Maria Sadowska: Muzyka i film to dwoje zazdrosnych kochanków [WYWIAD]

Ola Szatan
Maria wyrusza w trasę koncertową. 12 maja wystąpi w chorzowskim Teatrze Rozrywki
Maria wyrusza w trasę koncertową. 12 maja wystąpi w chorzowskim Teatrze Rozrywki danuta węgiel/fotonova
Muzyka i film to dwoje zazdrosnych kochanków - mówi Maria Sadowska, wokalistka, reżyser, jurorka programu "The Voice of Poland" w TVP oraz mama 2-letniej córki

Nowym albumem "Jazz na ulicach" zrobiła pani sobie prezent na prima aprilis?
Myślę, że ta płyta jest przede wszystkim prezentem na wiosnę. Takim, który ma być mocnym zastrzykiem energii i pozytywnego myślenia. Ja w tej chwili jestem po tej bardzo jasnej stronie mocy. Tą płytą przekazuję energię dalej. Skumulowały się na niej wszystkie moje pozytywne doświadczenia. Przede wszystkim dziecko, które ma ogromną bezpretensjonalną radość w sobie. Jestem mamą dwuletniej córeczki, która cały czas tańczy, śmieje się, czerpie to, co najlepsze z tego świata. I wydaje mi się, że ten album bardzo to odzwierciedla. Dzięki temu ja sama trochę poczułam się dzieckiem. I na tym krążku bawię się ulubionymi zabawkami. Jazzem, muzyką elektroniczną.

"Trochę byłam już zmęczona bardzo poważnymi sprawami, którymi zajmowałam się ostatnimi czasy i potrzebowałam czegoś lżejszego. Chciałam się wytańczyć" - to pani słowa. Zastanawiam się, czy nie ma tu pewnego nawiązania do 2004 roku. Wtedy na pani pierwszej płycie z "dorosłym repertuarem" znalazł się utwór "Chcemy tylko tańczyć".
Oczywiście. Zresztą zawsze kochałam taniec. Kochałam rytm, który dla mnie jest punktem wyjścia do tworzenia muzyki. Prawie nigdy nie zaczynam od melodii. Rytm jest dla mnie szkieletem, który potem wypełniam melodią i brzmieniem. Kocham tańczyć. Przyznam, że kiedyś byłam niezłą imprezowiczką, choć to strasznie brzmi. Potrafiłam pójść do klubu i przetańczyć w nim wiele godzin. Do upadłego, wpadając wręcz w taki taneczny trans...

I tak do zamknięcia klubu.
Tak, zawsze do ostatniego gościa (śmiech). Album "Jazz na ulicach" jest po części tego odzwierciedleniem. Mimo że jestem dużo starsza i nie mam już tyle siły.

Z klubu przeniosła się pani do piwnicy. To w piwnicy powstały zalążki albumu "Jazz na ulicach".
Tak... Śmieję się, że jednak jesteśmy prawdziwym garażowym zespołem. Nawet w połowie ta płyta została nagrana w garażu, co słychać. Podobają mi się takie brudne brzmienia. Wszystkie utwory były nagrywane "na setkę", czyli są zarejestrowane od A do Z. Pełne pomyłek, niedoskonałości ludzkich, co czyni je bardziej prawdziwymi. Ja już nie jestem perfekcjonistką. Perfekcjonizm właściwie uważam za wadę w sztuce (śmiech). Teraz jest tendencja, że wszystko jest wygładzone i przeprodukowane. W przypadku takiej muzyki jak moja nie byłoby to dobre. Tym bardziej że posiłkuję się wspaniałą tradycją polskiego jazzu, a przecież kiedyś nie było narzędzi do cyzelowania, do poprawiania... Tylko się wchodziło do studia i nagrywało. Wszyscy grali naraz i koniec. A to, co się nagrało, było efektem końcowym.

Muzyka nigdy się pani nie znudziła?
Nie. Nigdy nie było momentu kryzysowego. Wiedziałam, że zawsze będę to robić i wcześniej czy później będę wracać do muzyki. Niestety, to samo mogę powiedzieć o filmie. Jak ktoś raz zasmakował bycia na planie, tworzenia, bycia reżyserem, to już nie można przestać. Mam więc trudny orzech do zgryzienia, bo muzyka i film to dwoje bardzo zazdrosnych kochanków. Staram się dzielić sprawiedliwie swój czas pomiędzy obie te pasje. Nie było takiego momentu, że pomyślałam: "teraz zajmę się tylko filmem", chociaż ostatnie cztery lata poświęciłam filmowi i to on był na pierwszym miejscu.

Pani ostatni film "Dzień kobiet" został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność i krytyków.
Szalenie mnie to uskrzydliło. Jako muzyk czuję się już bardzo pewnie. Właściwie jestem już takim starym wilkiem morskim, który swobodnie sobie żegluje po tych muzycznych wodach. Ale jeżeli chodzi o reżyserię, to jestem debiutantem i jeszcze wiele muszę się nauczyć. Sporo rzeczy robię jeszcze po omacku. Sukces filmu "Dzień kobiet" totalnie mnie zaskoczył. Dał mi też dużo energii, by wrócić do muzyki. Bo faktycznie byłam już trochę zmęczona tą misją, którą od jakiegoś czasu prowadzę - mówienia o rzeczach, które mnie uwierają. Na pewno z tego nie zrezygnuję i będzie to elementem mojej twórczości, ale jednocześnie tęskniłam za beztroskim podejściem do sztuki i muzyki. Oderwanym od spraw społecznych.

A co dla pani było koronnym argumentem, by wziąć udział w tym programie?
Generalnie nie oglądam telewizji. Raczej są mi obce te wszystkie programy typu "talent show". Ale przyznaję się bez bicia, że "The Voice of Poland" uwielbiałam i całą pierwszą edycję oglądałam z wypiekami na twarzy. Miałam swoich ulubieńców, pomstowałam na trenerów, tak jak wszyscy...

Komu się najbardziej dostało?
Nie mogę powiedzieć, bo to są moi koledzy. Śmieszne jest to, że teraz sama jestem w tej sytuacji i wiem, jakie motywy mogą kierować trenerami poza tym, co widzimy na ekranie. A nie widzimy tych wszystkich rzeczy, które dzieją się za kulisami. W każdym razie byłam pod wrażeniem tego programu, co więcej - mnóstwo moich znajomych go ogląda. Łącznie z całą rzeszą bardzo awangardowych muzyków jazzowych i poważnych reżyserów filmowych. To był też dla mnie sygnał, że program jest fajny i nie należy się go bać. Miałam też świadomość tego, że jest to najlepiej realizowany program tego typu w kraju i że pod każdym względem jest to najwyższa jakość. Musiało upłynąć trochę czasu, zanim zdecydowałam się przyjąć to zaproszenie, ale zgodziłam się i postanowiłam maksymalnie wykorzystać tę sytuację do swoich celów. Bo moim celem jest także propagowanie takiej muzyki, jaką robię, a która w Polsce jest jednak niszowa. Bardzo na przekór temu wszystkiemu, co jest obecne w mediach.

***

Maria Sadowska (ur. 27 czerwca 1976 r. w Warszawie) - wokalistka, scenarzystka, reżyser. Córka Krzysztofa Sadowskiego i Liliany Urbańskiej. W latach 90. występowała w programie "Tęczowy Music Box". Pierwszą solową płytę nagrała mając 14 lat, w 2012 zadebiutowała jako reżyser w pełnym wymiarze filmem "Dzień kobiet". Jurorka "The Voice of Poland". Pod jej opieką był Mateusz Ziółko, który wygrał poprzednią edycję show.

Wideo

Materiał oryginalny: Maria Sadowska: Muzyka i film to dwoje zazdrosnych kochanków [WYWIAD] - Dziennik Zachodni

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie