Marek Niedźwiecki: Oddam wszystko za grzyby

Gabriela Pewińska
Marek Niedźwiecki: Pierwsza moja przygoda z winem shiraz rozpoczęła się w Australii
Marek Niedźwiecki: Pierwsza moja przygoda z winem shiraz rozpoczęła się w Australii fot. archiwum prywatne
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
O rosole z żyrafy, czekoladzie dla łasucha, kotletach taty, targu dzieciństwa i pasji do gotowania oraz jedzenia z Markiem Niedźwieckim, prezenterem radiowym, rozmawia Gabriela Pewińska

Co to jest "powtarzalność z grzybami", o której Pan pisze na swoim blogu?

Muszę zacząć od tego, że za grzyby oddam wszystko. Nawet mięso. Grzyby to dla mnie dobre wspomnienie z dzieciństwa. A jak coś posmakuje w dzieciństwie, to już później zostaje w człowieku i wciąż chce się do tego wracać. Kiedyś sam zbierałem grzyby, a teraz jak ludzie pytają mnie: Gdzie byłeś na grzybach?, odpowiadam: Na bazarku. Ale na grzybach się znam. Wiem, które są jadalne, a które nie. Nigdy się nie pomyliłem, no może raz, gdy mieliśmy z siostrą ochotę na jajecznicę z kurkami...

"Kurki są moim zdaniem najlepsze z tym od kurki".

...ale wśród tych kurek do jajecznicy była też jedna surojadka. Ugotowaliśmy to i całość była do wyrzucenia. "Powtarzalność z grzybami" dzieje się u mnie prawie codziennie. To są bardzo proste potrawy. Żeby je przyrządzać także po sezonie, mrożę grzyby. Dlatego prawdziwki i podgrzybki przez całą jesień, a potem przez całą zimę i wiosnę pachną w moim domu. Pachną w całym bloku!

Pana ulubiona "powtarzalność"?

Najczęściej kupuję pieczarki, mieszam je z tymi mrożonymi prawdziwkami, do tego czosnek, który szklę na oliwie, przyprawy, które lubię, czyli sos sojowy... z grzybami...

No ba!

...troszeczkę chili, soli, pieprzu, a gdy grzyby puszczą wodę, dolewam tłustą śmietankę, dorzucam trochę natki pietruszki. I już!

Wrócę jeszcze do Pana bloga: "Tak, lubię powtarzalność. W zasadzie we wszystkim. Przed 9 bazarek. Pomidory, słodka cebula, pieczarki, natka pietruszki, czosnek, mandarynki... Kurczę, zawsze kupuję to samo".

Jestem trochę nietypowy, takie zwyczajne, szare życie mi się podoba. To moje chodzenie na bazarek... Bywa, że wszystko w domu mam, a jednak tam idę. Chyba tkwi we mnie coś z mieszkańca małego miasteczka, z którego pochodzę. Bo bazarki to są ciągle ci sami ludzie, pani Ala, u której kupuję warzywa, pani Małgosia, do której chodzę po wodę i jogurty. I ten mój warszawski bazarek to tak jakbym w małym miasteczku poszedł do sklepu spożywczego czy na targ. Targ... Tak się u nas, w Szadku, mówiło. Teraz na bazarku codziennie kupuję cztery pomidory, świeżą natkę pietruszki czy szczypiorek, to jest rytuał.

Pamięta Pan ten targ swojego dzieciństwa?

To raczej mama tam chodziła po zakupy, mama była od takich spraw. Mnie się wtedy marzyło, aż wstyd się przyznać, masło kupione w sklepie, to z targu było za tłuste, za intensywne. Wolałem też kupowaną w sklepie marmoladę z bloku, która była niesmaczna, ale miała zupełnie inny smak niż te wszystkie przetwory, które robiła mama. Teraz bym wolał te mamine konfitury... Zawsze człowiek tęskni do tego, czego nie ma. Miałem szczęśliwe dzieciństwo, choć nie było może zbyt bogato, bo pochodzę z rodziny wielodzietnej, więc jak się otwierało tabliczkę czekolady, to na czworo. Ale pamiętam tamten czas przez pryzmat targu właśnie. Mieszkaliśmy tuż obok. Widziałem z okna, jak zjeżdżali się sprzedawcy, jak rozkładali stoiska. Często w drodze do szkoły biegłem tam, by poczuć tę niezwykłą atmosferę. W moim dzieciństwie środa zawsze znaczyła targ. Zresztą tamto targowisko, jak i całe miasteczko zaistniało w filmie "Spotkanie ze szpiegiem" Jana Batorego, z 1964 roku. Uwieczniony został też nasz dom, a nawet gdy to po latach oglądam, wydaje mi się, że w jednym z okien stoję mały ja...

Teraz wozi Pan z Szadka przetwory.

To są tak zwane toboły. W tamtą stronę, gdy jadę do siostry - teraz już do siostry, mama mieszka u niej - wiozę przeróżne delikatesy, frykasy, których tam nie można kupić. Stamtąd targam domowy rosół i karkówkę naszpikowaną czosnkiem, ale też dziesiątki innych pyszności. Wszystko popakowane w małe pojemniczki... Czasem klnę, bo to ciężkie, ale z drugiej strony, potem jeszcze przez cały tydzień odczuwam smak tamtej niedzieli w domu. U nas w niedzielę zawsze był rosół.

Kiedy po raz pierwszy pił Pan australijski shiraz, którego chwałę głosi Pan po świecie?

W 1995 roku. Na początku zupełnie mi nie smakował. Był za intensywny, za mocny. Musiałem dojrzeć do tego smaku. Pierwsza moja przygoda z tym winem zaczęła się, gdy mieszkałem w Adelajdzie, w domu babci mojej koleżanki. Koleżanka zostawiła mi w lodówce trochę dobrego jedzenia, także wino, różowe. Pomyślałem sobie: Różowe?! To musi być koszmar! Ale że za oknem było 35 stopni, to to wino z lodówki nęciło. Spróbowałem i przeżyłem szok! Bo wino, mnie, człowiekowi, który studiował w latach 70., kojarzyło się głównie ze "sławnymi" winami bułgarskimi, rumuńskimi i węgierskimi. Kiedy niedawno po latach wypiłem Egri bikaver, to byłem zdziwiony, że to piliśmy... Więc jak wtedy spróbowałem tego australijskiego wina, to pomyślałem sobie, że jestem w niebie. I chciałem, by tak już zostało. Potem zacząłem się przedzierać przez możliwości tego wina, poznawałem smaki, regiony, wybierałem swoje ulubione. Ono pochodzi z południowo-wschodniego regionu Australii. Byłem tam i wiem, że Pan Bóg stworzył tę ziemię po to, by powstało na niej to wino.

Dotychczas myślałam, że żyje Pan tylko muzyką.

Lubię zjeść dobrze, a im jestem starszy, tym bardziej mnie to rajcuje. Niestety, im się ma więcej lat, to już samo patrzenie na jedzenie staje się niebezpieczne. Dlatego staram się patrzeć jak najmniej, żeby być w dobrej kondycji. Mam za duży cholesterol, nadciśnienie, cukier w granicach normy, ale to pewnie kwestia trybu życia, jaki prowadzę, i w ogóle tego, że życie jest ciężkie, no ale nie narzekam. Mam na przykład swoją ulubioną golonkę w restauracji Dyspensa w Warszawie. Jadłem ją tylko jeden raz, od tej pory czekam, aż zadzwonią, że znów figuruje w menu. Raz zadzwonili, ale wtedy byłem w Szklarskiej...

I nie pojechał Pan?

Nie. Restauracje to dla mnie też kwestia powtarzalności. Mam trzy ulubione lokale w Warszawie, do których zapraszam wszystkich swoich gości. Nie eksperymentuję, nie wchodzę do knajp przypadkowo.

Powiedział Pan kiedyś : "Jako prezenter lubię prezenty". Także takie kulinarne Pan lubi?

Członków Fanklubu Listy Przebojów Marka Niedźwieckiego, gdy się spotykamy, często obdarowuję jakimiś drobiazgami, koszulkami, płytami, kubkami. Tak więc i ja często jestem obdarowywany. Podczas ostatniego zlotu otrzymałem kosz słoików z przetworami domowymi, każdy przywiózł coś, co robiły mama, babcia, siostra. Były tam pikle na ostro, ogórki w zalewie, której wcześniej nie znałem, konfitury. Mnóstwo frykasów, które będę smakował przynajmniej przez pół roku.

A namolna fanka Zenobia, co to zasypywała Pana listami i paczkami, nie próbowała zakraść się do Pańskiego serca przez żołądek?

Ależ oczywiście! Słynna przesyłka z adnotacją: "Czekolada i kawa dla ciebie, łasuchu". Ale nie odebrałem tej paczki...

Koledzy z radia próbują wykorzystywać Pana słabość do gotowania? Wpraszają się na kolację?

W środowisku popularne są moje kotlety mielone. Tato był rzeźnikiem, kierownikiem masarni, robił najlepsze kotlety mielone na świecie. Miał swoją tajemną na nie recepturę, mało bułki, mało wypełniacza, tylko samo mięso, tak dobrane, z takimi przyprawami, że do dziś pamiętam, jak smakowały. Kiedy tato odszedł, a było to 20 lat temu, pomyślałem, że postaram się odnaleźć tamten smak, przyrządzając je sam. Ale moje kotlety są raczej - powiedziałbym - "postne".

Z jarzyn?!

Z cielęciny wymieszanej z indykiem. Znajoma Alina Dragan powiedziałaby: A widziałeś oczka tego cielaczka, jak mu było żal? Niestety, czasem jestem mięsożerny. Do tych moich kotletów daję też dużo natki, ale i kurki, pieczarki, jajka, bułkę namoczoną w mleku. Wszyscy, poza jednym moim znajomym, który twierdzi, że są przereklamowane, bardzo je chwalą! Czasem robimy takie większe spotkania, na którym te kotlety są spożywane, ale najczęściej, niestety, spożywana jest wtedy pizza.

Z podróży ponoć najbardziej lubi Pan wspomnienia, z podróży najbardziej lubi Pan wracać.

Ten stan się pogłębia... To pewnie związane jest z wiekiem. Kiedyś bardzo lubiłem podróżować, a teraz trudno mi się zdecydować na wyjazd, a jak już się zdecyduję, bywa, że pół roku wcześniej, to kiedy przychodzi dzień, gdy trzeba iść na lotnisko, najchętniej zostałbym w domu.

Te wspomnienia z podróży dotyczą też kuchni?

Staram się próbować wszystkich lokalnych przysmaków. W Australii to są najczęściej ryby. Ale też rydze. U nas, ostatnimi czasy, jakoś długo rydzów nie było. Teraz zaczęły się pojawiać. To też dla mnie smak dzieciństwa, rydze smażone na blasze, tylko z odrobiną soli. Teraz to jest też smak Australii. Ale na przykład w Kenii próbowałem rosołu z żyrafy. Przepraszam, ale nie mogłem się opanować. To było w dużym hotelu w Mombasie. Nie smakował mi, był za intensywny, jakby się piło sam mięsny wywar. Mój kolega Marek Wałkuski skomentował ten mój obiad na antenie.

Że?

Że jadłem tak strasznie długo, bo sporo czasu zajęło mi ogryzanie szyjki.

Rozmawiała Gabriela_Pewińska

Wideo

Komentarze 10

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

t
tania
Ok. pół roku. Z żoną i 2 dzieci lat 4 i 6
b
bellin
Mam nadzieję, że jeszcze jesteś, bo wsysło moją odpowiedź :/. Z przyjemnością pojechałabym do Indii, ale nie na tydzień, czy 2- bo wtedy nie ma szans poznać hinduskiej kultury...
b
bellin
Przepisy mnie nie interesują :). To brzmi ciekawie- ile czasu spędza w tych Indiach?
t
tania
Wiesz, facet jest dziennikarzem kulinarnym, więc wie o czym pisze. Przepisów nie podaje, raczej ciekawostki i opisy. Książka jest zapisem jego podróży do Indii, gdzie szukał dań i spokoju ducha
b
bellin
Książki o jedzeniu są o tyle dobre, że nie opisuje się procesu pozyskiwania surowca :). Mowa jest o smaku- co mi odpowiada. Nie czytałam nic Bootha- opiwiedz- warto?
t
tania
Jestem mięsożerna, ale nie potrafiłabym zabić ani kury, ani np. królika. Mowy nie ma...
b
bellin
Ja nie :>. Nie przepadam za jedzeniem. O ukatrupianiu zwierząt na potrzeby kubków smakowych już nie wspomnę. Ale lubię czytać o pasjach.
t
tania
Dookładnie :D. A swoją drogą iluż ludzi okazuje się być jeśli nie kucharzami to przynajmniej smakoszami i znawcami.
b
bellin
I jeszcze na kńcu nadziewana grzybami :D. To by się na pewno spodobało! :P
t
tania
No, Marek Niedźwiedzki mógłby sobie porozmawiać Hrabalem (Obsługiwałem angielskiego króla) albo z Michaelem Boothem (Jedz, módl się, jedz). Obaj panowie opisują zwierze nadziewane innym zwierzęciem, które jest nadziewane jeszcze innym zwierzęciem , oczywiście mniejszym niż poprzednie. Myślę, że Marek zachwyciłby się czymś takim. Np. żyrafa nadziewana sarną, nadziewaną kozą, nadziewaną kaczką, nadziewaną kurczakiem :D
Dodaj ogłoszenie