Mariola Zaczyńska: Do taty się szło, jak coś bolało

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Mariola Zaczyńska, pisarka i dziennikarka: To od ojców zależy, jak potem dorosłe córki będą sobie radziły w życiu. Ile będą miały siły. Jakimi będą kobietami Aga Król
Nie ma dnia, żeby się za ojcem nie tęskniło. Najbardziej w tych momentach, kiedy jest potrzebny. W trudnych chwilach, w których czy to dziewczynka, czy później kobieta potrzebuje wsparcia. Syndrom nieobecnego ojca w sferze emocjonalnej córki sieje ogromne spustoszenie. Tego rodzaju sprawy wybrzmiewają w mojej książce – mówi pisarka Mariola Zaczyńska.

Benita i Roma, bohaterki Twojej powieści „Więcej niż siostry” to dorosłe kobiety, które były wychowywane bez ojców. W dzieciństwie przyjaciółki były jak siostry. W dorosłym życiu oddaliły się od siebie. Ale każda cierpi na ten sam syndrom, choć każda radzi sobie inaczej. Z czego to wynika?

Łączy je to, że nie mają ojca, ale też ich sytuacje w dzieciństwie były różne. Benita została osierocona, jej rodzice zginęli w wypadku; wychowywał ją dziadek i wujek. Z kolei ojciec Romy rozwiódł się z jej matką i wyprowadził z domu; Romę wychowywała matka, eufemistycznie mówiąc, specyficzna kobieta.

Typ matki mszczącej się na byłym mężu.

Dokładnie. To jest ten typ. Dla niej dziecko to element rozgrywki i swego rodzaju kara dla mężczyzny, który zranił jej uczucia.

Roma była pozbawiona męskiego wzorca, natomiast Benita miała go chyba aż za dużo?

Dziadek wychowywał Benitę jak żołnierza.

Jak chłopaka.

Tak jest. Sam był emerytowanym żołnierzem i starał się wychowywać wnuczkę, jak umiał. Trochę więc Bibi musztrował, trochę przygotowywał ją do życia pod hasłem, że musi ona sobie dać radę, kiedy jego zabraknie. Kiedy Benita z Romą się poznają, pada między nimi jedna kwestia, która dla mnie osobiście też jest ważna. Otóż Roma czasem udaje się na wycieczkę do miejsca zamieszkania ojca; podgląda go, z daleka. I zazdrości Benicie, że jej tata nie żyje. Doświadczyłam tego na własnej skórze. Miałam koleżankę, której ojciec też odszedł od matki. Przeżyła to mocno, boleśnie. Mówiła, że zazdrości mi, że mój ojciec nie żyje. Strasznie się wtedy pokłóciłyśmy. Ale ja wiedziałam, o co jej chodzi.

O co?

Miała świadomość, że jej ojciec założył drugą rodzinę, że ma drugą córkę, więc ona stała się dla niego mniej ważna. Wolałaby zachować wspomnienia o ojcu jako kimś, kto bardzo ją kochał, kto był jej bardzo bliski. Tymczasem jej ojciec żył! Nie był z jej matką, tylko z inną kobietą. Nie mogła więc o nim tak myśleć. Cierpiała z tego powodu. A ja nie potrafiłam jej wytłumaczyć, co to znaczy śmierć ojca i z czym się ona wiąże.

Z tym, że ojca nie ma i nie będzie. I nic się już z tym nie da zrobić, niczego nie da się zmienić.

Właśnie. To się wiąże z jego wieczną nieobecnością. A co za tym idzie – z nieustającą tęsknotą. Ta tęsknota nigdy się nie zmniejsza. Jest jak rana, która nigdy się nie goi. Nie ma dnia, żeby się za ojcem nie tęskniło. A najbardziej w tych momentach, kiedy jest potrzebny. W trudnych chwilach, w których czy to dziewczynka, czy później kobieta potrzebuje wsparcia. Syndrom nieobecnego ojca w sferze emocjonalnej córki sieje ogromne spustoszenie. Tego rodzaju sprawy wybrzmiewają w mojej książce. Sama nie potrafię powiedzieć, z czym łatwiej sobie poradzić – z tym, że ojciec odchodzi, ale przecież żyje, czy z tym, że umiera, za to pozostaje we wspomnieniach.

Byłaś córeczką tatusia?

Byłam. Kiedy zmarł, jego nieobecność w moim życiu była dla mnie tak dojmująca. W rodzinie był stereotypowy podział ról i miłości rodzicielskiej. Ja byłam oczkiem w głowie taty, a moi bracia byli oczkami w głowie mojej mamy. Nietypowe jak na tamte czasy było to, że to mój ojciec był tym, kto przytula. Nie pamiętam, aby moja mama mnie przytuliła. Kiedy ojca zabrakło, byłyśmy dla siebie wrogami. Nasze relacje polepszyły się, kiedy dorosłam, wyprowadziłam się z domu i sama stałam się matką. Wtedy mogłyśmy ze sobą rozmawiać z perspektywy dwóch matek, które mogą wymieniać się doświadczeniami i sobie pomagać. Wcześniej nie potrafiłam przyjmować pomocy. Gdy sama urodziłam syna, mogłam zrozumieć moją mamę, która została wdową z trójką dzieci w wieku 33 lat. Była taka młoda!

Dlaczego Twój tata umarł?\

Zmarł na raka jelita grubego. Rok przed śmiercią już go praktycznie nie było w domu. Dużo czasu spędził w szpitalach. Jedna operacja, druga. Matka chciała nas przygotować do tego, że ojciec już nie wróci. Dobrze pamiętam ten moment, kiedy powiedziała mi, że tato umrze. Nie przyjęłam tego do wiadomości. Rozpłakałam się i w tamtym momencie ją znienawidziłam.

Ile miałaś wtedy lat?

Skończyłam 13. Mój najmłodszy brat miał iść do pierwszej klasy podstawówki. Mama się załamała. Wobec moich młodszych braci to ja musiałam przyjąć rolę matki. W tej historii jest jeszcze jeden, bardzo osobisty dla mnie temat. Kiedyś dzieci nie chroniło się tak, jak robi się to dzisiaj. W poczuciu tradycyjnego obowiązku pożegnania umierającego ojca mama zabrała całą naszą trójkę do szpitala. Niestety, widziałam agonię ojca. Uważam to za karygodne. On absolutnie nie wyglądał już jak mój ojciec, ten, którego znałam i chciałabym zapamiętać. Nigdy nie zrobiłabym tego swojemu dziecku. Nie wykluczam, że te momenty też mogły zaważyć potem na moich relacjach z mamą.

Może w tym, co się wtedy wydarzyło, było coś dobrego. Na przykład to, że to pożegnanie ważne było dla Twojego ojca. Chciał was wszystkich zobaczyć ostatni raz.\

Nie. Ojciec był nieprzytomny. Nie było z nim kontaktu. Takiego widoku dzieciom nie powinno się serwować. Być może przyjechaliśmy za późno. Ale wtedy powinniśmy zostać na zewnątrz, nie wchodzić do szpitala. Tamte momenty pozostawiły we mnie głęboką traumę. To było zupełnie niepotrzebne.

Jaki był Twój tata? Jakim go pamiętasz?

Był wojskowym; zawodowym żołnierzem. Jestem typową córką żołnierza.

To znaczy?

Pamiętam zapach munduru, zapach skóry od kabury pistoletu. Mieszkaliśmy w wojskowym bloku, koniec naszego podwórka wieńczyła siedziba wojewódzkiego sztabu; przy sztabie było przedszkole wojskowe. Rodzice odprowadzali mnie do przedszkola, mama też pracowała w sztabie. Byłam częstym gościem w pracy mojego taty, kiedy miał służbę. Pamiętam długie ciche korytarze, tylko czasem, kiedy przechodził jakiś żołnierz, niósł się dźwięk charakterystycznie skrzypiących wojskowych butów na wypastowanej podłodze. Ludzie lubili mojego tatę. Już po jego śmierci, przez lata, kiedy jego znajomi dowiadywali się, że jestem jego córką, to słyszałam o nim same miłe rzeczy. Był ze mnie bardzo dumny. Cieszył się wszystkimi moimi dokonaniami. A że szybko nauczyłam się czytać i dużo czytałam, potrafiłam go zaskoczyć wiedzą. A jednocześnie wciąż miałam głód jego obecności. Ciągle wyjeżdżał w delegacje. Za to, jak wracał, za każdym razem przywoził prezenty. Jednym z ważniejszych moich wspomnień z dzieciństwa było czekanie z twarzą w oknie, bo tata ma przyjechać. To był czas czekania na tatę i na prezenty. Moją najbliższą przyjaciółką była wtedy Małgosia; tato wiedział, że oprócz tego, że musi przywieźć prezent dla mnie, to ma też go przywieźć i Małgosi.

Co to były za prezenty?

Ach, wtedy! (Śmiech). To był czas pachnących gumek, kolorowych piórników i kolorowych długopisów, a przede wszystkim zabawek. W modzie były plastikowe zwierzątka, tak jak teraz są dinozaury. Kiedyś można było sobie skompletować z nich całe zoo. Dokładnie to nie wiem, gdzie tato podróżował, ale pamiętam, że jeździł też do Niemiec, oczywiście wschodnich. Stamtąd przywoził różne mechaniczne zabawki, których u nas nie było: mechaniczny miś, który sam jeździ na hulajnodze, moi bracia dostawali samochodziki.

Przywoził Ci różowe spineczki, falbanki, torebeczki dla księżniczki?

Córce żołnierza?! Żartujesz?! Nigdy nie chodziłam w kokardkach ani spineczkach. Zawsze miałam krótkie włosy i chodziłam w spodniach. Nienawidziłam sukienek. Komunia to było nieszczęście, bo musiałam włożyć białą sukienkę.

I wianek?

Wianka nie miałam. Sukienka była krótka do kolan, ale składała się z mnóstwa falbanek. Wyglądałam inaczej niż wszystkie dziewczynki, w obowiązkowych długich sukniach, bo komunię przyjmowałam w obcym mieście i w sekrecie. Trwała komuna, moi rodzice, jako że pracowali w sztabie wojskowym, ukrywali, że córka chodzi na religię.

Jak potem radzisz sobie z tym syndromem jego nieobecności? Marzysz o tym, że on jest, że robicie coś wspólnie?

Nie, nie; jestem osobą mocno stojącą na ziemi, więc absolutnie takich wyobrażeń nie miałam. Nigdy nie uciekałam w bajki. Po prostu okropnie tęskniłam. Oczywiście, rozmawiałam z nim. Bardzo długo byłam na niego zagniewana, że umarł. Ale o tym, że istnieje taki syndrom i ja na niego cierpię dowiedziałam się późno. To nawet nie było tak dawno, góra dziesięć lat temu, a może i mniej. W każdym razie byłam już dorosłą kobietą.

Jak się dowiedziałaś?

Do redakcji „Tygodnika Siedleckiego”, w którym pracuję, przyszła pani, która chciała zorganizować spektakl. Powiedziała, że poznała wspaniałą grupę teatralną. Grupa ma w swoim repertuarze specjalną dramę dedykowaną kobietom, które straciły ojców; są córeczkami tatusia, którego w ich życiu zabrakło. Przyznała, że chodziła na terapię i to jest dla niej ważna sprawa. Usłyszałam słowa „drama”, „syndrom”, pomyślałam: „Kobieto, mój ojciec też umarł i nie robię z tego powodu jakiejś dramy. Radzę sobie. Bez przesady”. Ale czułam, jak tej kobiecie bardzo zależało na tym, aby tę dramę w mieście pokazać. Była skłonna wynająć salę, zapłacić za jej wynajem. Była przekonana, że ludzie kupią bilety i pieniądze się zwrócą, bo przecież ta drama jest tak ważna. Wręcz była przekonana, że na to przedstawienie zabraknie miejsc. Skontaktowałam ją z ośrodkiem kultury, pracownicy przygotowali bilety z wyprzedzeniem i uwagą, że jeśli będą chętni, to spektakl się odbędzie. Chętnych nie było. W ogóle.

Ludzie nie uznali tego za ważny temat?

Ta kobieta była zrozpaczona. Miała łzy w oczach. Nie mogła uwierzyć. Żeby nikt, absolutnie nikt się tym nie zainteresował?! Dopiero w tamtym momencie, kiedy zobaczyłam, jakie to było dla niej ważne, jak ona to przeżywa, jaka jest roztrzęsiona, zainteresowałam się tym syndromem. Od tamtego momentu zaczęłam czytać, słowem zgłębiać temat. Wtedy okazało się, że mnie też to dotyczy. Jak najbardziej. I że powinnam się zorientować wcześniej.

Że Ty też jak najbardziej masz syndrom nieobecnego ojca?

Tak. Nawet sobie nie uświadamiamy, jak ważny w życiu córki jest ojciec. Budujemy sobie potem życie, szukamy partnera, zakładamy rodzinę, a jesteśmy pozbawione męskiego wzorca. Mamy deficyty w naszych emocjach.

Czym to się objawia? Takie kobiety nie wierzą w siebie, nie widzą swojej wartości, nie potrafią zaufać mężczyźnie? Mają lęk przed odrzuceniem, boją się, że ich mężczyzna odejdzie od nich, więc wolą zrobić to pierwsze?

W różnych przypadkach różnie to wygląda. Jestem przekonana, że w zależności od tego, jak mądra jest matka, a także jakie są relacje w rodzinie, to może wyglądać zupełnie inaczej. Nie musi być tak, że każda dziewczynka pozbawiona tatusia, będzie miała duże problemy ze sobą. Ale mogę mówić wyłącznie za siebie. Czego mnie najbardziej brakowało? Poczucia bezpieczeństwa. W naszych tradycyjnych rodzinach tak jest, że to ojciec przybije ten przysłowiowy gwóźdź, wkręci żarówkę, jak jest ciemno i wtedy robi się jasno. Tato jest od takich spraw, kiedy trzeba gdzieś pojechać, coś załatwić. Gdy mojego taty zabrakło, straciłam grunt pod nogami. Nie czułam się stabilnie. Zwłaszcza, że, jak mówiłam, mama wtedy całkowicie się załamała i ja musiałam stać się mamą dla młodszych braci.

Wykształciłaś w sobie cechy, które kojarzą się z mężczyznami. Na przykład to, że jesteś odważna. Że postanowiłaś sobie sama ze wszystkim poradzić. Czyli nauczyć się wbijać te gwoździe i załatwiać te poważne sprawy.

Tak, musiałam to wszystko robić. Jeśli chodzi o poczucie własnej wartości, to na pewno brak ojca miał tu swoje znaczenie, bo przecież przy ojcu kształtujemy się w naszej roli kobiecej. Przy matce nie uczyłam się, jak być kobietą. Byłam jej wrogiem; byłam antykobietą. Ale też nie wiem, jak to jest dorastać przy ojcu. Nawet nie wiem, jak to jest być dla ojca dorosłą córką.

Twoja relacja z ojcem zatrzymała się na tym etapie, kiedy byłaś dziewczynką?

I tą dziewczynką, tym dzieckiem już zostałam. Emocjonalnie, jeżeli chodzi o moje relacje z mężczyznami, pozostawałam zwykle gdzieś na etapie tej dziewczynki. Być może stąd do tej pory moje życiowe motto brzmi: „W każdej kobiecie jest trochę dziecka” (śmiech). I to miałoby wszystko tłumaczyć.

Ale ta sytuacja – dziewczynki wychowywanej bez ojca – dała Ci też pewne profity. Musiałaś stać twardo na ziemi, patrzeć realistycznie na życie. Potrafiłaś o siebie zadbać, zatroszczyć się, również materialnie. Umiesz dbać i troszczyć się o bliskich.

Nie wiem, na ile to jest kwestia siły, którą uzyskałam w dzieciństwie. Owszem, byłam tym małym żołnierzykiem…

… z mężnym sercem.

Tak. Ale nie z musu. Silna, sprytna i zaradna, odważna i pyskata – to mi dał tata. Nigdy też, zwłaszcza później, kiedy go zabrakło, nie cierpiałam na brak poczucia własnej wartości. Dlatego, że tato zawsze był ze mnie dumny i potrafił mi to okazać. Potrafił zainteresować się tym, co robię, o czym mówię, co jest dla mnie ważne. Gdy czytałam i wychwytywałam obce słówka, gdy powiedziałam coś w obcym języku, potrafił to docenić, był zadowolony, ile to ja umiem. Potrafił to okazać. Potrafił przytulić. Mama była tą, która karała. Do taty się szło, jak coś bolało.

Dlatego postanowiłaś ten problem nieobecnego ojca w życiu córki pokazać w książce?

W swoich książkach dużo piszę o uczuciach. O relacjach. Oczywiście, są wątki obyczajowe, są wątki sensacyjne, kryminalne, ale one są osadzone w codziennym życiu. Moje bohaterki mimo ich uwikłania w różne sytuacje, żyją, pracują i czują. I próbują sobie układać życie. Coraz częściej widzę, jak wokół mnie pojawia się coraz więcej fajnych kobiet, które nie poukładały sobie życia. Kiedy poznaję je bliżej, to okazuje się, że ich relacja z ojcem pozostała niespełniona: ojciec wcześnie odszedł, ojciec zmarł. Doświadczyły boleśnie to, co ja też doświadczyłam i wiedziałam, że mogę te różne uczucia przekazać w sposób autentyczny. Ma się rozumieć, w książce zawarłam fikcyjną historię, ale nie do końca. Część mnie też w niej umieściłam, część mojego cierpienia też tam jest. Intensywność uczuć bywa czasem problematyczna. Dopóki nie zdajemy sobie sprawy, że to jest pewien mechanizm, to wchodzimy w to w sposób nieświadomy, cierpimy i nie wiemy, dlaczego cierpimy, obwiniamy wszystkich innych, obwiniamy siebie. Ale inaczej jest, kiedy zdobywamy na ten temat wiedzę. Być może nie rozwiążę problemów innych córeczek, zmagających się z syndromem nieobecnego tatusia, bo sama nie umiem – ale daję temu uwagę. Po to, aby wszystkie te dziewczyny, które są w takiej sytuacji, mogły w tej książce odnaleźć swoje uczucia i zainteresować się bliżej tym tematem. Wtedy możemy coś dla siebie zrobić.

Uważasz, że kobiet z tymi problemami będzie coraz więcej.

Będzie! Takie mamy czasy. Wynika to choćby ze statystyk; wystarczy spojrzeć na liczbę rozwodów.

Dobrze by było, żeby ojcowie też się zainteresowali tym, jak ważni są dla swoich córek.

Odpowiedzialny ojciec nie potrzebuje czytać mojej książki. Chociaż nie ma przeszkód, żeby po nią sięgnął (śmiech).

Pytanie, jak to dzisiaj jest z ojcami i ich poczuciem odpowiedzialności? Jeśli tu mielibyśmy powołać się na statystyki, to jedne wskazują, że ponad 80 procent, a drugie, że ponad 90 procent ojców, którzy mają zasądzone alimenty, nie płaci ich. To dopiero jest pandemia! Nie wydaje mi się, aby ojciec, który nie płaci alimentów na dzieci, garnął się do tego, żeby się z dziećmi spotykać, brać udział w ich wychowaniu, w kształtowaniu ich człowieczeństwa. No i kryzys męskości widać na każdym kroku.

Ale też, zwróć uwagę, że dziś pokolenie młodych mężczyzn jest już inaczej wychowywane. Wśród nich jest wielu fajnych tatusiów. To oni teraz przewijają dzieci, siedzą w pieluszkach; za naszych czasów to była domena kobiet. Ojciec, który przewija córeczkę, to było wtedy takie niemęskie! Nie do pomyślenia! Same kobiety mówiły: „Zostaw. Odejdź. Ja to zrobię lepiej”. Teraz tatusiowie idą na urlopy tacierzyńskie. Nie powiedziałabym, że to pokolenie mężczyzn może być emocjonalnie gorsze w roli ojców. Statystyki pokazują, że dziś bardzo łatwo rozpadają się związki, łatwo odchodzimy od siebie. Dobrze, jeśli rozstajemy się ze sobą w przyjaźni, bo będzie to z korzyścią dla wszystkich, również dla dzieci, o ile oczywiście, wspólnie będziemy te dzieci kochać. To kwestia mądrości dorosłych i ich empatii. Sięgając do statystyk, warto oddać sprawiedliwość i temu, że same matki niekoniecznie się sprawdzają. Wiele jest przykładów, że po rozwodzie kobiety też nie zdają egzaminu, ograniczając dzieciom kontakty z ojcem i że to właściwie dziecko najbardziej obarczane jest całą rozwodową traumą. W takich przypadkach syndrom nieobecnego ojca będzie na pewno uciskał, a dziecko będzie pozbawione poczucia bezpieczeństwa.

Być może potem efektem jest to, że takie dzieci, córeczki z syndromem nieobecnego ojca dość niefrasobliwie zakładają rodziny? Trafi się pierwszy lepszy, oświadczy się, no to już. A potem mamy „wyszłam za mąż, zaraz wracam”?

Te kobiety tak bardzo łakną uczucia, męskiej akceptacji, że czasami bezkrytycznie podążają za mężczyzną, który okaże im odrobinę zainteresowania i ciepła. Nie ma tak, że najpierw poznają mężczyznę, zaczynają się nim interesować, zaprzyjaźniają się z nim, dają sobie czas na to, aby się lepiej poznać. Nie. Często jest tak, że kobiety, dla których najważniejsze jest to, że „on zwrócił na mnie uwagę” lokują swoje uczucia w kimś, kto je tak naprawdę drażni, kto do nich nie pasuje, nie rozumie ich, kto jest egoistycznie zapatrzony w siebie i w spełnianie tylko swoich pragnień. Ale są z nim, no bo przecież „spojrzał na mnie i pochwalił”. Takie związki od razu są skazane na niepowodzenie. Istotne jest to, że same kobiety za odrobinę uczucia są gotowe zaprzedać własną duszę i wejść w związek, który nie jest dla nich dobry. Są nawet takie kobiety, które bardzo długo udowadniają nie tylko mężczyznom, ale całemu światu, ile są warte; że warto je kochać. Dlatego, że same nie miały tej ojcowskiej miłości. Bardzo się więc starają, robią duże kariery. Warto się przyjrzeć, z czego wynika ta nasza motywacja do robienia kariery, co nami kierowało? Czy nie wynika to z tego, że w dzieciństwie zabrakło ojca, zabrakło obrońcy, który by przytulił i powiedział: „Jestem z tobą. Damy radę. Wszystko będzie dobrze”? Gdy wyrasta się w poczuciu, że nie ma takiej osoby, której możemy się poskarżyć, za którą możemy się schować, od której możemy czerpać siłę, to w życiu dorosłym rzutuje to na nasze relacje. Sama śmiałam się, że w swoich związkach z mężczyznami wciąż szukałam ojca. A przecież mężczyźni nie szukają córeczki. Szukają partnerki, kochanki.

Gdyby była taka możliwość, co byś dziś powiedziała swojemu tacie?

Czasem z nim rozmawiam... Na cmentarzu. Nie skarżę się. Zwykle relacjonuję, co się ostatnio działo: „Bądź spokojny. Ogarnęłam braci, ogarnęłam rodzinę, zrobiłam to czy tamto”. Krótko mówiąc… krótko mówiąc, nadal jestem tą córeczką, z której może być dumny… Której przekazał siłę i poczucie, że kiedy jego zabrakło, ja muszę zadbać o wszystko. Nie wiem, co mogłabym mu powiedzieć jako dorosła. Nie wiem, jak miałabym się nim opiekować, gdyby żył. Tego już nie doświadczę.

A co byś powiedziała młodym tatom, którzy dzisiaj przewijają swoje córeczki, kąpią je, chodzą z nimi na spacery?
Żeby pamiętali, że są dla swoich córek bezcenni. To od nich zależy, jak potem jako dorosłe, będą sobie radziły w życiu. Ile będą miały siły. Jakimi będą kobietami.

Czy wkrótce będzie cieplej?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie