Portugalię, Argentynę. Historia gospodarcza podpowiada, jakie nadal skuteczne rozwiązania zostały tam zastosowane 10, 20, 30 lat temu i jakie przyniosły rezultaty.

To jest kopiowanie.
Dla mnie to jest nauka na błędach i sukcesach właśnie w oparciu o historię gospodarczą. Proszę spojrzeć na I Rzeczpospolitą. Byliśmy spichlerzem Europy, ba, byliśmy dumni z tego. Tylko okazało się to ślepą uliczką. Bo produkowaliśmy żywność, a to jest ta wytwórczość, z którą wiąże się najniższa wartość dodana. Produkcja ta lokuje się na najniższym szczeblu drabiny dóbr i usług o wysokiej wartości dodanej. Wymaga ogromnego wysiłku, jest pracochłonna, ale marża, mówiąc dzisiejszym językiem biznesowym, także wówczas była niska. Przez jakieś sto lat nam się to świetnie udawało, bo wtedy procesy historyczne zachodziły wolniej niż dziś. Finalnie okazało się jednak błędem i gospodarczym, i ustrojowym.

Dziś, będąc potentatem w eksporcie żywności, popełniamy takie same błędy?
Bardzo cieszę się z tego, że eksportujemy tak dużo żywności, ale wielkim wyzwaniem i obowiązkiem w polityce gospodarczej jest wdrapanie się wyżej na drabinie produktów, do tych bardziej zaawansowanych. Na obecnym paliwie pojedziemy jeszcze jakiś czas, ale jest bardzo ważne, aby zadbać o "paliwo przyszłości".

Jak można to osiągnąć?
Państwo ma wiele instrumentów oddziaływania na inwestorów. Choćby poprzez specjalne strefy ekonomiczne. Hiszpania, Irlandia czy Izrael dziś są zaawansowane technologicznie, ale 20-30 lat temu w porównaniu do najbardziej rozwiniętych krajów świata, były krajami niezbyt rozwiniętymi gospodarczo. Tam stworzono odpowiednie zachęty dla inwestorów, którzy wchodzili nie tylko z kapitałem, ale także z wysoką technologią.
Mamy dzielić inwestorów na lepszych i gorszych?
Nie, nic z tych rzeczy. Każdy inwestor jest bardzo pożądany, ale wartość dodana z jego kapitału może być bardzo różna.

Nie rozumiem.
Inna jest wartość dodana z pieniędzy, jakie u nas inwestuje wielka sieć supermarketów, a inna jest wartość dodana z fabryki Sikorsky, która buduje silniki i projektuje śmigła do śmigłowców w polskiej dolinie lotniczej. Tam pracują setki polskich inżynierów, projektantów, konstruktorów, to są bardzo wysoko zaawansowane technologie. W gospodarce znane jest zjawisko kręgów na wodzie. Rzucał pan kiedyś kamieniem do jeziora, prawda?

Tak.
I te kręgi, które tworzą się na jeziorze, to są kolejne korzyści dla nas - bo jakaś polska firma kooperuje z daną fabryką, z nią współpracuje kolejna. W ten sposób rozchodzą się kolejne korzyści dla polskiej gospodarki. Niech wielu inwestorów w Polsce dostanie ulgi podatkowe czy granty na zatrudnienie. Jednak tym, którzy są dla nas szczególnie cenni - bo zatrudniają naszych fachowców, zostawiają swoją wiedzę, technologię, bo umożliwiają naszym mniejszym firmom uczyć się poprzez osmozę - powinniśmy dawać szczególne preferencje i umieć je odróżniać od innych.

No tak, ale na razie przez lata sami nie potrafimy sobie poradzić z uruchomieniem produkcji grafenu, więc może nie mamy szans na cokolwiek większego od montowni.
Dobry przykład. Piętą achillesową polskiej gospodarki jest niski poziom współpracy między biznesem a nauką. Nie ma odpowiednich trybów, mechanizmów podatkowych ułatwiających taką współpracę. A przecież wystarczyłoby stworzyć system szybszej amortyzacji wydatków na taki nowoczesny projekt, który też obarczony jest większym ryzykiem.

Teraz słyszymy, że na takie innowacyjne projekty mają być głównie przeznaczone środki z Unii Europejskiej w ramach ostatniej transzy pomocy, jaką ma dostać Polska.
Po pierwsze, to nie będzie ostatnia transza. Nawet będąc znacznie bogatszym krajem niż dziś, również będziemy otrzymywać środki z Unii, o ile oczywiście nie wydarzy się coś nieprzewidzianego.

Dobrze, że główny akcent w wykorzystaniu tych środków ma być położony na innowacyjność?
Prowokacyjnie powiem, że słowo "innowacyjność" jest nadużywane. Potrzebujemy raczej ciągłego usprawniania procesów, produkcji, dostarczania dóbr i usług na rynek.

To też jest innowacyjność.
Tak, często to jest innowacyjność. Ale innowacyjność zbyt często jest kojarzona wyłącznie z wynalazkami. Presja, że mamy wciąż wynajdywać jakiś kolejny nowy grafen. To jest błędne myślenie. Innowacyjność to nie jest hasło "grafen na każdym rogu". Dla setek tysięcy polskich przedsiębiorstw i uczelni ważniejsza jest wzajemna integracja, usprawnianie tego, nad czym pracują. Ważniejsza jest sprawna współpraca z rodzimymi uczelniami. Trzeba zmniejszać koszty poprzez technologiczne zaawansowanie. To się wiążę z innowacyjnością, ale taką przez małe "i".

Gdybym był teraz złotą rybką dla polskiej gospodarki, jakie miałby Pan do mnie trzy życzenia?
O pierwszym życzeniu właśnie rozmawialiśmy. Lepsza współpraca między światem nauki a biznesem, z wykorzystaniem unijnych środków. Sama nauka powinna poddać się profesjonalizacji, jaką przeszedł polski biznes. Polska w 1989 roku nie przeżyła wielkiej rewolucji. Mieliśmy szczęście, mieliśmy transformację systemu bez jednego wystrzału. Ale z tym brakiem rewolucji wiąże się też to, że są sfery w Polsce, które zostały zmienione w niewielkim stopniu. Bez wchodzenia za głęboko w ten grząski teren można wspomnieć np. sądownictwo i naukę. W nauce silne lobby profesorskie utrzymywało takie status quo, które nie naruszało ich wpływów.

To drugie życzenie dla rybki.
Dobra infrastruktura kolejowa. Proszę zauważyć, że Polska jest krajem równinnym, bez wielkich przeszkód wodnych. Do komunikacji krajowej w ogóle nie potrzebujemy transportu lotniczego. Ale bardzo potrzebujemy dobrego transportu kolejowego. Nawet nie TGV czy Pendolino, które mkną z prędkością 300 kilometrów na godzinę. Wystarczą połączenia, w których prędkość byłaby choćby dwukrotnie mniejsza. Ale i tak wystarczyłaby, żeby z Warszawy do Gdańska dojechać w dwie godziny, a z Poznania do Wrocławia w godzinę. To nie są nierealne marzenia. W Hiszpanii, która 15 lat temu była na naszym poziomie rozwoju, taką infrastrukturę kolejową rozwinięto w ciągu 10 lat. Zrobiono to w kraju górzystym, w warunkach do budowy znacznie trudniejszych. Realizacja tego życzenia przyniosłaby też znaczne obniżenie bezrobocia i zwiększenie mobilności pracy.

Trzecie życzenie?
Demograficzne. Musimy wypracować skuteczne rozwiązania, aby odwrócić obecny trend demograficzny. Dziś może tego nie dostrzegamy, ale bardzo obawiam się tego, co będzie za 10 lat.

I co będzie, jeśli te życzenia zostaną spełnione?
Jest jeszcze jeden warunek: musimy więcej wydawać na inwestycje. Trzeba zmienić priorytety. Chiny przez lata inwestowały 50 procent swojego PKB, a my 20 procent. 50 procent to pewnie nawet za dużo, ale 30 procent Niemiec, Francji, Japonii i Korei w dekadach, kiedy się najmocniej rozwijały, byłoby dobrym punktem odniesienia dla nas. Rozumiem, że musieliśmy odreagować ciężkie czasy, ale teraz jesteśmy zbyt konsumpcyjni. Dziś dużo bardziej potrzebujemy inwestycji. Trzeba wykonać ogromną pracę uświadomienia społeczeństwu, że przez jakiś czas warto zacisnąć pasa, bo później będzie to wynagrodzone osiągniętym wzrostem. I wtedy naprawdę możemy być na poziomie najbardziej rozwiniętych krajów świata.

Rząd robi poduszkę na ewentualne spowolnienie gospodarcze

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie