Marek Oramus: Wszechświat jest bogaty w formę i w treść niebiedny

Anita CzuprynZaktualizowano 
Fot. Andrzej Wiktor
Jesteśmy nalotem pleśni na pyłku, który w skali kosmosu nie znaczy nic - Marek Oramus, pisarz fantasta opowiada o swojej książce „Na niebie i ziemi”.

Z zachwytem, ale i z przerażeniem czytałam Pana najnowszą książkę „Na niebie i Ziemi”.
Momentami jest się czym przerazić. Na przykład tym, co mówi pani profesor Waleria Hryniewicz o rosnącej oporności bakterii na antybiotyki, a nie ma dziś w Polsce lepszego specjalisty od mikrobiologii od niej.

Profesor Hryniewicz odsłania tę stronę rzeczywistości, która pokazuje, jacy w gruncie rzeczy bywamy bezmyślni i bezradni wobec bakterii. Ale może po kolei. Przeprowadził Pan 27 rozmów z najwybitniejszymi polskimi naukowcami. Wśród nich są m. in. Bohdan Paczyński, Marek Abramowicz, Paweł Artymowicz, Andrzej Udalski, Marek Demiański, Aleksander Wolszczan.
Jak pani widzi - same dobre nazwiska.

Która z tych postaci zrobiła na Panu największe wrażenie?
Nie było jednej takiej postaci. Oni wszyscy są niepowtarzalni i mają swoją oryginalność. Docierałem do nich albo dzięki własnemu rozeznaniu, albo ktoś mi ich polecał. Na przykład znajomy astronom mówi: „Profesor Paweł Rudawy to najlepszy ekspert od Słońca, jakiego mamy w Polsce. Tylko że we Wrocławiu”. Musiałem więc wybrać się do Wrocławia. Ze świętej pamięci profesorem Paczyńskim, astrofizykiem, spotkałem się w Krakowie i to przy okazji Lema.

Jak to?
Akurat były 80. urodziny Stanisława Lema, więc przyjechałem do Krakowa. Rok 2001, pamięta pani, atak na World Trade Center. I znów znajomy astronom, ale inny, mówi mi: „Odbywa się 30. zjazd Polskiego Towarzystwa Astronomicznego, będziemy wręczać Paczyńskiemu prestiżową nagrodę im. Kopernika. Paczyński nieczęsto bywa w Polsce, chodź, zobaczysz go”. Poszedłem, wysłuchałem wykładu i umówiłem się z nim na rozmowę. Gdyby nie ta sposobność, to raczej nie miałbym okazji z Paczyńskim porozmawiać, bo kilka lat później zmarł. Był naprawdę wybitnym astrofizykiem, zasługiwał na nagrodę Nobla za mikrosoczewkowanie grawitacyjne. Pech chciał, że w tym organie, którym się posługiwał, stwierdzono raka i to nieuleczalnego.

Profesor Paczyński był promotorem syna Stanisława Lema - Tomasza.
Czytałem ostatnio listy Lema i Ewy Lipskiej. Do książki dołączono też listy młodego Lema z czasów, kiedy był na uniwersytecie w Princeton. Opisuje wieczór, kiedy poszedł do kina uniwersyteckiego na film „Stalker” według powieści „Solaris” Stanisława Lema. W sali kinowej było trzech widzów: on, jakiś Murzyn i starszy mężczyzna. Po seansie Tomasz Lem podszedł do tego mężczyzny, zaciekawiony, jakie powody sprawiły, że przyszedł na taki film. Okazało się, że to był właśnie Bohdan Paczyński. Tak się poznali. Kiedy ja spotkałem się z Paczyńskim, pytał mnie o kontakt do Stanisława Lema, bo chciał go odwiedzić. Podałem mu telefon, więc prawdopodobnie do tego spotkania doszło.

Przy okazji: Aleksandrowi Wolszczanowi też Pan wróżył Nobla.
Nie jest wykluczone, że go dostanie, tylko tu jest problem z formułą. Nie przyznaje się Nobla z astrofizyki, więc nie wiadomo, z jakiej puli nagrodzić jego odkrycie planet, pierwszych poza naszym Układem Słonecznym.

Jakie były okoliczności Pana spotkania z profesorem Wolszczanem?
Umówiłem się z nim w Toruniu, ale kiedy przyjechałem, okazało się, że nie ma dla mnie czasu. „Panie profesorze, jechałem do pana z Warszawy” - powiedziałem, a on na to: „A co mnie to obchodzi, ja mam tu różne rzeczy do wykonania i nikt za mnie tego nie zrobi”. Wpadłem więc na pomysł, że będę chodził za nim krok w krok i tak przeprowadzę tę rozmowę. Tak też powstał ten wywiad „na chodzonego”. Ostatnie pytania zadałem i odpowiedzi dostałem w autobusie jadącym na dworzec, bo profesor miał odebrać swoją żonę z pociągu. Innym razem Wolszczana czekała 9-godzinna podróż samolotem, a nie miał co czytać. Dałem mu „Arsenał”, jedną ze swoich powieści. Czy przeczytał - nie wiem.

Paweł Artymowicz?
Specjalista od powstawania układów planetarnych, ale interesuje się też samolotami. Ma licencję pilota, sam lata, wykonuje akrobacje. Zadzwoniłem do niego i usłyszałem: „Absolutnie nie udzielam żadnych wywiadów”. Był wtedy jednym z ekspertów komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej i w tym czasie wszyscy do niego dzwonili. Powiedziałem: „Smoleńsk mnie teraz nie interesuje, chciałbym z panem rozmawiać na temat powstawania układów planetarnych”. Odrzekł: „Skoro tak, to możemy rozmawiać natychmiast”. Przyjechał do mnie, siedział tu, jak pani, przy tym stole, na sąsiednim krześle i rozmawialiśmy. Kto następny?

Andrzej Udalski.
Ze spotkaniem z nim nie było już takich problemów. Jest na miejscu, kieruje Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Pojechałem do niego i byłem zdumiony, że astronom nie siedzi wsparty czołem o lunetę, tylko przy komputerach, w przyciemnionym pokoju. Okazało się, że wszystko już jest zautomatyzowane, niebo jest skanowane masowo, aparatura wybiera co ciekawsze przypadki i on może je na komputerze przeglądać, szczegółowo przyglądać się wynikom, bo inaczej nie byłby w stanie przerobić tej ilości danych. W docieraniu do wielu naukowców bardzo pomogli mi fantaści, ponieważ niektórzy z moich rozmówców albo mieli coś wspólnego z fantastyką, albo sami pisali powieści, utwory fantastyczno-naukowe. Maciej Konacki był moim autorem w „Fantastyce”, napisał mi artykuł o czarnych dziurach. Krzysztof Grzywnowicz, specjalista od grzybów, był kiedyś szefem oddziału Klubu Fantastyki w Lublinie i do dziś dnia ma ciągoty do science fiction. Andrzej Drzewiński, fizyk, zaczynał od zbioru opowiadań science fiction. Może teraz trochę się wstydzi błędów młodości, bo nie napisał o tym w swojej notce biograficznej. Dariusz Filar, ekonomista, też w młodości pisał fantastykę i teraz, gdy przeszedł na emeryturę, wraca do pisania.

Nauce bliżej do fantastyki czy fantastyce bliżej do nauki?
Wielu naukowców dzisiaj wypiera się fantastyki. Fantastyka nie jest dziedziną bardzo poważną. Nauka jest dalece bardziej działaniem serio. Ale prawdopodobnie to dzięki fantastyce wkroczyli w naukę, bo czytanie fantastyki otworzyło im wyobraźnię. Zresztą to jest typowa droga fizyków amerykańskich - wielu z nich przyznaje się do inspiracji fantastyką, zwłaszcza astronomowie, ludzie od nieba. Ale chciałbym też opowiedzieć o moim spotkaniu z profesorem Piotrem Wolańskim.

Słucham z ciekawością.
Umówiłem się z nim na wywiad, a nie miałem z kim zostawić dziecka. Berenika miała pięć lat, do szkoły jeszcze nie chodziła, zabrałem ją ze sobą. Zima była straszna. Po drodze zamarzł mi dyktafon i aparat fotograficzny. Kiedy dotarłem do profesora, nie byłem w stanie nagrywać rozmowy. No i trzeba było coś zrobić z dzieckiem. Powiedział, aby dziecko posadzić za jego biurkiem; dostało kartki, rysowało, a myśmy rozmawiali. Zapisywałem wszystko, jak w latach 70., ręcznie i wyszedł niezgorszy wywiad. W pewnym momencie Berenice coś spadło z biurka, zaczęła szukać na podłodze, a Wolański mówi: „Może znajdą się i inne rzeczy, które i mnie poginęły” (śmiech). Aparat fotograficzny, który położyłem na kaloryferze, rozmroził się w końcu, więc mogłem zrobić zdjęcia. Ta książka zawiera więc przygody, jakie się zdarzają człowiekowi na co dzień, ale przygody z wielkimi ludźmi. Przede wszystkim jednak jest to przygoda intelektualna. Rozmawiałem z najlepszymi umysłami, jakimi w tej chwili nasz kraj dysponuje. A oni pokazywali mi, o co chodzi w nauce, tłumaczyli stan obecny badań w swoich dziedzinach.
Był Pan do tych rozmów świetnie przygotowany. Czytając książkę, zastanawiałam się, czy kończył Pan te rozmowy usatysfakcjonowany. Czy na wszystkie pytania dostał Pan odpowiedź?
Czasami tak, a czasami nie. Pewnie zauważyła pani, że ja w tej książce uparcie wracam do takich motywów, jaki jest sens Wszechświata, jakie jest jego przeznaczenie. Moi rozmówcy wycofywali się z odpowiedzi na te pytania.

Jak Pan myśli, dlaczego?
Ponieważ tego się nie da sprawdzić. To jest nienaukowe. Porządny naukowiec trzyma się reguły Karla Poppera, że nie można stawiać hipotez niewywrotnych. Hipoteza niewywrotna to taka, której nie można sfalsyfikować. Tak jest na przykład z koncepcją światów równoległych. Wydaje nam się, że oprócz naszego Wszechświata, jakieś inne wszechświaty mogłyby również zaistnieć.

I można to wyliczyć?
Wyliczyć nie, ale są pewne przesłanki. Na przykład materia w pewnym sektorze nieba biegnie z wielką szybkością w kierunku tzw. Wielkiego Atraktora i wydaje się, że ciągnie ją tam olbrzymia grawitacja. Coś więc musiałoby tam być. Jest też koncepcja, że czarne dziury, to są de facto gniazda - początki nowych wszechświatów. Materia, która się tam skondensowała, w końcu wybucha, ale już w innym wymiarze, w innym wszechświecie. Jest to odpowiednik naszego Big Bangu, czyli Wielkiego Wybuchu, po którym tworzy się tam nowy wszechświat na tej samej zasadzie, na jakiej stworzył się nasz.

Czym faktycznie są czarne dziury?
Są fascynującym fenomenem. To ostatnie stadium gwiazdy masywnej, która się wyświeciła. Gwiazdy bardzo masywne żyją krótko - sto milionów lat. To jest bardzo krótki okres w skali Wszechświata. Nasze Słońce ma już 5 miliardów lat i jeszcze kolejne 5 będzie egzystowało, dopóki nie wypali się w środku cały wodór i hel. Kiedy gwiazda się wyświeci, następuje zakłócenie równowagi między olbrzymią grawitacją, która ciągnie materię do środka, a promieniowaniem, które się wydobywa ze środka i rozpycha materię. Jeżeli ta równowaga zostanie zakłócona na rzecz grawitacji, to gwiazda zapada się, następuje eksplozja i to jest stadium supernowej. Tego, co zostaje, jest z reguły tyle, że zapada się dalej i tworzy czarną dziurę. To jest tak gęste skupisko materii, że nawet światło nie potrafi się z tego wyrwać. Wciąż jednak nie mamy pojęcia, czym naprawdę jest czarna dziura, bo nie mamy do tego fizyki. Jeżeli fizycy odkryją kwantową teorię grawitacji, to uzyskamy narzędzie do opisu tych fenomenów.

Mogę zrozumieć, że naukowcy nie chcą rozmawiać na temat sensu Wszechświata, ale - tak wynika z Pana książki - mają też różne poglądy na temat samego życia. Dla profesora Wolszczana życie to tylko produkt uboczny. Zdaniem profesora Udalskiego, życie będzie powstawać zawsze i wszędzie, jeśli tylko będzie mogło.
Ponieważ są poglądy pesymistyczne i optymistyczne.

Ciekawa jestem, jaki jest Pana pogląd.
Taki, że życie będzie występować w miarę często, bo istnieje masa układów planetarnych i dziś już o tym wiemy. Znanych jest około 4 tysięcy układów planetarnych poza Słońcem i właściwie obok każdej gwiazdy, nawet tak nietypowej, jak Proxima Centauri, krąży planeta. W układzie Centaura są dwa słońca podobne do naszego - Centaur A i Centaur B - które okrążają się wokół wspólnego środka masy. Ten układ w dużej odległości obiega Proxima Centauri, czerwony karzeł - to późne stadium gwiazdy, takiej jak nasze Słońce. Ona się wolno wypala, robi się czerwona, gaśnie, potem staje się czarnym karłem i już nie emituje żadnego promieniowania widzialnego. Obok tego czerwonego karła zauważono planetę, ale dość długo nie było co do tego pewności. W tej chwili mamy potwierdzenie, że jest tam przynajmniej jedna planeta. Jeżeli więc w tak dziwnym miejscu, z takimi perturbacjami grawitacyjnymi krąży planeta, to oznacza, że te planety powstają gdzie się tylko da.

Ale czy planeta zawsze oznacza życie?
Nie zawsze. Ale tu działa statystyka. Jeżeli przyjmiemy, że w Galaktyce jest jakieś 400 miliardów gwiazd, to planet powinno być 4-5 razy więcej, prawda? To ogromna liczba. Trudno statystycznie przypuszczać, żeby coś na tych planetach nie powstało. To jest wręcz niemożliwe. Sądzę więc, że proste, bakteryjne życie może powstawać dość nagminnie. Natomiast potem są wielkie trudności, aby doszło do takiego etapu jak na Ziemi. Musi się zbiec masa czynników i te czynniki występują z niskim prawdopodobieństwem. Skoro muszą wystąpić razem, to prawdopodobieństwo tego jest jeszcze mniejsze.

Czyli fakt, że urodziliśmy się ludźmi jest…
… jest czymś niemożliwym.

I cudownym.
Owszem. To jest cud. Nauka to tłumaczy - urodziliśmy się wokół dość specyficznej gwiazdy, w specyficznym układzie, na specyficznej planecie, która ma specyficzne położenie. I ma Księżyc, a jego wpływ na powstanie życia jest bardzo istotny. Na przykład Księżyc wpływa na regularność orbity ziemskiej, stabilizuje kąt nachylenia osi ziemskiej. Gdyby nie Księżyc, zmiany orbity, zmiany klimatu byłyby takie, że życie nie miałoby stabilnych warunków i zgasłoby jak świeczka. Ale żeby Księżyc powstał, 4,3 miliarda lat temu, kiedy planety były jeszcze rozżarzonymi masami, w Ziemię uderzyła duża planeta wielkości Marsa. Nie było centralne łupnięcie, jak zderzenie bil na stole bilardowym, tylko pod specjalnym kątem. W wyniku tego płaszcz skorupy ziemskiej został zerwany. Część materii odpłynęła w kosmos i utworzyła Księżyc, część się rozproszyła, reszta została tutaj. Ziemia pozbawiona została pierwotnego płaszcza, a dzięki temu posiada stosunkowo duże jądro żelazne, które tworzy bardzo mocne pole magnetyczne, a ono z kolei osłania nas przed wybuchami słonecznymi. Gdyby nie pole magnetyczne, prawdopodobnie promieniowanie wszystko by wypaliło. A zatem masa takich szczegółowych wydarzeń złożyła się na to, że nasz Układ Słoneczny przyjął taką formę, że składa się z takich planet i że Ziemia zajmuje takie miejsce i wygląda, jak wygląda.

Lubię patrzeć w niebo, bo to mi daje uczucie spokoju, ale przecież tam spokoju nie ma. W kosmosie wszystko jest w nieustannym ruchu i wszystko się zmienia. I tyle jest jeszcze do odkrycia. To również może napawać zachwytem i przerażeniem.
Kosmos jest takim miejscem, gdzie nic nie stoi w miejscu. Nie ma linii prostych. Pełno jest katastrof połączonych z emisją monstrualnych ilości energii. We Wszechświecie jest pod dostatkiem miejsca i przede wszystkim czasu. Rozmiary Wszechświata szacuje się na 92 miliardy lat świetlnych, a wiek na 13,8 miliarda lat. To oznacza, że zdarzenie o dowolnie małym prawdopodobieństwie ma szansę prędzej czy później zaistnieć gdzieś w kosmosie.

My tyle czasu nie mamy. Co utrzymuje Wszechświat?
W ruchu? Grawitacja. A skąd się wziął Wszechświat? Są różne poglądy. Jedni mówią, że stworzył go Bóg, drudzy, że sam się stworzył. Stephen Hawking, który niedawno zmarł, był zwolennikiem poglądu, że nastąpiło to samorzutnie, z olbrzymiej czarnej dziury, która nabrzmiewała, aż wystąpił Wielki Wybuch. Zaraz jednak pojawia się pytanie: ale co było wcześniej? Inny wszechświat? Są koncepcje wszechświata cyklicznego, który rozszerza się, dochodzi do pewnego momentu i zaczyna się kurczyć.
W jakim momencie teraz jesteśmy?
W momencie rozszerzania się Wszechświata, i to coraz szybszego. Naukowcy zastanawiają się, skąd się to szybkie rozszerzanie bierze. Pojawiają się koncepcje ciemnej materii, ciemnej energii. Drudzy mówią, że czegoś takiego nie ma, że to wymysły teoretyków, którzy starają się wytłumaczyć coś, czego nauka dziś nie rozumie. Ale to wszystko oznacza też, że ciągle jest co badać i moi rozmówcy na pewno będą mieli zajęcie, ponieważ Wszechświat jest bogaty w formę, a i w treść niebiedny.

Pana zdaniem, los cywilizacji zależy właśnie od tych ludzi, z którymi Pan rozmawiał.
To prawda. Los cywilizacji od nich zależy, bo uważam, że cywilizacja jest w głębokim kryzysie. Model, jaki mamy, jest dziś na drodze do wyczerpania i w perspektywie prowadzi nas, powiem za Hawkingiem - do zagłady. 30 procent ludzkości, tej najzamożniejszej, zużywa 80 procent zasobów planety. Łatwo obliczyć, że gdyby wszyscy chcieli żyć „po amerykańsku”, potrzebujemy trzech planet wielkości Ziemi. Tymczasem dysponujemy zaledwie jedną. Mamy w miastach smog, mamy efekt cieplarniany, z którym nic się nie robi.

I za którym idzie zmiana klimatu, ginięcie gatunków.
Tak. Trzeba by ograniczyć populację ludzką, bo wspólnym mianownikiem tych dopustów jest demografia. Trzeba by ogłosić jakieś rozbrojenie demograficzne. Nie wiadomo, kto ma to zrobić i jak, bo byłoby to ingerowanie w bardzo delikatną sferę rozrodczości.

Tymczasem w Polsce bije się na alarm, że potrzebujemy wzrostu demograficznego.
Tak się utarło w dziejach, że silne jest to państwo, które ma dużo ludzi. Żeby nas nie zadeptano, też musimy się starać, żebyśmy byli w miarę liczni. Natomiast myślę, że na całej Ziemi powinno żyć dwa miliardy ludzi i to by wystarczyło. Świat byłby taki, jak na początku XX wieku. Pamiętam świat, na którym żyło 4 czy 5 miliardów ludzi. Stanisław Lem, który urodził się w początkach XX wieku, opowiadał mi, jaki świat był przyjemny, kiedy żyło na nim dwa miliardy ludzi. W tej chwili mamy prawie 8 miliardów ludzi i co roku przybywa 80 milionów.

Na czym polegała przyjemność świata, kiedy nie było na nim tyle ludzi?
Na świecie było dużo miejsca, przyroda była w stanie regenerować się sama, było dużo zwierząt, aczkolwiek pewne gatunki już wtedy zdążyły wyginąć. Żyło się spokojniej, bez tych wszystkich bomb nad głową i overkillu. Środki zagłady są tak skuteczne i mają tak olbrzymią moc, że obejmują całą planetę.

Wojny odbywały się cały czas.
Były, ale codzienne życie było przyjemniejsze. Dziś mieszkamy w Warszawie - w huku, tłoku, w smogu. Nagle okazało się, że smog jest poważnym zagadnieniem, że nie potrafimy się z nim uporać. I to nie jest jedynie nasz problem, ale światowy. W Pekinie ludzie chodzą w maskach z gazy, bo by się podusili. Doszliśmy do takiego momentu, że trzeba się poważnie zastanowić, czy brnięcie dalej w tym kierunku ma sens. Zaczynają się efekty uboczne, o jakich opowiada profesor Hryniewicz: własną działalnością, nieumiarkowanym używaniem antybiotyków doprowadziliśmy do powstania szczepów bakterii, które są oporne na wszystkie antybiotyki. O tym się głośno nie mówi, ale mamy w Polsce ukrytą epidemię za sprawą szczepu Klebsiella pneumoniae zwanego New Delhi, który jest oporny na wszystko, a żeby było śmieszniej, głównie roznosi się w szpitalach. Ludzie na całym świecie na to umierają. W Europie Zachodniej, w Niemczech, gdzie trudno przecież powiedzieć, że warunki są dalekie od sterylnych. To są efekty uboczne cywilizacji, a wspólnym tego mianownikiem jest przeludnienie. Nie ma żadnego pomysłu, jak sobie z tym poradzić.

Słowem - czeka nas zagłada?
Odpowiem tak, jak odpowiadali mi naukowcy: to jest pytanie nienaukowe. Jako fantasta i domorosły futurolog mogę powiedzieć tyle: jeśli nic się nie zmieni, to złe konsekwencje naszych poczynań będą się nawarstwiać, narastać, multiplikować, rosnąć w sposób lawinowy i w pewnym momencie zobaczymy, że nic już nie można zrobić, tylko usiąść i płakać. Należałoby coś zrobić teraz, zaraz, póki jeszcze można. Ale nawet gdyby był rozsądny plan, nie ma egzekutywy, która potrafiłaby go wprowadzić w życie w skali całej planety.

Kiedy spojrzeć całościowo na niebo i Ziemię, to widać całe mnóstwo zależności, symbiozy, wzajemnego wspomagania. Jakim ogniwem w tych zależnościach jest człowiek?
Człowiek żyje w tym wszystkim, korzysta z tego, pewne rzeczy psuje, o czym już sobie powiedzieliśmy. Natomiast mam wrażenie, że Wszechświata kompletnie to nie obchodzi. Jesteśmy nalotem pleśni na małym pyłku, który w skali kosmosu nie znaczy nic. Ale jednocześnie jesteśmy tak specyficznym zjawiskiem, tak rzadkim, że nie zdziwiłbym się, gdybyśmy byli jedynym takim przypadkiem. Wyznaję koncepcję Wszechświata jako nadmiaru: potrzeba było aż takiego nadmiaru - czasu, materii, energii, żeby w jednym miejscu powstało coś tak głupiego, jak my na tej Ziemi. Gdyby to było prawdą, to byłaby przeraźliwa wizja. Ponieważ ogromna maszyneria Wszechświata, taka monstrualna góra, urodziła taką znikomą mysz.

Zgoda, ale ta mysz…
… ta mysz musi mieć jakąś wartość. Choć nie wiadomo jaką. Dla nas ta mysz jest wszystkim.

Tą wartością jest miłość. Są systemy religijne i filozoficzne, które mówią o tym, że Wszechświat przy życiu utrzymuje miłość. A jeżeli człowiek ma zdolność do tego, żeby kochać?
Tu znów odpowiem, że jest to pytanie spoza terytorium, na którym czuję się pewnie. Koncepcje są różne, również takie, które mówią, że Wszechświat to wręcz świadoma istota, która ma jakiś cel. Inni twierdzą, że to komputer, który coś oblicza. Ale jeżeli wierzyć moim rozmówcom, to po pierwsze ludzkość jest produktem ubocznym Wszechświata, a po drugie - ten produkt uboczny został wyposażony w dziwaczne cechy, których nie spotyka się ani na Marsie, ani na Wenus, choć podobno kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa.

POLECAMY:

polecane: FLESZ: Wybory do Parlamentu Europejskiego. To musisz wiedzieć.

Wideo

Materiał oryginalny: Marek Oramus: Wszechświat jest bogaty w formę i w treść niebiedny - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
G
Gość

Wszystko co mamy dziś złego ( a nic innego nie mamy, reszta to pozory) łącznie z odporną bakterią jest dziełem nienasyconego pazerniactwa kapitalistycznych bandziorów. Nawet idiota z połową szarej komórki wie, że w takim ustroju człowiek posunie się bez najmniejszych zahamowań do wszystkiego dla mamony jeśli ta jest miernikiem i bogiem.

zgłoś
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3