reklama

Marek Napiórkowski: Niosę istnienie poszczególne

Anita Czupryn

Gratuluję!
Czego?

Hipokampu.
Myśli pani, że mój hipokamp tak dobrze pracuje? (śmiech). Zakładam, że gratulacje dotyczą płyty, zatem bardzo dziękuję. Faktycznie, mam poczucie, że całkiem nieźle ona wyszła. Tytuł płyty jest wyrazem mojej fascynacji mózgiem jako takim; komputerem zupełnie niezgłębionym, bo kompleksowość uczuć, doznań, jakie przeżywamy w życiu, rozkminek, jak to nazywa młodzież - to wszystko sprowadza się do impulsów elektrycznych. Ponadto, sądzę, że każda myśl jest energią. Jeśli wszystko jest energią, to dlaczego nie miałaby nią być myśl czy intuicja?

Jakie myśli chciał pan utrwalić tym muzycznym zapisem?
Biorąc pod uwagę, że hipokamp to ten obszar naszego mózgu, który odpowiada za przenoszenie informacji z pamięci krótkotrwałej do pamięci długotrwałej, to możemy rozpatrywać tu dwa aspekty. Po pierwsze - ogólnie rzecz biorąc, to, co robią muzycy jazzowi, jest ulotne.

I niepowtarzalne.
Niepowtarzalne dlatego, że słowem-kluczem jest tu improwizacja. Podczas grania każdy z osobna improwizuje, ale improwizujemy też razem, ponieważ czymś, co jest dla nas bardzo ważne, jest interakcja. Czyli reagujemy, prowokujemy różne zdarzenia i to jest niepowtarzalne. Stąd każdy koncert jest inny.

„My” w tym przypadku oznacza, że oprócz pana na płycie można usłyszeć Jana Smoczyńskiego, Pawła Dobrowolskiego, Luisa Ribeiro i Adama Pierończyka.
Tak jest. To, co robimy, jest ulotne o tyle, że zawsze jest inne. Zapis na płycie oznacza więc zapisanie w długotrwałej pamięci zdarzenia ulotnego, bo my każdy „take”, jak to mówimy, czyli każdą wersję w studio gramy inaczej, a jeszcze inaczej gramy na koncercie. Z drugiej strony chciałem utrwalić tę swoją muzyczną, artystyczną opowieść, którą snuję od lat i chciałem to zrobić w nowym opakowaniu brzmieniowym. Dlatego sięgnąłem po syntezatory analogowe, w kontrze do etnicznych, korzennych perkusjonaliów Luisa Ribeiro. To była próba zapisania czegoś nowego.

Czego dotyczy pana muzyczna opowieść? Co pan w niej niesie przez lata doświadczeń?
Odpowiem na to cytatem z Witkacego, choć bardziej mi się kojarzy z Tomaszem Stańką, bo on bardzo często powtarzał te słowa. Niosę istnienie poszczególne.

Pięknie brzmi! Aż chce się zawołać: „Wow”!
Jestem istnieniem poszczególnym. Co to znaczy? Kiedyś sięgnąłem do swoich młodzieńczych nagrań, są zapisane w Radiu Wrocław. Posiadają wszystkie cechy tego, jak gram dziś. Całe życie ciężko pracuję, aby rozwijać muzyczny język, ale uważam, że zarówno moim wielkim szczęściem jest to, że ten język jest charakterystyczny, jak i jest to też moją klątwą, bo chciałoby się od tego uciec, zagrać coś nowego. Z tym, że cieszę się, że tak jest, bo to oznacza, że nie ucieknie się od siebie samego. To pierwsza sprawa. Druga - jako autor swoich własnych płyt zauważyłem, że w tym, co piszę, choć staram się, aby każda płyta była inna, jest zawarta moja wrażliwość i jest ona bardzo podobna na każdej z wydanych przeze mnie płyt. Zmieniają się tylko formy. To, jak pisze, jak improwizuję, nosi moje piętno, choć staram się robić to w sposób jak najbardziej naturalny, niewymuszony. Nie ulegam żadnym modom, żadnym trendom. Nie próbuję schlebiać czyimś gustom. Po prostu gram swoją muzykę. Taką, którą czuję w duszy. Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem artystą, który się powtarza.

Wcale tak nie uważam.
To świetnie. Ponieważ jest to coś, z czego się bardzo cieszę - utwory jakie piszę, mają pewne wspólne cechy. Oczywiście, różnią się kolorytem, jedne są liryczne, inne mniej liryczne, a bardziej dynamiczne. Pomijając moją pierwszą płytę z 2005 roku, która się nazywała „Nap” i była bardzo eklektyczna, to wszystkie następne miały charakterystyczną wspólną cechę. Czy będzie to „Wolno”, która zawiera same ballady grane na gitarze akustycznej, czy „KonKubiNap” - kolejna płyta, tym razem bardzo ekspresyjna, czy „Up!”, na której zagrało 14 osób. Czy „Celuloid”, w duecie z Arturem Lesickim, na którym nie grałem swojej muzyki, ale swoim językiem staraliśmy się przerobić polskie utwory filmowe. Potem była koncertówka w „Sextecie”; kolejna to „WAW-NYC”, czyli płyta z polskimi i amerykańskimi muzykami, po czym nastąpiło zupełne odstępstwo stylistyczne, bo nagrałem płytę dla dzieci.

„Szukaj w snach” z Natalią Kukulską.
Zgadza się. No i teraz „Hipokamp”, która też jest płytą zupełnie inną.
Jak więc było z „Hipokampem”?
Zazwyczaj na własnych płytach gram własne kompozycje. A nawet jeśli tak się nie dzieje, a tak było na płycie „Celuloid”, to też szukam konceptu. Tam konceptem było znalezienie muzyki filmowej, która mnie inspiruje i która dałaby mi szansę opowiedzieć tamte utwory swoim językiem. W przypadku „Hipokampu” większość materiału to moje kompozycje. Ale w tym przypadku w ogóle było inaczej. Płyta wyszła w 2019 roku, ale muszę się cofnąć do 2016, kiedy to w styczniu zmarł David Bowie. Zadzwonił do mnie Piotr Stelmach z radiowej Trójki z propozycją, czy nie zagrałbym na trójkowym koncercie instrumentalnie dwóch utworów z repertuaru Bowiego. Nigdy nie byłem wyznawcą Bowiego, ale wiedziałem, że jest niepowtarzalnym artystą. Pomyślałem: „Może trzeba wyjść z własnej strefy komfortu i zobaczyć, co Bowie miał do powiedzenia”. Wybrałem dwa utwory, zaprosiłem Janka Smoczyńskiego i Pawła Dobrowolskiego; zagraliśmy „Space Oddity” i „Absolute beginners”; te utwory znalazły się teraz na „Hipokampie”. I to po tamtym nagraniu pomyślałem, że chciałbym jeszcze kiedyś nagrać muzykę w takim składzie.

Można powiedzieć, że muzyka Dawida Bowiego was połączyła.
Można tak powiedzieć. Generalnie chciałem wykorzystać to brzmienie, jakie wtedy, podczas tamtego koncertu udało mi się z tymi muzykami uzyskać.

Powstaniu płyty „Hipokamp” nie towarzyszyły długie miesiące szukania konceptu.
To inny aspekt, ale rzeczywiście samo nagranie powstało w bardzo krótkim czasie. Zwykle nad płytą pracuje się długo. Myśli się, komponuje; to zajmuje miesiące, a może zajmować nawet lata. Potem gra się koncerty - my zagraliśmy trasę, pięć koncertów, a dopiero po tym weszliśmy do studia. Do studia wchodzi się po to, by złapać tę niepowtarzalną chwilę. Zatem „Hipokamp”, a i wcześniejsza płyta „WAW-NYC” powstały w niecałe dwa dni. Potem jest oczywiście postprodukcja, proces miksowania, tworzenie brzmienia, ale samo nagranie? Jazzmani grają na tak zwaną setkę - nie nagrywamy perkusji w cztery dni, aby potem do tego dogrywać kolejne instrumenty. Wszyscy gramy naraz. Po pierwsze improwizujemy, po drugie karmimy się wspólną energią.
Improwizowania można się nauczyć? Trzeba mieć specjalne zdolności, aby umieć „odlecieć” od głównego tematu?
To nie jest aż tak odległe od codziennego życia, jakby się wydawało. Z improwizowaniem jest jak z językiem. Formułujemy zdania, uczymy się sensów. Każdy z nas najprostsze, najbardziej prozaiczne, codzienne kwestie życiowe, wypowiada we własny sposób. Zdanie „Jestem głodny” można wypowiedzieć na wiele różnych sposobów. Podstawą jest to, że porozumiewamy się za pomocą języka, który wcześniej poznaliśmy. Z muzykami jest podobnie - całe życie uczymy się swojego języka. Najpierw uczymy się naciskać na struny czy klawisze; zaczynamy słyszeć dźwięki gorzej czy lepiej; zaczynamy rozumieć zależności między nimi. Uczymy się tak, jakbyśmy uczyli się obcego języka. Przychodzi moment, kiedy można powiedzieć, że pewne umiejętności się posiadło. Bardzo lubię tę teorię, która mówi, że poziom mistrzostwa osiąga się mniej więcej po dziesięciu tysiącach godzin spędzonych czy to nad instrumentem, czy innym narzędziem.

Słowem, praktyka czyni mistrza.
Myślę, że te dziesięć tysięcy godzin mam już za sobą, choćby z racji mojego wieku, bo gram od wielu lat. Spędzamy godziny z instrumentem, żeby się nas słuchał. Cała zabawa zaczyna się, kiedy posiądzie się ów odpowiedni zasób słownictwa. Muzycy grając na instrumentach, prowadzą ze sobą różne rozmowy. W zależności od tematu, od stopnia trudności i zaawansowania rozmówców, ta rozmowa może przybierać mniej lub bardziej interesujące ramy. Potoczne rozumienie improwizacji oznacza robienie czegoś bez przygotowania. W tym znaczeniu powiedzenie: „Będziemy improwizować” brzmi lekko pejoratywnie. Muzycy nie zabierają się za pracę z myślą, że będą improwizować i jakoś to będzie. Idziemy z improwizacją na sztandarze, bo to ona pozwoli nam na tę rozmowę. To nie znaczy oczywiście, że gramy sobie cokolwiek. Całą płytę trzeba napisać, zaaranżować, ale jest w niej też całe mnóstwo wolności; w interpretacji tematów i w tych miejscach, w których wszyscy improwizujemy.

Wielokrotnie mówił pan o tym, że zafascynował pana jazz, bo jest w nim dużo wolności, a sami jazzmani to ludzie bardzo kolorowi, którzy mają w sobie wolność. Jak to się u pana zaczęło?
Historia jest dość typowa. Byłem na wakacjach u babci na wsi i ciocia Basia pokazała mi pierwsze akordy na gitarze. Z taką wiedzą wróciłem do rodzinnej Jeleniej Góry i okazało się, że gitara zaczyna mnie interesować coraz bardziej. Coraz więcej sobie brzdąkałem i robiłem to z coraz większą pasją. Pasję bardzo wzmocniło to, że 100 metrów ode mnie mieszkał Artur Lesicki. Nieodpłatnie przekazałem mu tę nabytą od cioci mistrzowską wiedzę, czyli cztery akordy.

C-dur, a-mol, d-mol i G-dur. Też je znam.
Artur ich wtedy nie znał, więc mu je pokazałem. I zaczęliśmy grać. Zafascynowała nas muzyka rockowa, blues. Led Zeppelin i Jimi Hendrix. Granie dawało nam coraz więcej radości. W wieku chyba 16 lat pojechałem na warsztaty do Chodzieży. O jazzie nie wiedziałem nic. I nagle zobaczyłem kolorowych ludzi. Ptaszyna Wróblewskiego, Jarka Śmietanę, wielu innych. Zafascynowała mnie klasa tych ludzi, to, jak są barwni, jak potrafią opowiadać. Zafascynowała mnie improwizacja, na którą patrzyłem z rozdziawioną japą, nie wiedząc o co chodzi. Czułem tylko, że to, co oni robią, mnie porywa. To był moment formacji, dzięki czemu stałem się tym człowiekiem, którym teraz jestem. W liceum byłem potwornie nieśmiały. Nadal nie uważam, że jestem szczególnie śmiały, ale prowadzę audycję w radiu, uczę na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina…

… udzielam wywiadów.
Na przykład, wywiadów udzielam bez trwogi (śmiech). Na pewno muzyka była dla mnie czymś takim, dzięki czemu mogłem się realizować. A wolność jest w niej ogromna. Z drugiej strony praca muzyka wymaga silnej automotywacji. Nigdy wcześniej nigdzie nie pracowałem. Od niedawna dopiero jestem zatrudniony na uniwersytecie, gdzie uczę młodych adeptów, traktując to zresztą jako spłatę długu. Wcześniej sam musiałem stwarzać jakieś światy, aby zarobić na życie. Zatem z jednej strony jest wolność cudowna, w tej muzyce, bo gram to, co czuję, rozwijam się. Praca bywa też oczywiście męcząca, ale nagroda jest niezwykła: wcale nie uważam, że chodzę do pracy. Po prostu robię to, co lubię.

To teraz zapytam prosto z mostu: dlaczego dzisiaj nie słucha się jazzu?
Być może słucha się go trochę mniej, ale w Polsce słucha się go całkiem nieźle. Zna pani badania?

Chyba nie trzeba znać badań, żeby to widzieć. Czasy klasycznego jazzu od swingu do free jazzu odeszły w przeszłość. Prędzej młody poprosi rodziców o pieniądze na Open’er Festival, niż wybierze się na Warsaw Summer Jazz Days, który jest za darmo. Statystyki pokazują, że wygrywa Beyonce czy Rihanna, a nie koncert jazzowy. Jazz jest tylko na wrażliwych inteligentów?
Pytanie jest wielopiętrowe i bardzo złożone, ale spróbuję na nie odpowiedzieć. Mogę tu mówić jedynie o własnych przeczuciach, wziąć na warsztat swoje obserwacje, kiedy jako meloman, abstrahując od tego, że jestem muzykiem, widziałem, jak ten jazz funkcjonował wcześniej, 20-30 lat temu, na ile ludzie go słuchali. Nie cierpię stwierdzenia, że jazz jest trudny. Jeśli koncert będzie świetny, energia będzie właściwa, nawet jeśli muzycy będą grali trudne rzeczy, to wrażliwy słuchacz coś przeżyje. Zdecydowanie jest to muzyka o większym stopniu wyrafinowania niż muzyka popularna i podobnie jak muzyka klasyczna, funkcjonuje dziś na obrzeżu. Kiedy byłem młody i zaczynałem grać, to miejsce jazzu było nieporównanie silniejsze.

Bo jazz grali tacy twórcy jak Krzysztof Komeda, Zbigniew Namysłowski, Andrzej Trzaskowski, Michał Urbaniak czy Tomasz Stańko?
Nie. Oczywiście to wielcy muzycy; Stańko jeszcze niedawno żył, mieszkał 200 metrów od miejsca, w którym się dziś spotykamy. Jeśli chodzi o poziom, to jazz mamy świetny, ale stał się on mniej popularny. Kilka dni temu wróciłem z trasy koncertowej, z Mino Cinelu, który pierwszy raz był w Polsce w 1983 roku. Grał z Milesem Daviesem, ze wszystkimi najważniejszymi jazzmanami. Podczas tej trasy dużo rozmawialiśmy; o tym, że kiedyś, w latach 60. Amerykanie grali amerykański jazz, a Polacy - polski. Teraz zaś jest tak, że poziom wszędzie jest bardzo wysoki, ale wszyscy się uczą od wszystkich. Coraz mniej jest wyrazistych muzyków, tak, jak to było kiedyś. Być może w Nowym Jorku wciąż jeszcze grają lepiej niż w Warszawie, ale NYC to centrum świata w każdej dziedzinie sztuki. Wrócę do czasów swojej młodości - wtedy były inne aspiracje społeczne. Ludzie aspirowali do wysokiej kultury. Młody student starał się zaimponować dziewczynie, więc szedł na koncert jazzowy. Dziś na juwenaliach grają disco polo. Najpierw to było „dla beki”, a teraz widziałem na juwenaliach w Krakowie, występowało kilka zespołów disco polo. Kiedyś w telewizji publicznej można było obejrzeć Pegaz, Jazz Jamboree, co tydzień był teatr telewizji, pokazywano wystawy. Gdzie to się podziało? Dzisiaj telewizja puszcza galę na stadionie z Zenkiem Martyniukiem. Zmieniły się aspiracje. Zmieniła się dystrybucja. Jest internet. Pozostaje tylko wierzyć, że niezależnie od czasów, pozostanie taka sama liczba ludzi wrażliwych, którzy będą chcieli obcować z tą wysoką kulturą. A młody człowiek w warunkach pełnej rynkowości sam musi docierać do istotnych dla niego informacji.

Może niewłaściwie dziś promuje się w Polsce jazz? Ma pan pomysł na to, jak zwiększyć liczbę słuchaczy jazzu?
Promocja kosztuje. Wiadomo, że jeśli ktoś wydaje pieniądze na promocje wielkiej gwiazdy pop, to są to pieniądze wielkie, bo liczy się z wielkimi zyskami. Natomiast nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, jak zwiększyć liczbę słuchaczy. Staram się robić tak, aby być w zgodzie ze sobą, ale chcę, aby ten słuchacz lubił to, co robię. Nie idę na żadne kompromisy. Czasem moje utwory są bardzo trudne wykonawczo. Tylko że ja się mogę męczyć - ale na pewno nie będzie się męczył słuchacz. Wydaje mi się, że rzetelność i konsekwencja w działaniu sprawiają, że ja wciąż widzę miejsce na jazz. Miałem wiele możliwości w życiu, żeby robić coś innego. Pisałem piosenki dla Anny Marii Jopek, Doroty Miśkiewicz, Karoliny Kozak, wielu innych wykonawców. Mogłem się przebranżowić. Ale nie to mi w duszy gra. Oczywiście, moi starsi koledzy, którzy dzisiaj są po siedemdziesiątce, nie wiedzą, co to jest promocja. Ja mam to szczęście, że jestem w średnim wieku i jestem świadom nowych czasów. Staram się docierać nowymi kanałami do ludzi.

Te nowe kanały to media społecznościowe?
Na przykład. Ważna jest też identyfikacja wizualna, a nie tylko to, jak coś brzmi.

W dobie internetu młodzi muzycy zainteresowani są ciężką pracą? Zna pan wśród nich wyrazicieli teorii dziesięciu tysięcy godzin pracy z instrumentem?
Ciekawe pytanie, ale dotyczy to każdej z dziedzin. Czy ciężką pracą zainteresowany jest dzisiaj rolnik, kucharz, ktoś z innej branży? Moim zdaniem młodzi muzycy chcą ciężko pracować i to jest w tym najpiękniejsze, że o ile ten jazz nie jest tak wyeksponowany w przestrzeni publicznej w Polsce, jak 30 lat temu, to dookoła widzę wysyp znakomitych, świetnie grających młodych muzyków, bo też i kompetencje podniosły się nieprawdopodobnie. Dziś 20-latek prawie wszystko już umie, mimo że nie spędził 10 tysięcy godzin. Teraz musi pracować nad tym, żeby to, co gra, mogło kogoś wzruszyć. Można to przełożyć na literaturę - ktoś po polsku pisze świetnie. Tylko czy coś opowiada? Czy chcemy to czytać? Czy jest w tym magia?

Szczerze mówiąc, ostatnie pytania do pana otrzymałam od młodego muzyka instrumentalisty, założyciela zespołu Zavoyama Quartet.
Odpowiem więc, że młodzi ludzie garną się do muzyki niebywale. Jeżdżą na warsztaty, mają potrzebę pracować; choć rynek pracy się zmniejszył, to liczba muzyków się zwiększa. Jazz zaczął funkcjonować w akademiach muzycznych w całej Polsce.
Na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie, gdzie pan wykłada, jest już wydział jazzu i muzyki estradowej.
Istnieje od niedawna. To coś bardzo autonomicznego; ma taką samą siłę jak wydział kompozycji czy instrumentalny. Faktycznie powstał późno, bo na przykład w Katowicach taki wydział funkcjonuje od 50 lat, w Gdańsku, w Poznaniu - od lat 20. Cieszę się jednak, że jazz znalazł swoje miejsce w tak prestiżowej szkole.

Jaki jest profil absolwenta, który kończy ten wydział?
Absolwentów jeszcze nie mamy, ale powiem, kogo chcemy wypuścić. Chciałbym, aby absolwent tych studiów był bardzo kompetentnym muzykiem. Swoich studentów nie traktuję jak uczniów. Nie mówię im: „Będziesz artystą za 5 lat. Artystą jesteś teraz”. Jeżeli ma jakąś historię do opowiedzenia, to będę mu w tym pomagał. To jest klucz. Staram się, aby rozwijali swoje naturalne predyspozycje, jakie mają; niczego im nie narzucam. Mają być wyposażeni w umiejętności do wykonywania zawodu muzyka jazzowego. I to się udaje. Co z tym zrobią, to ich sprawa, tak jak nie każdy absolwent polonistyki zostaje literatem. Wiem jedno - kiedy mój student opuści mury uczelni, będzie umiał grać.

A pan? Po co gra taką muzykę?
Odpowiedź jest prosta i prosty jest cel - bo to daje mi radość. Jest to rodzaj spełnienia. Bywa ciężko, nie zawsze jest różowo, ale to jest treść mojego życia. Nieważne, czy idą za tym wielkie pieniądze, czy idzie za tym wielka kariera. Oczywiście, pracuję na to; chcę, aby ludzie wiedzieli, co robię. Ale meritum to jest ta niepowtarzalna chwila, kiedy coś komponuję, kiedy gramy razem. Fakt, że mogę to robić, jest wielką nagrodą. W tym mieści się wszystko.

Co chciałby Pan jeszcze osiągnąć w muzyce, jaką gra, tworzy?
No właśnie. Pewnie powinienem powiedzieć, że chciałbym to, czy tamto. Ale nie mam sprecyzowanych planów. Nie mam marzeń, że chciałbym nagrać płytę z tym, czy owym. Moim marzeniem jest, żeby wena mnie nie opuszczała, żebym mógł robić to, co robię, w taki sposób, jak to robię teraz. Czyli nagrywać płyty i mieć z tego frajdę.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie