Martyna Wojciechowska: Kobieta z misją. Możliwą

Anna J. Dudek
Klucz do poprawy sytuacji na świecie leży w edukacji, zwłaszcza w edukacji kobiet - mówi Wojciechowska
Klucz do poprawy sytuacji na świecie leży w edukacji, zwłaszcza w edukacji kobiet - mówi Wojciechowska Piotr Jasiczek/Polskapresse Głos Wielkopolski
O tym, dlaczego warto słuchać, o czym warto mówić głośno i o fundamentalnych zmianach w życiu dziennikarka, pisarka i podróżniczka Martyna Wojciechowska opowiada Annie J. Dudek

Właśnie wróciła Pani z ….?
(śmiech) Teraz akurat to była mało egzotyczna wyprawa, jak na mnie. Realizowałam odcinek o jednej z najlepszych na świecie tancerek flamenco i byłam w Hiszpanii. Czuję, że Panią rozczarowałam. (śmiech)

Pani styl życia dla jednych jest inspirujący, inni jednak go krytykują.
Sama wybrałam sobie taki styl życia i bycia - który oczywiście może być i bywa krytykowany przez wiele osób. Jednak zupełnie niechcący, bo nigdy nie uzurpowałam sobie takiego prawa, ale jednak stałam się w pewnym sensie reprezentantką współczesnych kobiet. Myślę, że w jakimś tam stopniu jestem kobietą nowoczesną, która stara się, choć z trudem, pogodzić rolę matki, kobiety pracującej, spełniającej się w różnych hobby i takiej, której ciągle wydaje się, że próbuje dogonić wczorajszy dzień. Mam wrażenie, że stało się to trochę przez przypadek, ale okazuje się, że jest wiele osób w Polsce, które to doceniają. Oczywiście niemal każda z nas boryka się z takimi problemami, ale tak się składa, że publicznie nie każda z nas może albo ma odwagę o tym mówić. Dostaję wiele listów i mejli od kobiet, które dziękują mi za mówienie o problemach dotyczących nas wszystkich.

To pewien paradoks, bo przez wiele lat zajmowała się Pani tematyką stricte "męską" - motoryzacją, sportami ekstremalnymi…
Zajmowałam się tematyką bardzo męską, potem urodziłam dziecko, dojrzałam i… sama zupełnie inaczej spojrzałam na problemy kobiet i ich sytuację. Stałam się więc nawróconą orędowniczką kobiet.

To był właśnie ten moment, narodziny córki?
Urodzenie dziecka uświadomiło mi przede wszystkim jak inaczej, zupełnie nagle, jestem postrzegana. Do momentu kiedy nie zostałam matką właściwie robiłam to, co chciałam - latałam po świecie i realizowałam swoje pasje, ale jakoś było na to ogólne przyzwolenie. Ludzie może myśleli, że ta Martyna trochę dziwna, ale nikt chyba nie postrzegał mnie w kategoriach "męskich" czy "damskich". Natomiast pierwsza wyprawa, którą zorganizowałam po urodzeniu dziecka spotkała się z ogromną krytyką właśnie ze strony kobiet. To znaczy, że postrzeganie mojej osoby uległo kompletnej zmianie, więc i ja odczułam potrzebę przedefiniowania siebie. Okazało się, że nie jestem tylko sobą, Martyną Wojciechowską, tylko na pierwszym miejscu mamą Marysi.

Kobiety na całym świecie, niezależnie od szerokości geograficznej, mają podobne problemy. Możemy się od siebie wiele nauczyć

To Panią denerwowało?
Raczej zabolało. Sądziłam, że działam na rzecz wszystkich kobiet, a część z nich chciała mnie zlinczować. Po prostu uważam, że po pierwsze każda z nas ma prawo do własnego życia, nawet, jeśli jest matką. Po drugie - starałam się, i ciągle się staram, zachować równowagę, co jest bardzo trudne - zawsze mam wrażenie, że zawalam albo pracę, albo macierzyństwo. Nie wierzę, że komuś to przychodzi tak po prostu, bez wysiłku. I takie są realia życia większości współczesnych, polskich kobiet.
Mówimy o roli kobiety jako matki, zapytam więc, co Pani sądzi o wypowiedzi profesora Mikołejki o "dzikich wózkowych". Podobnie jak Panią, profesora za trzeźwe spojrzenie i nieortodoksyjne podejście do otaczanego w Polsce bałwochwalczą czcią macierzyńska, spotkała potężna fala krytyki. Starała się Pani z tym walczyć, tłumaczyć ludziom?
Nie. Po prostu robię swoje. Zawsze miałam wrażenie i przekonanie, że najlepiej iść swoją drogą. Sama też nigdy nie miałam pokusy, żeby krytykować innych. Uważam, że nie istnieje coś takiego jak norma - tego właśnie nauczyły mnie podróże i realizacja programu "Kobieta na krańcu świata". Dla nas jest normą, że jest mama, tata i dziecko. A ja bywam w domach, gdzie normą są cztery mamy, jeden tata i dziesięcioro dzieci.

Gdzie na przykład?
W zasadzie w całej Afryce obowiązuje wielożeństwo. Tam mężczyźni maja wiele żon, które kupują za krowy, gotówkę albo mercedesy. Byłam też w miejscach, gdzie normą jest jedna mama i czterech ojców, przy czym dzieci nie wiedzą, który z nich jest ich biologicznym ojcem, więc do wszystkich mówią "tato". Tak na przykład żyją plemiona tybetańskie, nepalskie. W wielu miejscach na świecie istnieje poligamia w różnych odsłonach: poligynia, poliandria czyli wielomęstwo. Jest i taki układ, że jest kilka żon i kilku mężów. Co więc jest normą?

Prawdziwe stare porzekadło, że podróże kształcą.
Gdyby nasi politycy zaczęli podróżować, zobaczyliby, że świat jest naprawdę różnorodny. Może wtedy przestaliby się wszystkiemu tak dziwić. W dzisiejszym świecie nie ma sensu kurczowo trzymać się ściśle określonych "norm". Wracając do pytania, to poczułam się w pewnym stopniu dotknięta i zraniona przez kobiety, w których imieniu też przecież występowałam. Tak, zostałam matką i może wszyscy oczekiwali, że przestanę żyć swoim życiem, a tak się nie stało. Dużo się oczywiście zmieniło, nie wspinam się już na ośmiotysięczniki, nie ryzykuję życiem, stałam się o wiele bardziej rozważna. Ale nie zamierzam rezygnować ze swoich pasji.

Wynika z tego, że jesteśmy zaściankowi, ograniczeni przez swoje wyobrażenia na temat świata i siebie samych, a do tego baby są po prostu wredne.
Różne. Suma summarum poznałam więcej fajnych bab niż facetów, więc zdecydowanie opowiadam się po stronie babskiej. Myślę, że ta krytyka, o której rozmawiałyśmy, wynikała ze zdziwienia, że ktoś robi coś inaczej niż większość. Ale w ciągu ostatnich pięciu lat widzę dużą zmianę. Inne są też moje rozmowy z kobietami, które są znacznie bardziej otwarte i nie mówią, że źle robię, że gdzieś jadę, ale raczej dziękują mi za to. Mówią, że to sprawiło, że same zaczęły się zastanawiać, że może one jednak też zasługują na swoje życie. Bo zasługują.

Czyli opłaciło się.
Nie postrzegam tego w kategoriach "opłacalności", po prostu myślę, że ciągle jest dużo do zrobienia. Idę na wywiad z poważnym dziennikarzem w poważnej sprawie dajmy na to naukowej, bo tym się zajmuję na co dzień w National Geographic jako redaktor naczelna, a on nagle pyta mnie w programie na żywo, kto zostaje z moim dzieckiem, jak ja tak sobie jeżdżę po świecie. Zawsze mam ochotę zapytać, czy takie pytanie by padło, gdyby na moim miejscu siedział podróżnik, polityk czy pisarz. Mężczyzna.
Nie.
Oczywiście, że nie. Mężczyznom się takich pytań nie zadaje. A dlaczego? Pytam moich przyjaciół, mężczyzn, którzy tak jak ja jeżdżą po świecie, czy ktoś im zadaje tego typu pytania. I okazuje się, że nie.

A jednak powiedziała Pani kiedyś, że nie nazwałaby siebie feministką.
Jestem feministką zmodyfikowaną. Pamiętam występ Kazi Szczuki całującej w rękę mężczyznę, który wcześniej ją cmoknął w dłoń. Ja jestem absolutnie łasa na otwieranie mi drzwi i całowanie mnie w rękę. Jeśli natomiast chodzi o mój styl bycia i postępowania, to jestem na wskroś feministką.

Powiedziała Pani na początku, że skupiamy się na naszych problemach. Czy jest jednak jakiś wspólny mianownik dla tych kobiecych problemów, z którymi zmagamy się wszystkie?
Niezależnie od szerokości geograficznej, kobiety na całym świecie wiele łączy, między innymi też błahe sprawy, codzienne drobnostki. Wszystkie dbamy o to, żeby dobrze wyglądać, choć w jednym miejscu atrakcyjna jest kobieta z wydłużoną nienaturalnie szyją, w innym osoba z całym ciałem pokrytym tatuażami i zębami spiłowanymi w trójkąty, zaś Europejki najwyraźniej uważają, że fajne są silikonowe cycki i napompowane usta, które sprawiają, że większość naszych celebrytek wygląda jak klony. Ale każda z nas, kobiet, myśli o tym samym - chce dobrze wyglądać, choć definicje są różne. Rzeczą wspólną jest też odczuwanie macierzyństwa, dla swoich dzieci jesteśmy w stanie zrobić wszystko. Wszystkie mamy też problem z dogadaniem się z facetami. Nie spotkałam się z żadną kulturą, w której te relacje byłyby łatwe! Zawsze mamy wrażenie, że mężczyźni są z Marsa, a my z Wenus. Nawet muzułmańskie kobiety, którym właściwie nie wolno nic mówić i krytykować, też uważają, że ich mężowie są nie do życia… Tylko mówią to po cichu. (śmiech)

Kiedy odwiedza Pani jeden z krańców świata, to kto dla kogo jest bardziej egzotyczny? Pani dla ludzi, których odwiedza, czy oni dla Pani?
Myślę, że jednak ja dla nich. Byłam w wielu miejscach i wiele widziałam, więc mój stopień dziwienia się jest znacznie mniejszy, niż kiedyś. Poza tym jadę przygotowana, po lekturze książek. I ląduję ja, wielka blondynka, pokrzykująca na chłopaków z ekipy, co dla miejscowych jest zwykle nie do pojęcia. Okazuje się, że moje zdziwienie w przypadku kobiety, która miała trzech mężów i czworo dzieci było niczym w porównaniu z jej zdumieniem, kiedy powiedziałam jej, że mam dziecko, ale nie mam męża. Nie mieściło jej się to w głowie.

Podróże to także podróże kulinarne i smakowe. Rozmawiamy, ponieważ jest Pani ambasadorką akcji sieci kawiarni Coffee Heaven, która części pieniędzy ze sprzedaży egzotycznych rodzajów kawy przeznacza na ochronę środowiska naturalnego (zasili konto WWF). Czy poza Europą, Ameryką Północną i Australią istnieje świadomość potrzeby ochrony środowiska?
Lokalne społeczności nie mają pojęcia, że trzeba ratować przyrodę i chronić środowisko, ponieważ myślą w skali mikro. Jednak myśliwi polujący w pobliskich lasach nie są w stanie dokonać ułamka takich zniszczeń, jakich dokonujemy my, zachłanni ludzie Zachodu wycinając setki tysięcy kilometrów lasów deszczowych, żeby uprawiać na skalę przemysłową palmę olejową. To, co robią miejscowi ze zwierzętami, ich brak dla nich szacunku, jest przerażające.

Poda Pani jakieś przykłady?
Mieszkańcy Borneo na przykład nie potrafią obchodzić się z małpami człekokształtnymi. Zabijają samicę orangutana, porywają jej małe, żeby służyło jako maskotka. Kiedy się znudzi, jest wypuszczane do lasu, gdzie nie ma szans przetrwać. Spotkałam się też z sytuacją, kiedy przetrzymywano samicę orangutana, ogoloną, przykutą łańcuchami do ściany. Była regularnie gwałcona, po prostu za pieniądze można ją było wynająć jako narzędzie do uprawiania seksu. Ale to dalej nic w porównaniu do tego, co robimy my, przyjezdni nastawieni na zysk w skali przemysłowej. W trakcie naszej rozmowy ginie z powierzchni ziemia obszar lasów deszczowych równy kilku boiskom piłkarskim.
Ludzie prości nie rozumieją pewnych mechanizmów, jak duża jest skala zjawiska. Jeśli dostaną 10 dolarów od obszarnika za zabicie zwierzęcia, to oni to zrobią, bo walczą o przetrwanie. Dlatego ciężar edukowania i dbania o ziemię spoczywa na nas, ludziach świata zachodniego. Z tego powodu czuję się zobligowana, żeby mówić o tym głośno. Żeby naprawić to, co wszyscy zepsuliśmy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie