Marcinkiewicz: Jest miejsce na lepsze PJN. Tusk nie zabierze głosów PiS

Agaton Koziński
Marcinkiewicz: W Londynie dużo łatwiej założyć firmę niż w Warszawie. Ale to jednak do Polski przyjeżdżają przedsiębiorcy z całego świata
Marcinkiewicz: W Londynie dużo łatwiej założyć firmę niż w Warszawie. Ale to jednak do Polski przyjeżdżają przedsiębiorcy z całego świata FOT.BARTEK SYTA/Polskapresse
- Mam wrażenie, że Donald Tusk będzie chciał jeszcze raz powalczyć o wyborcze zwycięstwo, będzie chciał jeszcze raz zmierzyć się z Jarosławem Kaczyńskim. On widzi, że nawet gdy PO traci poparcie, to i tak żadna inna partia nie przejmuje tego elektoratu. Choć taka sytuacja otwiera szansę na stworzenie nowego ugrupowania. Wiem, że były takie próby - choćby PJN - które się nie powiodły. Ale mimo to dostrzegam szanse na to, by ten niezadowolony elektorat PO przejąć - mówi były premier Kazimierz Marcinkiewicz w rozmowie Agatonem Kozińskim.

Euro 2012 od chwili, gdy Polska otrzymała prawo jego współorganizacji, traktowaliśmy jako projekt cywilizacyjny. Czy rzeczywiście ta impreza spełniła taką rolę?
Mimo że były to zawody piłkarskie, od początku było wiadomo, że to będzie niezmiernie istotne wydarzenie dla Polski. Z kilku powodów. Przede wszystkim Polacy świetnie odnajdują się w sytuacji, która wymaga od nich przestrzegania deadline'u. Gdy mają określony jasny termin, do którego muszą skończyć dane zadanie, umieją się zmobilizować i z niego wywiązać. Tak było też z Euro. To, co miało być przed nim ukończone, zostało oddane - albo zostanie oddana niebawem. Można powiedzieć, że przy okazji została zamknięta główna rama infrastrukturalna kraju - są lotniska, główna siatka dróg, stadiony.

Do Euro miało powstać 3 tys. km autostrad - powstał niecały tysiąc. Czy rzeczywiście więc wykorzystaliśmy tę szansę?
Tak. Siatka dróg już jest wytyczona - a tam, gdzie ich jeszcze brakuje, zaraz powstaną, za rok, dwa podstawowa siatka połączeń będzie ukończona. Ja jeszcze niedawno z Warszawy do Gorzowa Wielkopolskiego jeździłem sześć godzin, a teraz jeżdżę cztery godziny - różnica niebywała. Ale to niejedyny istotny element Euro. Drugim ważnym osiągnięciem jest fakt, że Europa zobaczyła, że Polska to normalny, gdzieniegdzie ładny kraj, w którym mieszkają sympatyczni, pracowici ludzie. My wiedzieliśmy o tym wcześniej, ale dopiero jak powiedział nam o tym ktoś z zewnątrz, to zaczęliśmy w pełni to dostrzegać. Gdy rozmawiałem pięć lat temu o Polsce z biznesmenami w Londynie, to słyszałem "nie" - bo im Polska wydawała się zbyt katolicka, zbyt nacjonalistyczna. Ale dziś mówią "tak" - bo dostrzegli, że Polska jest pracowita, przyjazna, normalna.

Bez Euro tego nie dałoby się dostrzec?
Owszem, dałoby się - ale w czasie Euro łatwiej było to zauważyć, poza tym ten przekaz dotarł do wszystkich odbiorców, nie tylko do elit. Poza tym mistrzostwa Europy przyniosły jeszcze jeden aspekt - były dla nas lekcją z różnorodności. Nie zamierzam twierdzić, że Polacy są zamknięci na innych, ale jednak we współczesnym świecie trzeba być otwartym na inne narodowości. Mogliśmy walczyć z Czechami na boisku, a poza nim pić z nimi piwo. Mogliśmy podziwiać Maria Balotellego za jego grę i śmiać się z jego wygłupów poza boiskiem.

W polityce konflikt powinien być początkiem procesu, a nie końcem. U nas, gdy dochodzi do starcia, usuwa się niewygodnych partnerów. Rząd Tuska z Olechowskim i Schetyną byłby lepszy niż bez nich

Chwali Pan polską otwartość - ale to w czasie Euro w jednej z audycji radiowych słyszeliśmy wulgarne kpiny z Ukrainek pracujących w Polsce.
Właśnie to pokazuje, jak wiele się jeszcze musimy nauczyć w zakresie tolerancji dla innych. Przez tę szkołę musimy przejść. A Euro było genialną sposobnością do zaliczenia pierwszych klas. I dobrze, że takie głupie wypadki się wydarzyły w jego trakcie. W ten sposób można było przypomnieć o potrzebie wzajemnego szacunku.

Wrócę do pierwszego punktu Pana listy, gdy mówił Pan o deadline'ach. Profesor Witold Orłowski na naszych łamach ("Polska", 29.06.2012 r.) mówił o [b]szarżach ułańskich, które pozwalają nam realizować duże projekty
, twierdząc, że to nasza cecha narodowa. Pan natomiast nazywa je spadkiem po komunizmie. Czy rzeczywiście jest możliwe realizowanie w naszym kraju dużych wyzwań bez tych zrywów?[/b]
Tak, to możliwe - najmłodsze pokolenie, które dopiero wchodzi na rynek pracy, takie już nie będzie. Jednak widać gigantyczną przepaść między poszczególnymi generacjami. Moje pokolenie obalało rządy PZPR, ale jednocześnie ciągle ma wiele postkomunistycznych przyzwyczajeń. Konieczność wyznaczania sobie deadline'ów jest jednym z nich. Jednocześnie brakuje w mojej generacji osób przedsiębiorczych.
Brakuje? Przecież Polacy od zawsze kombinowali, umieli załatwiać różne sprawy, które pozornie były nie do załatwienia.
Ale to nie jest przedsiębiorczość. Owszem, Polacy zawsze umieli kombinować - to zresztą nasz wyróżnik na świecie, w żadnym innym języku nie ma nawet takiego słowa jak "kombinować". Z drugiej jednak strony komunizm przyzwyczaił nas do bezpieczeństwa. Można było znaleźć spokojną pracę w biurze, w administracji państwowej, która dawała stabilizację. Natomiast dziś młodzi ludzie tego nie szukają. Oni ruszają w Polskę, w świat, otwierają własne przedsiębiorstwa, tryskają pomysłami. W Londynie Brytyjczycy chwalą Polaków przede wszystkim za kreatywność oraz za umiejętność ciężkiej, ale mądrej pracy. To jest właśnie kapitał Polski. W kraju rządy mogą się zmieniać, mogą być lepsze lub gorsze - ale bez względu na to ci młodzi ludzie budują Polskę taką, jaką chcą ją widzieć.

Tyle że ci młodzi ludzie przejmą władzę w kraju za kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Do tego czasu kierować będą starsi, którzy mają nawyk pracy zrywami. Należy wyznaczyć im nowy deadline? Co nim powinno być?
Takim kolejnym wyzwaniem w naturalny sposób stanie się kolejny budżet Unii Europejskiej. Jeśli na lata 2014-2020 uzyskamy podobne środki, jakimi dysponujemy teraz [Polska w latach 2007-2013 ma do dyspozycji 67 mld zł - red.], to zdołamy nadgonić zaległości cywilizacyjne wobec Europy Zachodniej. To standard, tyle samo czasu potrzebowały Hiszpania czy Portugalia. Chodzi jednak o to, byśmy nadganiali mądrze. Nie tylko wybudowali drogi i naprawili tory kolejowe, ale także rozwijali w tym czasie szybkie łącza internetowe oraz infrastrukturę naukową. Od umiejętnego połączenia tych elementów będzie zależała przyszłość polskiej gospodarki.

Na pewno pokładamy duże nadzieje w nowym budżecie UE - ale on jednak nie rozpala zbiorowej wyobraźni tak jak Euro. Czy może się on okazać tym deadline'em, który zmobilizuje Polaków do zbiorowego wysiłku?
W tym wypadku wcale nie musi rozpalać. Tutaj najważniejsze jest, że w Polsce pojawią się pieniądze na inwestycje. W biznesie pieniądz zasysa pieniądz. Jeśli więc trafią do nas fundusze z UE, to krok za nimi trafią też inne środki - i to dla Polski jest niezmiernie istotne. To zjawisko widać już teraz. W Londynie jest dziś dużo łatwiej założyć firmę niż w Warszawie. Ale mimo to nowe przedsiębiorstwa powstają u nas, nie na Wyspach - bo w Polsce są niższe koszty pracy, ale tutaj też są dynamiczni, świetnie wykształceni ludzie. I właśnie ten potencjał przyciąga do kraju inwestycje.

Problem w tym, że ci Polacy, których Pan opisuje, to zaledwie połowa mieszkańców kraju. Druga połowa to ludzie, którzy ciągle żyją jak w PRL w postpegeerowskich wsiach, pracując do 15 w urzędach państwowych. Dla tych ludzi budżet unijny nie jest żadną szansą, bowiem z tych pieniędzy i tak nie będą umieli skorzystać. Natomiast Euro ich porwało - w jego trakcie cała Polska myślała w tych samych kategoriach. Nie warto tego powtórzyć?
Tak, pod tym względem Euro było bardzo potrzebne - i nastąpiło dokładnie wtedy, kiedy powinno nastąpić. Ale teraz musimy stawiać sobie całkowicie inne cele. Unijnego budżetu za taki uznać nie można - to środek pozwalający osiągać cele, a nie cel sam w sobie. Natomiast wyzwaniem, które powinniśmy sobie postawić, powinno być wejście do pierwszej dwudziestki najbardziej rozwiniętych, najbogatszych krajów świata.
Czyli gdyby Pan był dziś premierem, rzuciłby Pan hasło: "Chcemy wejść do G20"?
Owszem. G20 rozpala moją wyobraźnię. Taki cel wymagałby, aby Polska stopniowo, systematycznie się rozwijała, bogaciła się. W konsekwencji więc wszyscy bylibyśmy szczęśliwsi - oczywiście pod warunkiem że udałoby nam się osiągnąć poziom, który pozwoli nam stać się członkiem G20.

Tyle że Polska - pod względem wielkości PKB - znajduje się wśród 20 najbogatszych gospodarek świata. Nie ma nas w G20, bowiem ta grupa musiała mieć przedstawicieli ze wszystkich regionów świata i trafiły do niej RPA czy Indonezja, które są biedniejsze od nas. Potrzeba więc głównie zabiegów dyplomatycznych, by tam dołączyć.
Nie, nie tylko - cały czas jesteśmy za biedni, by być członkiem G20. Szybciej nadrabiamy dystans do bogatszych od nas głównie ze względu na kryzys w Europie. Ale ciągle wiele nam brakuje. Dziś o pozycji politycznej państw na świecie decyduje głównie ich siła gospodarcza. Dlatego tak ważny jest rozwój polskiej ekonomii.

Jak powinien wyglądać plan dołączenia do G20? Bo trudno sobie wyobrazić, by ktoś zrezygnował na naszą korzyść z członkostwa w tej grupie.
Rozwijać się. A kluczem do szybkiego rozwoju są edukacja i nauka. Dziś nasz problem polega na tym, że polskie elity nie kształcą się na polskich uczelniach - bo te są zbyt słabe. Dlatego też coraz popularniejsze są studia na Oksfordzie czy Harvardzie. Niestety, do tej pory nie zdołaliśmy w kraju stworzyć miejsc, w których moglibyśmy kształtować nasze elity. Nasze najlepsze uczelnie znajdują się w czwartej setce rankingów zestawiających najlepsze uniwersytety na świecie. To niedopuszczalne. Polska nauka jest kompletnie oderwana od gospodarki. Przedsiębiorcy, którzy wydają na badania miliony złotych, muszą od podstaw budować własne centra badawcze, wyposażać laboratoria, bo nie mogą korzystać z istniejących już instytutów. Jednocześnie duża część polskiej profesury sabotuje rozwój Polski. Wiem, to ostre stwierdzenie - ale takie są fakty. Wielu profesorów jest zadowolonych z tego, co ma, i nie otwiera się na potrzeby kraju. Zmiana tego stanu rzeczy to jest prawdziwe wyzwanie. We współczesnym świecie wygra ten, kto będzie miał najlepsze elity i edukację na najwyższym poziomie.

Czy ma Pan pomysł na jakieś mechanizmy, rozwiązania, które pozwolą szybko, powiedzmy w ciągu dwóch, trzech lat poprawić sytuację?
Trzeba znaleźć pieniądze na badania. Już dwa lata temu proponowałem rządowi, żeby spółki kontrolowane przez Skarb Państwa stworzyły wspólny fundusz zajmujący się poszukiwaniem kapitału na prace naukowe, rozwój nowoczesnych technologii. I to mogłoby stać się zalążkiem rewolucji innowacji w naszym kraju. Taką rewolucję przeprowadzili dawno temu Finowie, którzy swego czasu zaryzykowali i przeznaczyli na badania i rozwój 25 proc. swego budżetu. Właśnie z tego wykiełkowała Nokia. Nie twierdzę, że powinniśmy dokładnie powielić ten schemat. Ale szukać rozwiązań, które pozwolą nam osiągnąć podobny efekt.
Szukając atrakcyjnych, rozpalających wyobraźnię haseł - rozumiem, że Pan proponuje, by dołączyć do G20 oraz zbudować u nas polską Dolinę Krzemową?
Tak jest.

Teraz w Polsce na czele listy życzeń są postulaty zorganizowania u nas olimpiady lub piłkarskiego mundialu. To dobre pomysły?
Jak najbardziej. Jestem przekonany, że mundial moglibyśmy przeprowadzić dość szybko, w ciągu mniej więcej 10 lat. Olimpiadę pewnie później - ale warto to zrobić. Jeśli podołaliśmy Euro, to tym imprezom też podołamy. Ale nie stawiałbym tego na czele listy priorytetów. My już się sprawdziliśmy w organizacji takich imprez. Szukajmy innych, bardziej ambitnych wyzwań. Idźmy dalej.

Ale Pan rzuca hasło G20, które samo w sobie nie jest bardzo ambitne - przecież de facto jesteśmy wśród 20 największych gospodarek świata. To może należy powalczyć o coś naprawdę dużego, na przykład G8?
Właśnie o coś takiego mi chodzi. Na pewno nie należy się zadowalać tym, że jesteśmy 20. gospodarką świata. Trzeba dalej utrzymywać nasz dynamizm - bo w ten wzmocnimy naszą pozycję.

Polskę ten dynamizm cechuje od 1989 r. Uda nam się go utrzymać? To męczące.
Polacy mają taką naturę, że pracują cały czas. Wielu z nas nie potrafi wytrzymać nawet trzech tygodni na urlopie. To nasz charakter, jesteśmy niespokojnymi duchami. Dlatego nie bałbym się tego, że stracimy ten dynamizm - i dlatego też nie miałbym oporów przed stawianiem ambitnych celów. Do tych, o których mówiłem wcześniej, dołożyłbym jeszcze jeden, pośredni.

Jaki?
Budowę regionu Europy Środkowej. W sensie geograficznym on już istnieje, powoli zaczyna działać w sensie politycznym z Polską jako liderem. Jeszcze pięć lat temu tego nie było. Gdy ja byłem premierem, to Węgry uważały się za takiego przywódcę regionu - ale też w ten sposób to państwo było postrzegane na Zachodzie. To się powoli zmienia, ale też należy włożyć w to więcej pracy. W Europie Środkowej, od Bułgarii po Estonię, mieszka ok. 100 mln osób. To najlepiej pokazuje, jakim potencjałem dysponujemy. Tyle że nie umiemy go zdyskontować w sensie ekonomicznym.

Nie umiemy, bo nasza środkowoeuropejska grupa jest rozbita. Słowenia, Słowacja i Estonia są członkami strefy euro. Poza tym kraje regionu nie ufają Polsce - boją się nas, bo jesteśmy od nich dużo więksi, siłą rzeczy mamy inne interesy.
Ale wszystkie kraje naszego regionu są członkami UE. A Unia wymusza współpracę. Powinniśmy to wykorzystać - i w ten sposób budować wspólnotę polityczną w Europie Środkowej.
Jeszcze raz wrócę do polskiego dynamizmu. Nie obawia się Pan, że niedługo w Polsce zaczną zyskiwać na znaczeniu partie, które zaczną namawiać od dyskontowania sukcesów, które już odnieśliśmy?
Będzie wręcz przeciwnie. Spadek poparcia dla Platformy Obywatelskiej wśród najmłodszych wyborców wiąże się z tym, że według młodych Polaków rząd robi za mało.

Polacy zasługują na więcej?
Tak. Zdecydowanie zasługują.

Dokładnie to samo mówi PiS - ale ta partia w sondażach nie zyskuje, mimo że PO traci.
Bo PiS nie przedstawia alternatywy. W Polsce, niestety, nie ma opozycji merytorycznej, jest jedynie opozycja newsowa - taka, która wykorzystuje bieżące tematy do debaty, a nie efekty pracy długofalowej. Możemy dyskutować, czego to jest efektem, ale faktem jest, że młodzi Polacy odwracają się od rządzących.

Według Pana rząd niedostatecznie wykorzystuje kapitał, jakim są ambicja, determinacja Polaków. W którym momencie Donald Tusk popełnia błąd?
Premier przejawia niechęć do pracy zespołowej. Ani rząd, ani Platforma nie działają wspólnie. A skoro oni tego nie robią, to brakuje tego też niżej. Nie ma kto przenosić lepszych wzorców.

Gdyby dziś trzon Platformy i rządu tworzyli wspólnie Donald Tusk - Grzegorz Schetyna - Andrzej Olechowski, to Polska byłaby lepszym krajem?
Tak uważam. W polityce konflikt powinien być początkiem jakieś procesu, a nie jego końcem. Gdy dochodzi do starcia, powinno się szukać kompromisu, a nie usuwać niewygodnych partnerów.

Dla Tuska konflikt najpierw z Olechowskim, potem ze Schetyną okazał się początkiem nowego układu sił - dziś premier ma nowych współpracowników: Radosława Sikorskiego i Jacka Rostowskiego. Czy ta trójka jest gorsza od trójkąta Tusk - Olechowski - Schetyna?
Nie, nie jest - pod warunkiem że ten nowy trójkąt umie ze sobą współpracować, prowadzić pracę zespołową. Niestety, tego nie widzę. Donald Tusk cały rząd skonstruował z pojedynczych ministrów koncentrujących się na swoich zadaniach. Na swoim poletku oni są dla premiera partnerem - ale jednocześnie nie wychodzą poza swoje kompetencje. Nie widzę sytuacji, w której kilka osób jednocześnie zajmuje się rozwiązaniem jakiegoś problemu.
Czemu ma służyć taka metoda budowania rządu? Premier sam swoich ministrów nazwał zderzakami. Chce mieć komfort ich łatwej wymiany?
Ale przecież tego nie robi. Premier po prostu przekazuje ministrom obowiązki i od czasu do czasu ich kontroluje. Na pewno taki sposób działania daje mu komfort pracy, stwarza poczucie bezpieczeństwa. To zresztą przekłada się na cały kraj, dziś czujemy dużo większą stabilizację niż dawniej, kiedy rządy zmieniały się co dwa lata. Na pewno przekłada się to pozytywnie na gospodarkę, pozwala budować pewność siebie. Natomiast w moim przekonaniu to za mało. Rząd mógłby nadać większy dynamizm działaniom rozwojowym.

Co by Pan zmienił w tym rządzie, żeby go zdynamizować?
Opiszę to na przykładzie gazu łupkowego. Mamy nowy rząd ponad pół roku, a cały czas trwają spory, czy należy powołać pełnomocnika ds. łupków, czy nie. To najlepszy przykład na to, że brakuje w tym rządzie mechanizmów współpracy. Pewne sprawy się toczą, ale gdyby ten gabinet pracował bardziej zespołowo, to toczyłyby się one szybciej.

Podkreśla Pan, że ten brak dynamizmu kłuje Polaków coraz bardziej w oczy. Czy w 2015 r. Platforma ma szansę po raz trzeci z rzędu stworzyć rząd, czy Polacy całkiem się od niej odwrócą?
Trudno mi prorokować, tym bardziej że teraz bardzo rzadko rozmawiam z politykami. Ale mam wrażenie, że Donald Tusk będzie chciał jeszcze raz powalczyć o wyborcze zwycięstwo, będzie chciał jeszcze raz zmierzyć się z Jarosławem Kaczyńskim. On widzi, że nawet gdy PO traci poparcie, to i tak żadna inna partia nie przejmuje tego elektoratu. Choć taka sytuacja otwiera szansę na stworzenie nowego ugrupowania. Wiem, że były takie próby - choćby PJN - które się nie powiodły. Ale mimo to dostrzegam szanse na to, by ten niezadowolony elektorat PO przejąć.

Gdzie pojawia się ta wolna przestrzeń? Na lewo od PO czy między PO a PiS?
Po prawej stronie, między PO a PiS. Na lewicy przestrzeń jest cały czas. SLD po rządach Leszka Millera nie jest w stanie się odbudować. Także Janusz Palikot pokazał, że nie umie jej zapełnić.

Ruch Palikota to już czas przeszły dokonany?
Tego nie można powiedzieć, Palikot to bardzo zdolny polityk.

Tylko że on znów będzie musiał zmienić maskę.
Maski można zmieniać co dwa lata - badania socjologiczne pokazują, że po takim mniej więcej czasie ludzie zapominają wcześniejsze czyny. Ale nawet jeśli tak zrobi, to elektorat lewicowy dalej będzie musiał czekać na swojego przywódcę.

Przed chwilą Pan powiedział, że jest miejsce na partię między PO a PiS. Te dwie partie dominują od 2005 r. Kto byłby w stanie wejść między nie?
Na pewno partia z wyrazistym, ambitnym programem - wbrew pozorom w Polsce to bardzo istotne. Powinien on zawierać wolnorynkowe propozycje przedstawiające wizję Polski. Polacy chcą wiedzieć, dokąd zmierzają. Ale potrzebny jest także lider. Dziś polska polityka opiera się na przywódcach, a nie na partiach. W związku z tym bez lidera nie uda się osiągnąć tego celu. Ruch Palikota dowiódł tego niezbicie - przecież ludzie głosowali na niego, mimo że tak naprawdę znali tylko przywódcę. Choć trzeba też pamiętać, że w Polsce dominują partie wodzowskie. Może więc, gdyby ten nowy lider otoczył się grupą ciekawych, młodych ekspertów, to miałby większe pole do działania?

Widzi Pan osobę, która mogłaby stać się tym liderem?
Niestety, na razie nie.

Świetnie poradziliśmy sobie z Euro, ale teraz musimy sobie stawiać całkowicie inne cele. Wyobraźnię rozpaliłby projekt dołączenia do G20 i stworzenia polskiej Doliny Krzemowej.To ważniejsze niż olimpiada

A może Panu marzy się taki powrót do polityki?
Nie widzę siebie powracającego do polityki.

Rozmawiał Agaton Koziński

Wideo

Komentarze 23

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

.
Może i tak, ale kto raz się skurwił pisowstwem ten dla mnie pisem do śmierci zostanie. Marcinkiewicz był jednym z głównych budowniczych IV RP i za sam ten fakt należy mu się trybunał stanu.
J
Ja-nek
To zadziwiąjce jak p Kazimierz w tak krótkim czasie.....spotkał sie z rozumem!
J
Jensq
Pieprzy jak połamany .Niech sobie daruje nauki dla innych.
P
POlacy nic się nie stało!
od rozbijania rodziny,i tacy wspaniali ludzie jak ten przebrzydły gad kształtuje wizerunek normalności w kraju,narodzie zastanów się co ci wspaniali ludzie o.d.p.i.e.r.d.a.l.a.j.ą!!!!! ,pijcie piwo,grilujcie kiełbaski i nie w.p.ie.r.d.z.ielajcie się między wódkę a zakąsę,oto motto celebrytów dla POddanych!
P
POlacy nic się nie stało!
od rozbijania rodziny,i tacy wspaniali ludzie jak ten przebrzydły gad kształtuje wizerunek normalności w kraju,narodzie zastanów się co ci wspaniali ludzie o.d.p.i.e.r.d.a.l.a.j.ą!!!!! ,pijcie piwo,grilujcie kiełbaski i nie w.p.ie.r.d.z.ielajcie się między wódkę a zakąsę,oto motto celebrytów dla POddanych!
m
mat
Kazio Marcinkiewicz ,gdy opowiada swe wizje o nawiedzonym Kaczyńskim jest po prostu żałosny.
Kazio Marcinkiewicz,który był lobbystą DSS i przez , którego mnóstwo firm musiało upaść.
Kazio milcz i udawaj celebryte, jak nie to wrócisz do Gorzowa , za 2600zł miesięcznie będziesz wbijał bachorom fizykę.
Kazio fizyk celebryta , który chce być Dominique Strauss-Kahn, wszyskie laski jego.
m
maRta
jednocześnie mające z jej strony bezwarunkową miłość, wyrasta na zdrowego i szczęśliwego człowieka. Osobę z wywiadu urodził politycznie dr J. Kaczyński+PiS. Po czym w dodatku pożywiono stołkiem premiera. Więc w rzeczywistości okazano bezwarunkową miłość. Dlaczego więc nie jest teraz wdzięczne... oraz... dlaczego pławi się zemstą nad starszym człowiekiem. Moje wariactwo to cyfry, a nie psychologia. Ale na oględny rzut oka, wydaje się, że wychowanek Kaczyńskiego to zły człowiek. I stąd, niewarty jest przeczytania wywiadu do końca.
p
polo
O, przepraszam ... "autorytet sralonu III RP, proroka i jasnowidza politycznego".
Tak brzmi lepiej.
Okazuje sie, że pan Kazimierz zna się nie tylko na podrywaniu asystentek, poznał tajniki
światowego systemu bankowego, ale jest też uważany za specjalistą ds. prognozowania przyszłej sceny politycznej w której dostrzega - jak zawsze - przodującą role KC PO.
Stąd zapewne, aż 6 stron długiego i nudnego wywiadu z p. Kazimierzem.
Jak ktoś chce, niech czyta, jego sprawa.
Ja z trudem dobrnąłem do 3 strony i wysiadłem.
w
wstyd
,,deadline,u" dyskwalifikuje Marcinkiewicza nie tylko jako polityka ale w kazdej dziedzinie. Bat w reke i gesi pasc - gesi, ktore swoj jezyk maja.
G
Gość
posłów. Więcej specjalistów niż w cwaniakowatej platformie, gdzie Tusk co mądrzejszych wykosił, zostawił tylko ŁAPKI DO PRZYCISKANIA GUZIKÓW.

A ZDRAJCA pozostanie ZDRAJCĄ. Nigdy nie wiesz, kiedy ci bije nóz w plecy. Patrz - Miś Kamiński, patrz Kluzikowa. Borusewicz tez się zeszmacił. Moim zdaniem.
m
maRta
Również wśród homo sapiens zależności są podobne. Jak chociażby i taka; że nigdy z rzeczywistego karierowicza nie zrobi się stosownego fachowca ani lojalnej osoby. Mało tego, typ karierowicza w polityce jest niebezpieczeństwem dla środowiska w którym się obraca, oraz dla kraju który ma reprezentować. Oczywiście, typowe marzenie ściętej głowy! Więc, niech pomarzy i dalej powłazi, każdemu wolno!
b
bogibogi
Ten pan zajmuje się głównie zdradą. Zdradził partię, któa wyciągnęła go z niebytu, zdradził żonę i czwórkę dzieci, zdradził chrześcijańskie wartości, do których wcześniej tak gorliwie się przyznawał, zdradził Polskę pracując dla banku Goldman Sachs, który spekulował polską walutą. Niech pisze wiersze dla swojej Isobel i zniknie z przestrzeni publicznej raz na zawsze! Yes, yes, yes!
@mario
Podstawowi zdrajcy już odeszli ale popatrz jaka pozostała miernota!
@mario
Nie wyłaź na ulicę i zakladaj kaplusik bo pieprzysz nie na temat jakbyś był ma południowych modłach idąc w słoneczku bez okrycia czerepa.
@mario
o czym piszesz, bo odnosi sie wrazenie, ze komentujesz swe zajawki i urojenia a nie artykuł. Wy prawdziwi polacy chowu radiomaryjnego posiadacie nadzwyczajną zdolność wypisywania o swych fobiach i omamach wszędzie tam gdzie jest trochę miejsca. To tak wygląda jak blokowi gówniarze wypisują na murach "kocham Zosie". Nikt do tego co napisane nie przywiązuje uwagi ale większość ludzi to wkurwia.
Dodaj ogłoszenie