Martin Lewandowski: KSW wyjdzie szerzej poza granice Polski

Tomasz Dębek
Tomasz Dębek
Lewandowski zapowiada kolejne zagraniczne gale KSW Sebastian Rudnicki/KSW
W drugiej części wywiadu z Martinem Lewandowskim współwłaściciel KSW opowiada m.in. o początkach największej polskiej organizacji MMA, planach na 2017 rok oraz niedoszłej walce ze swoim wspólnikiem, Maciejem Kawulskim.

Ostatnim najgłośniejszym transferem KSW był Popek. Wcześniej też nie brakowało u was jednak ludzi znanych z działalności poza klatką czy ringiem MMA. Mariusz Pudzianowski, Marcin Najman, Przemysław Saleta… Bez nich KSW by się tak nie rozwinęło?
Duży wzrost zainteresowania mediów i publiki zdecydowanie zaczął się od debiutu Pudziana. Najman odegrał w tym swoją małą rolę, ale nie potrafił wykorzystać medialnego potencjału. Mariusz to zrobił. Dzięki niemu złapaliśmy wiatr w żagle od strony komercyjnej. Sukces sportowy zawdzięczamy kapitalnym i nietuzinkowym walkom Mameda Chalidowa. Nie umniejszam tu Mariuszowi, zawsze go pod tym względem broniłem. Dla mnie on był i jest sportowcem. Trudno było oczekiwać, że przyjdzie z kompletnie innej dyscypliny i w pół roku stanie się nie wiadomo jakim fighterem. Potrzebował czasu na transformację. Miał kilka „dołków”, ale to normalny proces ewolucji człowieka. W każdej dziedzinie.

>>PIERWSZA CZĘŚĆ WYWIADU Z LEWANDOWSKIM<<

Z Pudzianowskim rozmawialiście podobno dużo wcześniej, ale wtedy wolał skupić się na karierze Strongmana.
Kiedy pracowałem dla Hotelu Marriott, zrobiłem kilka konferencji prasowych dla Strongmanów. Wywodzi się ze sportów siłowych, więc bliżej mu do MMA niż np. piłkarzowi czy siatkarzowi. Czyniliśmy starania o to, żeby dla nas zawalczył. Ale Pudzian był wtedy na topie i rzucił kwotę, która wtedy była dla nas nie do udźwignięcia. Czasy się jednak zmieniają. Mariusz uznał, że w zawodach Strongmanów nie ma już nic do zdobycia. My z kolei rozwinęliśmy się na tyle, że mogliśmy zaproponować mu za przejście do MMA sumę, która go zadowoliła. Wcześniej faktycznie podchodziliśmy do negocjacji dwa czy trzy razy.

Organizując pierwsze gale spodziewaliście się, że losy KSW potoczą się w ten sposób? Wielkie gwiazdy, gale w pay-per-view, zapełnione największe hale w Polsce i londyńska Wembley Arena, w maju gala na PGE Narodowym...
Na pewno nie. Marzenia i aspiracje były oczywiście duże. Ale żeby w 13 lat przejść z gal na 300-600 osób w restauracji Champions do 65 tysięcy na Narodowym? Aż takich planów nie miałem. Jasne, z czasem apetyty rosły. Kiedy coś się nam udawało, nabieraliśmy zdrowej ambicji na kolejny krok. Wyszliśmy z Championsa na Torwar, później do największych hal w Polsce. Osiągnęliśmy sukces w Londynie, sprzedajemy z powodzeniem gale w systemie pay-per-view. I dalej chcemy inwestować w nasz produkt i liczę, że to widać. Szukamy ciekawych zawodników, interesujących zestawień, a pod względem produkcji nie schodzimy nawet o pół procenta. Chcemy tworzyć widowiska wielkiego formatu. Teraz jesteśmy na bardzo rozpoznawalnym poziomie, ale to nie znaczy, że będziemy przykręcać kurek i oszczędzać. Wręcz przeciwnie. Planujemy szerzej wyjść poza granice Polski. Nie tylko pod względem transmisji, ale też organizacji samych gal. Poszukujemy inwestora do ich organizacji. Kiedy mocniej wejdziemy na rynek np. angielski i irlandzki, będziemy mieli plan działania na inne kraje. Z większą liczbą gal i dużymi nazwiskami.

Jak wspomina Pan pierwsze gale, w Championsie? W porównaniu z organizacyjną machiną, jaką teraz jest KSW, tworzyła je grupka osób.
Sam się zastanawiam, jak byliśmy w stanie zrobić to wszystko sami. Byliśmy zaangażowani w każdą sprawę, o jakiej tylko można pomyśleć. Rozkładaliśmy krzesełka, drukowaliśmy i sprzedawaliśmy bilety, szukaliśmy sponsorów, dogrywaliśmy światła, wybieraliśmy muzykę… Dosłownie wszystko, w kilka osób. Budżety były bardzo skromne, nie było nas stać na zatrudnienie ludzi do pomocy. Wiedzieliśmy, że musimy się obronić ciężką pracą.

Co było najtrudniejsze?
W Stanach i w Japonii, gdzie rządził wtedy nasz pierwszy wzór do naśladowania, organizacja Pride, MMA stało na wysokim poziomie. W Europie jeszcze nie. Do ringu wychodził np. zapaśnik i nie do końca wiedział, jak łączyć płaszczyzny walki dozwolone w MMA. Nie było też wyspecjalizowanej kadry trenerskiej, która umożliwiłaby płynne przejście pomiędzy dyscyplinami. Zawodnicy nie byli jednak tak dużym problemem. Najtrudniej było pozyskać jakikolwiek kapitał z zewnątrz. I przekonać media, że nasze gale to ciekawe wydarzenia, a nie mordobicie kiboli po meczach. Że MMA w innych krajach to pełnoprawny sport, z zasadami i wieloma ograniczeniami. Nad tym spędzaliśmy najwięcej czasu.

Edukacyjna misja się wam udała? Wciąż są osoby, które uważają MMA za brutalną bitkę, ale takie głosy spotyka się coraz rzadziej.
Zdecydowanie. Wydaje mi się, że osiągnęliśmy już dobry poziom rozumienia tej dyscypliny. Ludzie zdają sobie sprawę z tego, że MMA jest odpowiedzią na rozwój sportów walki. Kompiluje najlepsze techniki innych dyscyplin i jest na tyle atrakcyjne, że chce się je oglądać. Nie ma dyscypliny, która byłaby bliżej realnej walki. Ludzie widzą, że to efektowny, ale przy tym bezpieczny sport. KSW też przyczyniała się do wzrostu zainteresowania organizacją obozów czy amatorskiej ligi. Ale edukujemy obecnie również choćby na treningach medialnych, na których kibice mogą posłuchać o technikach i zobaczyć je na własne oczy. Jesteśmy na takim poziomie, że nie musimy już tłumaczyć wokół, czym jest MMA. Mało tego, ludzie przychodzą na salę i chcą ćwiczyć… KSW. Dla jednych to śmieszne, bo pokazuje, ile takie osoby wiedzą o tym sporcie. Nam udowadnia to, jak bardzo zakorzeniliśmy się w świadomości Polaków. Kiedyś każdy trampek był adidasem. Teraz walka MMA to dla niektórych KSW.

Wprowadzenie klatki zamiast ringu czy zezwolenie na ciosy łokciami bez określonego poziomu świadomości kibiców by się nie sprawdziło?
Łokcie zauważyli raczej głównie ludzie siedzący w temacie. Natomiast przejście z ringu na klatkę było takim sprawdzianem. Czuliśmy, że klatka nie robi już na ludziach takiego wrażenia. Kiedyś kojarzono ją z walkami psów, więzieniem itd. Zmiana wiązała się nie tylko z naszą działalnością, ale też eksplozją popularności MMA na świecie. W Polsce inne organizacje wprowadzały klatkę wcześniej. Nie dla rozwoju dyscypliny, ale żeby odróżnić się od nas. Przyjmowano to źle. Ważne są okoliczności, tło, kontekst w jakich dokonuje się jakichkolwiek zmian. My chcieliśmy pokazać, że to pole walki, które jest dla zawodników najbezpieczniejsze. Obawy o pogorszenie widoczności też pokonaliśmy. Mamy specjalnie zaprojektowaną klatkę. Zrobili nam ją w USA, bo w Polsce wtedy nikt nie sprostał takiemu wyzwaniu.

To prawda, że jedną z walk KSW 10 miał być pojedynek Lewandowski – Kawulski?
Były takie plany. Ale nie wynikały z tego, że przestaliśmy się lubić. Po prostu uprawiając przez lata różne sporty walki chciałem się sprawdzić. Im bardziej wciągała mnie rola organizatora, menedżera, tym dalej było mi do klatki. Oczywiście nadal ćwiczę, dla potrzymania kontaktu ze dyscypliną.

Może nie wszystko stracone? Powoli zbliża się KSW 50…
Nie wiem, czy ktoś będzie chciał oglądać walkę takich dziadków. Chyba musielibyśmy zacząć się obrzucać pomidorami. (śmiech)

To chyba ewenement, że we dwóch zbudowaliście od podstaw tak dobrze prosperujący biznes. Bez kłótni, dramatów, rozchodzenia się w inne strony.
Chyba w każdym biznesie, czy nawet relacji koleżeńskiej, są różne momenty. Ludzie się ze sobą nie zgadzają, to normalne. Nam przez te lata udaje się trzymać własne ego na smyczy. Obaj jesteśmy samcami alfa i każdy najchętniej ciągnąłby wszystko w swoją stronę. Mamy silne charaktery, ale potrafimy przezwyciężyć tarcia, do których czasem dochodzi. W końcu najważniejszy jest rozwój sportu, biznesu, tworzenie wspólnej marki, a nie to, kto postawi na swoim. Potrafimy znaleźć kompromis. Wydaje mi się, że to co stworzyliśmy było możliwe właśnie dzięki takiemu zestawieniu. TAK nie może istnieć bez NIE. Przez te wszystkie lata potrafiliśmy się dogadywać i połączyć swoje umiejętności. Każdy z nas wniósł do KSW coś innego, nawzajem się uzupełniamy.

Często zdarzają się sytuacje, kiedy do rozstrzygnięcia decyzji potrzebna jest trzecia osoba?
Kiedy byliśmy małą organizacją, która robiła mniej gal – i nie były one tak rozbudowane, staraliśmy się podejmować decyzje razem. Przy obecnej skali po prostu nie jesteśmy w stanie zajmować się tymi tematami sami. Wypracowaliśmy podział obowiązków. Pracownicy w części spraw przychodzą do mnie, w części do Maćka. Dzięki temu wszystko idzie sprawnie. A rzeczy strategiczne, jak zatrudnienie zawodników, inwestycje finansowe, liczbę i miejsca gal, ustalamy wspólnie. Potrafimy się na tyle trzymać w ryzach, by dojść do porozumienia.

Jakie macie plany na 2017 rok?
Chcemy utrzymać standard czterech gal w Polsce. W tym przełomowe przedsięwzięcie- gala na PGE Narodowym. Będzie to największa gala MMA w tej części świata w historii tej dyscypliny! Poza tym myślimy, aby wyjść mocniej na świat z galami zagranicznymi. Mamy za sobą ponad dekadę ciężkiej pracy, dlatego zdajemy sobie sprawę, że nie „podbijemy” innych krajów jedną galą. Zajmie to kilka dobrych lat. Ale będziemy na to przygotowani. Wejdziemy tam z poważnym zapleczem finansowym i doświadczeniem. Dzięki temu przyspieszymy ten proces.

Interesują was głównie rynki europejskie, czy też np. Japonia i Brazylia, gdzie współpracujecie z rodzimymi federacjami?
Współpracuję z organizacjami na każdym kontynencie. Ale tych utrzymujących się długo i traktujących zawodników oraz kibiców podobnie jak my nie jest wiele. Europa jest nam najbliższa choćby z tak prozaicznego powodu jak różnica czasu. Tu też jesteśmy najlepiej rozpoznawalni. Uderzamy w kierunki, które przyjmą nas z otwartymi ramionami. Po sukcesie w Polsce nie mamy zamiaru zrobić klapy za granicą. Dalej są Stany, a później Brazylia czy Japonia. Ale ze względu na różnicę czasową nasze gale można tam oglądać o 2 czy 4 rano. Tylko najbardziej hardkorowi kibice kupią pay-per-view o takiej godzinie..

Największa organizacja MMA na świecie, czyli UFC, kilkanaście lat temu wyszła z kryzysu dzięki reality show The Ultimate Fighter, w którym kilkunastu zawodników walczy o kontrakt. KSW świetnie współpracuje z Polsatem, nie planujecie podobnego projektu, dzięki któremu mieszane sztuki walki trafiłyby do kolejnej grupy kibiców?
Mamy złożony projekt i w detalach rozpisany scenariusz. Aktualizujemy go co dwa lata, bo taki program chcemy zrobić już od prawie lat sześciu. Nawet w zeszłym tygodniu rozmawiałem o tym z decyzyjnymi osobami z Polsatu. Ale wiem już, że w 2017 roku ten projekt nie wypali. Są mistrzostwa świata w siatkówce i młodzieżowe mistrzostwa Europy w piłce nożnej, pod względem sportowym rok jest więc bardzo atrakcyjny. Ale mam obiecane, że w 2018 będziemy mogli na poważnie zająć się tym tematem. Liczę na to, że pan Marian Kmita przeczyta ten wywiad i poczuje presję. (śmiech)

UFC we współpracy z WADA w ostatnim czasie mocno zajęło się sprawą dopingu. U was takich testów nie ma?
Nie, ale to też sprawa, którą rozważamy od dłuższego czasu. Jest kilka zmian, które chcemy wdrożyć. Nie tylko w zasadach walki, ale też „otoczki” – np. właśnie testów antydopingowych. Aby dyscyplina się rozwijała, trzeba, aby każda organizacja podążała jednym standardem. Moim zdaniem powinniśmy bardziej sformalizować MMA. Pójść w stronę założenia związku, choć proces rejestracji pełnoprawnego związku sportowego jest czasochłonny i skomplikowany. Długa droga przed nami, ale dla mnie to jeden z elementów strategii na kolejne lata. Utworzenie związku wzniesie MMA na kolejny poziom.

W Polsce od lat pojawiają się organizacje, które z lepszym lub gorszym skutkiem próbują się wybijać. Z waszej perspektywy macie w kraju konkurencję?
Nie. Ale nie mówię tego, bo jestem ignorantem. Dla mnie konkurencja to organizacja, której oddech czułbym na plecach. A w Polsce inne organizacje utrzymują się przy nas a nie koegzystują. Zamiast umiejscowić się na mapie polskiego MMA, znaleźć swoje miejsce to wolą deklarować, że za rok czy dwa będą od nas więksi. Kiedy zaczynasz od przedszkola nie zostaniesz od razu profesorem. Do wszystkiego trzeba dorosnąć. My robimy to od 13 lat. Po takim czasie może uda nam się zapełnić stadion. Trzeba spojrzeć na skalę i realia. Inne organizacje przez rok sprzedają biletów tyle, co my na jednej średniego formatu gali. A w wielu przypadkach budżet jednej naszej walki opłaciłby cały ich roczny fight card. Uważam, że jest jeszcze miejsce dla organizacji MMA w Polsce, która umiejętnie wykorzystałaby przetarte szklaki, zbudowany rynek i wszelkie inne benefity, jakie dotychczas stworzyło KSW.

Logiczna z ich strony byłaby forma współpracy – my promujemy młodych zawodników, którzy mogą w przyszłości pokazać się w KSW, wy dajecie nam weteranów czy fighterów, którzy nie mieszczą się na kartach walk?
Oczywiście, jest to jeden ze sposobów budowania się przy KSW. Umówmy się, tam nie ma biznesmenów, są tylko ambicje nieadekwatne do rzeczywistości.

Rozmawiał Tomasz Dębek
Obserwuj autora artykułu na Twitterze

Martin Lewandowski w mediach społecznościowych:
Twitter: @martinksw
Instagram: @martinlewanowski
Facebook: /martin.lewandowski.33

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie