Marilyn Monroe jako niedościgły wzorzec współczesnych gwiazd, czyli rzecz o celebrytach

Mariusz Grabowski
50 lat po śmierci MM widać, że za życia wykreowała kopiowany do dziś model celebrytyzmu
50 lat po śmierci MM widać, że za życia wykreowała kopiowany do dziś model celebrytyzmu EPA/Alexander Ruesche
Nie brakuje ekspertów, którzy próbują stworzyć własną definicję celebrytyzmu. Najczęściej jednak sprowadza się do bardziej lub mniej udanego przeformułowania słynnej tezy Daniela Boorstina, który w 1962 roku w dziele "The Image: A Guide to Pseudo-events in America" napisał, że celebryta to "osoba, która jest znana z tego, że jest znana". Wówczas nikt nie miał wątpliwości, że Boorstin miał na myśli Marilyn Monroe, która już na początku lat 60. grała rolę królowej popkultury.

Właściwie należałoby powiedzieć, że rolę tę gra do dziś, bo przecież jej śmierć 5 sierpnia 1962 roku w niczym nie zmieniła jej pozycji. Od jej zejścia z tego świata minęło 50 lat i jak dotąd nie znalazł się nikt, kto mógłby zastąpić ją na celebryckim tronie. Próbowały tego dziesiątki wielkich sław, setki pomniejszych idoli i tysiące efemerycznych gwiazdek. Ten tekst będzie próbą odpowiedzenia na pytanie dlaczego. Dlaczego to Marilyn Monroe wciąż uważana jest za największą celebrytkę wszech czasów, choć świat zobaczył już i Paris Hilton, i Natalię Siwiec?

Przecież nie chodzi tu tylko o to, że uważana była i jest za uosobienie nieprzemijającego seksideału. W młodości miała krzywe zęby, potem przez lata była pulchna do granicy śmieszności, a gdy zaczynała karierę w filmie, jej głos przypominał gdakanie kaczki. Erotyczne fotografie, które dały jej przepustkę do show--biznesu, też nie powalają jakimś specjalnym seksapilem. Ot, szczodrze obdarzone przez naturę dziewczę, z groteskową blond trwałą, patrzące w obiektyw z rozdziawioną buzią. Tysiące współczesnych gwiazdek bez ciuchów wygląda o niebo lepiej. Jessica Simpson, która swoją karierę filmową też zaczynała od rozbieranych fotek, stwierdziła kiedyś - i kto wie, może była to najtrafniejsza uwaga w jej życiu - że "nago wygląda o wiele powabniej niż przereklamowana MM".

Anthony Summers, autor demistyfikującej książki "Goddess: The Secret Lives of Marilyn Monroe", która swego czasu napsuła sporo krwi wielbicielom gwiazdy, w doszukiwaniu się ułomności jej urody idzie znacznie dalej.

Przekopawszy dane na jej temat, dowodzi z niekłamaną uciechą, że: pasjami dłubała w nosie, miała palce pulchne jak serdelki, zaczesywała włosy na bok, by zakryć wielkie uszy, a nawet wsadzała nogi do wiadra, wierząc zabobonnie, że uczyni je to zgrabniejszymi.

Światem popkultury rządzą dziś efemeryczne mody: na wokalistki bez głosu, galopujące radośnie Grycanki i aktorów bez krzty talentu. Daleko im do zajęcia miejsca boskiej Marilyn

Jak na ideał seksu to dość nieskromny katalog cielesnych braków. Nieźle musiało jej to doskwierać, skoro w jednym z wywiadów wyznała: "Nigdy nie mogłam się pogodzić z kreowaniem mnie na symbol seksu". Tak nie mówi królowa cielesności wszech czasów, która dopiero co wyszła z gabinetu chirurga po operacji poprawy linii nosa.

Skoro więc nie seks, to może intelekt? Tutaj także czeka nas rozczarowanie. W wydanych ostatnio "Fragmentach. Wierszach, zapiskach intymnych, listach", czyli w odnalezionych pozostałościach po umysłowym życiu aktorki, można, owszem, natrafić na interesujące passusy. Więcej, na ich podstawie można stworzyć sobie portret wrażliwej, inteligentnej kobiety, uwikłanej beznadziejnie w showbiznesowy układ, tęskniącej do czasów, gdy jako nastolatka wymykała się na filmy z Avą Gardner. Ale cóż z tego, takie uwagi znaleźć można w dzienniczku niemal każdej gimnazjalistki, w każdym miejscu na ziemi. Trudno przyjąć, że ludzkość do tego stopnia zachwyciła się intymnym Marilynowym filozofowaniem, że uznała ją za intelektualny wzorzec.
Zwłaszcza że w latach 50. i 60. Monroe wcale nie sprawiała publicznie wrażenia niewieściego Einsteina. Jej oficjalny wizerunek sprowadzał się do pozy słodkiego kociaka, który rozkosznie plecie głupstewka do mikrofonu. I to bynajmniej nie swoje, lecz przygotowane przez armię suto opłaconych copywriterów. "Pieniądze szczęścia nie dają. Dopiero zakupy", "Najlepszymi przyjaciółmi kobiety są diamenty" czy wreszcie "Nigdy nie śpię nago, śpię ubrana w kroplę Chanel 5". Prezesi firm kosmetycznych do dziś pewnie spadają z foteli, wsłuchując się w zmysłowy głos Marilyn, ale do jej intelektualnego wizerunku ten fakt nie wnosi nic nowego. Oni niech zatem zadowolą się swojską Dodą namawiającą do spożywania lodów, a my szukajmy dalej.

Talent aktorski? Owszem, nie sposób odmówić MM swoistego wdzięku przed kamerą, ale przecież początki jej kariery były prawdziwą kompromitacją. Tu dygresja: w 1946 roku nasza gwiazda, jeszcze jako Norma Jeane Baker, 20-letnia modelka z Los Angeles, reklamowała publicznie kostiumy kąpielowe. Na jednym z pokazów zauważył ją Howard Hughes, słynny miliarder, pilot i konstruktor lotniczy, a w wolnym czasie także producent filmowy. To on zorganizował jej pierwsze zdjęcia. Ale plotka powiada również, że obejrzawszy taśmę, ukrył twarz w dłoniach i powiedział: "Boże, gdzie ja miałem oczy".

Hughes szybko zniknął z życia Monroe, a ona sama zagrała w kilku filmach wytwórni 20th Century Fox. Co z tego, skoro żaden z nich nie odniósł większych sukcesów. Krytycy pisali, że aktorka nie ma wdzięku, rusza się niezgrabnie, a jej jedynym argumentem jest uśmiech, którym pokrywa gafy. W efekcie nie przedłużono jej kontaktu i Monroe wróciła do reklamowania bielizny i pokątnej kariery w fotografii erotycznej. Ktoś powie, że początki, szczególnie w filmie, zawsze bywają trudne. Owszem, ale jeżeli wierzyć licznym biografom MM, ona nigdy nie miała drygu do tego zawodu. Szybciej do rozbieranych sesji, które zawsze są gwarancją sukcesu. W jej przypadku chodzi o te zdjęcia, które ukazały się w 1953 roku w "Playboyu". To one, a nie kino, dały jej przedsmak późniejszej popularności.

Historia świata zna, to prawda, liczne celebryckie kariery osiągnięte umiejętnym ściąganiem bielizny przed kamerami. Tak zaczynały Madonna i Pamela Anderson, a Sibel Kekilli, dzisiejsza gwiazda "Gry o tron", była nawet podporą kilku produkcji porno. Ale zgódźmy się: od filmowych rozbieranek do globalnego uwielbienia, jakie stało się udziałem MM, droga bardzo daleka. To nie erotycznemu apetytowi czytelników "Playboya" Monroe zawdzięcza nieśmiertelność, ale w znacznie większym stopniu temu, że w tym samym roku 1953 pojawiła się na planie filmu "Mężczyźni wolą blondynki". Pojawiła się - dodajmy - od razu ze swoimi niezbywalnymi atrybutami: platynową fryzurą i pieprzykiem na policzku.

Idźmy dalej. Dwaj poszukiwacze tajemnic życia MM - Jonathan Vankin i John Whalen - ukuli kiedyś prowokującą tezę, że aktorka wcale nie zawdzięcza swej wielkiej sławy popisom przed kamerą, ale zakulisowym poczynaniom mężczyzn swojego życia. Zarówno tym, którzy przyczynili się do jej kariery, jak i tym, którzy postarali się, by ją szybko zakończyła. Do tych pierwszych zaliczyli męża Arthura Millera, do tych drugich kochanka Johna F. Kennedy'ego, którego przy okazji oskarżyli o zlecenie skrytobójczego mordu na zbyt gadatliwej aktorce. Pomijając moralny aspekt sprawy, teza wygląda bardzo ciekawie: pozycja największej celebrytki wszech czasów uzyskana dzięki staraniom najpotężniejszych i najbardziej wpływowych mężczyzn Ameryki. Mało feministyczne, ale na pewno działające na wyobraźnię.
Podsumujmy dotychczasowe ustalenia. Marilyn Monroe nie była ani szczególnie uzdolnioną aktorką - zapewne tysiące innych zagrałoby jej życiowe role o niebo lepiej. Niespecjalnie błyszczała intelektem, a jej uroda była mocno podrasowana. Trudno również uwierzyć, że przy wszystkich swoich skłonnościach autodestrukcyjnych zdolna była samodzielnie podbić serca milionów - w tym musieli pomóc jej faceci, których zawsze kręciło się przy niej mrowie. Jak to się zatem stało, spytajmy raz jeszcze, że to ona stała się wybranką muz i że akurat jej przypadła rola ikony popkultury?

Odpowiedzi szukać trzeba gdzieś na styku psychologii społecznej i teorii funkcjonowania mediów. I można by ją sformułować następująco: MM w najlepszy z możliwych sposobów odegrała rolę celebrytki "totalnej", wyznaczoną jej przez wspomnianego już tutaj Daniela Boorstina. Celebrytki, której nie oszczędzono niczego: upokorzeń, efektownych życiowych przełomów, słabości, triumfów, skandali, wreszcie tajemnic otaczających jej śmierć. Ale też pięknej kobiety, uwielbianej aktorki i niezrealizowanej poetki. A przede wszystkim swojskiej dziewczyny, która sięgnęła szczytów popularności, zaczynając praktycznie od zera. Nie takiej, która spogląda na świat przez przyciemnione szyby wypasionej limuzyny i mury niedostępnej posiadłości w Hollywood, ale której powikłane życie można co dzień śledzić niczym obyczajową powieść w odcinkach.

Mają więc rację biografowie aktorki mówiący o nowym sposobie "realizowania" celebrytyzmu, który u progu lat 60. stał się udziałem MM. Gdy przegląda się życiorysy wielkich hollywoodzkich sław sprzed epoki Marilyn Monroe, widać, jak bardzo różniły się od dzisiejszego pojmowania roli gwiazdy. Zimna jak głaz Rita Hayworth, o której amerykańska publika wiedziała jedynie to, że jest piękną kobietą kreowaną przez wytwórnie na seksbombę. Joan Crawford, która poruszała się na ekranie jak automat i u której nikt nie dostrzegł nigdy żadnych emocji. Albo Bette Davis, równie bezbarwna jak role, które przyszło jej grywać, głównie po to, by dogryźć i upokorzyć Joan Crawford. Przy nich Monroe, przy wszystkich swoich wadach, była istnym wulkanem ludzkich cech. Nie bez powodu ukuto dla niej powiedzenie "dziewczyna, która może rozmrozić Alaskę".

Pamiętacie scenę z "Pół żartem, pół serio", gdy aktorka ukradkiem pociąga z metalowej piersiówki? Pije, wygłasza przy tym niezbyt mądre kwestie, a przy okazji okazuje się nieszczęśliwą dziewczyną po przejściach. Nic dziwnego, że pokochały ją miliony szarych myszek marzących o tym, by kiedyś także wpaść w podobną kołomyję romantycznych kłopotów. A wyobrażacie sobie w roli głupiutkiej Sugar Kane Kowalczyk posągową Avę Gardner albo wiecznie zadzierającą nosa Judy Garland? Oczywiście, że nie. MM pobiła je wszystkie naturalnością, spontanicznością i żywiołowością, czyli czymś, co dopiero wkraczało do amerykańskiego aktorstwa.

Oczywiście można sobie zadawać pytanie, na ile ów celebrytyzm Marilyn Monroe był efektem przypadku, a na ile cynicznie przemyślanej strategii marketingowej. Wydaje się, że MM była raczej niezdolna do przewidywania swoich działań. Podejmowała decyzje szybko i bez głębszego namysłu. Potrafiła publicznie powiedzieć, że czasem zastanawia się nad tym, czy w ogóle istnieje Bóg, a zaraz potem ogłosić konwersję na judaizm. Albo skomplementować erotyczne walory męża intelektualisty Arthura Millera w momencie, gdy cała Ameryka powtarzała szeptana plotkę, że rozczarowana mężczyznami aktorka szukała satysfakcji w ramionach Liz Taylor i Marleny Dietrich.
Zapewne instynktownie, ale to właśnie Marilyn Monroe zrozumiała, że bycie gwiazdą wymaga całkowitego, osobistego zaangażowania w sprawy świata. Kluczem nie jest wywyższanie się ponad bliźnich, lecz raczej dzielenie z nimi codziennych trosk. Dziś celebrytki znacznie pomniejszego chowu raczą nas codziennie informacjami na każdy temat, ale trudno nam zrozumieć szaleństwo Amerykanów, gdy w 1956 roku MM w audycji radiowej odważyła się przyznać do tego, że uwielbia gotować, a nawet podała przepis na farsz do indyka, który przygotowała mężowi na Święto Dziękczynienia. Owo zejście z piedestału opłaciło się jej sowicie.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Anthony'ego Summersa, który do naszych rozważań dorzuca kolejny element. Otóż wedle niego Monroe swoją nieprzemijającą sławę zawdzięcza nie tylko temu, że fortuna uśmiechnęła się do niej we właściwym momencie, ale temu, że na początku lat 60. narodziła się telewizja w znanej nam dziś formie. Coś w tym jest. Historycy podają, że w 1960 roku na świecie zarejestrowanych było około 86 milionów odbiorników telewizyjnych, w tym większość w Stanach Zjednoczonych. A przecież nikogo nie trzeba chyba przekonywać, jaką rolę odgrywa telewizja w promocji celebrytów.

Pół wieku temu ta zasada była równie aktualna jak dziś. Gdy Miller i Monroe odbywali swoją słynną podróż do Wielkiej Brytanii, Ameryka niemal wstrzymała oddech. W nagrodę z reporterskiej relacji mogła się dowiedzieć, że on jest nieznośnym pedantem, który "układa skarpetki w nieskazitelną linię", a ona nieznośną bałaganiarą "zostawiającą otwarte tubki z pastą do zębów, rozrzucającą ubrania po podłodze, niezakręcającą kranu w umywalce i nieustannie sięgającą po proszki uspokajające".

"Nowej Marilyn Monroe już nie będzie. Będą tylko jej klony" - powiedział proroczo Billy Wilder w 1998 roku, a mało kto zdołałby przewyższyć go w znajomości tego tematu. Miał rację - MM dlatego jest tak wyjątkowa, bo była zarazem pierwsza i ostatnia. Na nic zdadzą się naśladownictwa. Lindsay Lohan może codziennie paradować po Los Angeles w platynowej peruce, podobnie jak nikt nie broni Charlize Theron buńczucznie oświadczać, że gdyby to ona zagrała w "Słomianym wdowcu", zrobiłaby to znacznie lepiej niż MM. To tylko spektakularne przechwałki gwiazdek, którym nigdy nie będzie dana sława równa tej, która przypadła królowej wszystkich celebrytów świata.

Wideo

Komentarze 8

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
JAM:3
Racja
J
JAM:3
Nie obrażać zmarłych! Marilyn Monroe (właść: Norma Jeane Mortenson) Miała życie pełne depresij;-;
a
agnostyczka
Madonna nie zdobyła zainteresowała atakując chrzescijan a już na pewno nie jest to jedyny powód jej popularnosci. Wie jak zwrócic na siebie uwage, ale przeciez jej piosenki sie bronia po latach, nadal sa popularne, sluchane, puszczane w radiach a ona sama uwielbiana pomimo grona pomstujących na nią nienawistnie zakompleksionych smiesznych małych bogobojnych katolików. Było sporo szumu z jej wypowiedziami na temat koscioła, ale mamy wolność słowa, każdy ma prawo wyrazac swoją opinię, czy nawet krytykę... jeśli ciebie to obraza, twoj problem. Wielu ludzi nie poważa kosciola gdyz nienawidzi hipokryzji i zaklamania jakie on szerzy, nie znaczy to ze sa cyniczni i głupi, może po prostu wyznają inne wartości? Ostatecznie w sprawie boga nie ma żadnych dowodów. I jeszcze jedno - Madonna nigdy nie atakowała chrzescijan, co najwyzej krytykowala a tu jest roznica. Słynna jej wypowiedz to ta w której mówi, że jest to religia ktora nie przynosi ukojenia tylko poczucie winy -moim zdaniem miala racje i jest tu niestety bardziej obiektywna niz cyniczna...
Madonna adoptowała dziecko o ciemnej karnacji. Myslisz, ze zrobiła to bo jej się ''oplacało''? Sam jestes cyniczny, chociaz tego nie widzisz. Wspolczuje takim jak ty.
A
Arkowiec
Media i chciwi pieniedzy agenci filmowi zniszczyli jej zycie. Kolejne nieudane, glupie hollywoodskie malzenstwa to byl fundament do samobojczej smierci tej rozdartej psychicznie kobiety.
A
Arkowiec
pobieraliscie nauki w szkole z jezyka polskiego? Pytam bo pisze sie 'niedościgniony wzorzec' a nie 'niedościgły wzorzec'
i
internautka50+
to cytat z tekstu (bełkotu) o MM, Powiem tak dzięki Bogu, że ostatnia bo to amerykańskie
beztalencie .To taka nadmuchana Barbie. A pan Z Kałużyński mówił o niej że to krowa
w jednym z tych programów z T Raczkiem
m
muot
Na młot Thora, co za bełkot!
A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu Marilyn Monroe jako niedościgły wzorzec współczesnych gwiazd, czyli rzecz o celebrytach
c
cezar
Madonna jest osobą, która nie potrafi zdobyć zainteresowania swoim talentem czy osobowością. Zdobywa je, atakując chrześcijan.

Gdyby było to opłacalne, śmiałaby się z ludzi o ciemnej skórze, z homoseksualistów czy osób niepełnosprawnych intelektualnie. Jest nihilistką. Funkcjonuje w branży. Ludzie, którzy stają po jej stronie, są głupcami albo cynikami. Skiba, czy myślisz, że nie oplułaby Twojej matki, gdyby się to jej opłacało?
Dodaj ogłoszenie