Marek Zając: Święty, co palił i się zaciągał

Publicysta dziennika "Polska"
Sprawa Lecha Wałęsy - obok swoich dwóch głównych nurtów, czyli sporu historyków oraz publicystycznego starcia III versus IV Rzeczpospolita - obfituje też w wątki poboczne.

Pada na przykład pytanie, na ile narodowy czy pokoleniowy bohater powinien być postacią krystaliczną, nieskalaną i pomnikową. Czy odbrązawianie ludzi egzystujących już w sferze zbiorowychlegend i mitów, zwłaszcza jeszcze za ich życia - jest zabiegiem wskazanym, bo czyniącym herosa człowiekiem z krwi i kości, a przez to bliższym przeciętnemu śmiertelnikowi?

A może wyszukiwanie osobistych wad i słabostek, jak argumentują inni, jest zajęciem odpowiednim tylko dla nienawistników?

Przyczynek do tych debat można odnaleźć w biografii nie politycznego lidera, ale świętego. Postaci, którą wyniosło się już nawet nie na cokół, ale na ołtarz.

Mowa o Adamie Chmielowskim, bracie Albercie. "Najpiękniejszy człowiek mego pokolenia" - tak wspominał go pisarz Adolf Nowaczyński. Naśladowca Franciszka z Asyżu, opiekun bezdomnych, uosobienie bezinteresownego dobra. Można by się spodziewać, że miał śmierć na miarę hagiograficznych wyobrażeń, żywcem wyjętą z pobożnego obrazka.

Faktycznie, wszystko wydawało się idealnie przygotowane na ostatni akt świątobliwego żywota. Konanie rozpoczęło się, symbolicznie, w Wigilię roku 1916. Wokół łoża zebrali się albertyni i albertynki.

Nadeszła pora na ostatnie życzenie. Wszyscy oczekiwali głębokiego gestu, który można by opisać złotymi zgłoskami w kościelnych annałach. Tymczasem brat Albert poprosił o... papierosa. Z przyjemnością zaciągał się dymem, z papierosem w ustach umierał na oczach zdumionych braci i sióstr.

Ta historia ma drugie dno: podczas powstania styczniowego Chmielowskiemu amputowano nogę. Za jedyne znieczulenie posłużyło wtedy wetknięte w usta cygaro. Gdy medyk rżnął piłą łydkę, Chmielowski z bólu połknął niedopałek.

Cierpiąc na łożu śmierci, zapewne przypomniał sobie tamtą chwilę. Ale przede wszystkim chciał przekłuć nadmuchany patosem balon.

Odejść jak zwykły człowiek, a nie święty z aureolą. I dlatego właśnie został świętym.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
pati
Zastanawiam się kto wybiera fotografie do tych komentarzy. A jeszcze bardziej, kto sugeruje modelowi poze? Uśmiech tutaj sztuczny, poza równie nienaturalna. Nie sądzicie?
p
pati
Marek Zając wogóle pisze fajne komentarze. Chyba można powiedzieć, że należy do tych nielicznych katolików, z którymi można rzeczowo porozmawiac. Dlatego warto.
Dodaj ogłoszenie