Marcin Przydacz: Nie można grać w orkiestrze Łukaszenki. Jemu chodzi o destabilizację

Lidia Lemaniak
Wojciech Wojtkielewicz
Łukaszenka wywołał ten kryzys na granicy. Jesteśmy krajem wolnych mediów, w ich ramach docieramy do Polaków i przekonujemy ich, by nie brali udziału w scenariuszu Łukaszenki - mówi o sytuacji z imigrantami na granicy Marcin Przydacz, wiceminister spraw zagranicznych.

Bardzo wiele się dzieje w polityce zagranicznej, ale zacznijmy od sytuacji na granicy białoruskiej. Białoruś odmówiła wpuszczenia na teren swojego kraju polskiego konwoju z pomocą humanitarną dla migrantów. To zdaje się, że potwierdza, iż nie o imigrantów wcale chodzi.

Mając na uwadze wszystkie apele, strona polska zaproponowała Białorusi możliwość pomocy humanitarnej. Byliśmy gotowi do udzielenia pomocy w sposób legalny, czyli po przekroczeniu granicy białoruskiej. Niestety, nie otrzymaliśmy zgody, ale nasza oferta jest aktualna. Od samego początku mamy świadomość, jaki jest zasadniczy cel władz w Mińsku i to wcale nie są cele humanitarne. Łukaszenka celowo sprowadza imigrantów z Bliskiego Wschodu przez połączenia lotnicze. Ci ludzie są wykorzystywani przez władze Białorusi do wywołania kryzysu na wschodnich granicach UE. W pierwszej kolejności te osoby były kierowane na granice z Polską i z Litwą. Nasza granica jest bardzo dobrze strzeżona, a strumień imigrantów został skierowany na Litwę, gdzie spowodowało to niemałe wezwanie. Strona białoruska, mając świadomość tego, że w sposób tak łatwy nie ma możliwości przedostania się imigrantów przez granicę polską, postanowiono – w moim przekonaniu – stworzyć pewien spektakl, do którego wykorzystuje się imigrantów, budząc zainteresowanie wobec tejże grupy. Nie ma możliwości, aby ta grupa imigrantów, znajdujących się po stronie białoruskiej, w sposób legalny przekroczyła granicę Polski. Pamiętajmy, że jesteśmy odpowiedzialni również za całą wschodnią granicę UE. Kodeks Schengen i polskie prawo w sposób jasny wskazują, że granicę przekraczać można wyłącznie w miejscach do tego przeznaczonych, czyli na przejściach granicznych, w godzinach ich otwarcia.

Co wiemy o ludziach, którzy znajdują się po białoruskiej stronie granicy?

Z relacji świadków i Straży Granicznej wynika, że ta grupa jest zmieniana, w tym zmieniana jest jej liczebność – czasami jest większa, czasami jest mniejsza. Zmienia się także retoryka władzy w Mińsku – raz twierdzą, że to osoby o danej narodowości, drugim razem – że są to ludzie o innej narodowości. Wszystko wskazuje na to, że strona białoruska chce zdestabilizować sytuację na granicy i przede wszystkim wywołać wewnętrzną debatę w Polsce. Na to nie ma naszej zgody, nie można grać w orkiestrze Łukaszenki.

Wielu ekspertów od polityki zagranicznej uważa, że ręce w tej sytuacji maczał też Władimir Putin. Czy to, co się dzieje na granicach Białorusi z UE, można w jakikolwiek sposób łączyć z wrześniowymi manewrami wojskowymi Rosji i Białorusi „Zapad - 2021” przy granicy z Polską? Ma w nich wziąć udział nawet 100-200 tys. żołnierzy.

Oczywistym jest, że nie możemy abstrahować w tej sytuacji od kwestii bezpieczeństwa. Niedługo rozpoczynają się ćwiczenia „Zapad”, o których pani powiedziała i będą się one odbywać niedaleko naszej granicy. Tego typu działania hybrydowe wpisują się w chęć destabilizacji na granicach. Z uwagą śledzimy to, co się dzieje. Tym bardziej – jako państwo polskie i polskie społeczeństwo – powinniśmy stać murem na jednej linii za obroną polskiej granicy. Straż Graniczna i Wojsko Polskie wypełnia swoje obowiązki.

Wspomniał Pan wcześniej o transporcie lotniczym imigrantów na Białoruś. Ze śledztw niezależnych dziennikarzy białoruskich i litewskich wynika, że jeden migrant musi zapłacić od kilku do nawet kilkunastu tysięcy dolarów za bilet lotniczy i za obiecywane przez funkcjonariuszy reżimu białoruskiego „załatwienie dostawy” do kraju Unii Europejskiej. Można więc wnioskować, że imigranci koczujący po stronie białoruskiej, to wcale nie są biedni ludzie.

Nie jestem w stanie powiedzieć jakim statusem społecznym cieszą się te osoby. Z całą pewnością są to jednak ludzie, którzy są celowo przywożeni na Białoruś i w tym kraju przebywają legalnie za sprawą władz tego kraju. To Białoruś zaprasza tych ludzi i za nich odpowiada. Jeśli potwierdzą się te informacje, że rzeczywiście są to tak duże koszty, to pokaże też drugi zasadniczy cel Łukaszenki – próby stworzenia jakiegoś biznesu migracyjnego.

Już kilka dni temu mówił Pan, że w krajach, które zmagały się już wcześniej z nielegalną imigracją z Białorusi, politycy opozycji mówili jednym głosem z politykami rządów tych państw. W Polsce część opozycji tego nie robi i jeździ na granicę Polski z Białorusią, nieraz oglądamy wręcz sceny śmieszne, a zarazem przerażające. Dlaczego tak się dzieje, dlaczego nawet w takiej sprawie opozycja zachowuje się tak, jak się zachowuje?

Cieszę się, że Komisja Europejska stanęła po stronie rządu RP mówiąc, że nie ma zgody na nielegalną migrację i wykorzystywanie ludzi jako narzędzi do destabilizacji. Chciałbym, żeby posłowie opozycji, jeśli nie wsłuchują się w polski interes narodowy, artykułowany przez polski rząd, to niech przynajmniej wsłuchają się w to, co mówi KE. Natomiast pytanie o zachowanie naszej opozycji jest bardzo dobrym pytaniem. Jej zachowanie pokazuje, jak widzi interes państwa polskiego, a raczej swój. Jak pani zauważyła, np. na Litwie rząd i opozycja mówiły jednym głosem – że należy strzec granic swojego kraju. Życzyłbym sobie, żeby i w Polsce politycy opozycji stali na straży naszych granic, przestrzegania polskiego prawa oraz prawa UE.

W kontekście sytuacji na granicach Białorusi z Unią Europejską, w tym z Polską, wiele mówi się o wojnie hybrydowej. Takie określenia pada zarówno z ust przedstawicieli rządów Polski, czy Litwy. Proszę wyjaśnić w prostych słowach co to jest w ogóle „wojna hybrydowa”?

To wojna prowadzona przy pomocy narzędzi hybrydowych. Z reguły wojnę wyobrażamy sobie jako bezpośrednie działania kinetyczne, np. ataki wojsk. A przecież jest szereg innych instrumentów, przy pomocy których można wywołać destabilizującą sytuację u przeciwnika – czy to przez działania dezinformacyjne, czy przez np. wywoływanie kryzysów migracyjnych. W wypadku, o którym mówimy, mamy do czynienia z działaniami hybrydowymi. Są migranci sprowadzani na granicę i byli oni sprowadzani już przez ostatnie tygodnie. Z uwagi na to, że granica Polski była dobrze strzeżona, nie udało się wywołać wewnętrznego kryzysu, więc Łukaszenka postanowił zmienić taktykę i stworzył grupę, którą wysłał na granicę i poprzez działania dezinformacyjne, wywołał wewnętrzną debatę w Polsce. Dziwię się wszystkim tym, czyli zarówno mediom, jak i politykom opozycji, którzy wpisują się w tę narrację i scenariusz hybrydowy.

Czyli można stwierdzić, że polska opozycja, zachowując się w sposób, o którym mówimy, wpisuje się w scenariusz wojny hybrydowej?

Nie chciałbym przesądzać z jakich pobudek opozycja się tak zachowuje. Zapewne część z niej robi to ze względów czysto humanitarnych i moralnych. Staramy się tłumaczyć opinii publicznej, jaki to jest tak naprawdę scenariusz. Jeśli w Polsce są ludzie, którzy z dobroci serca chcą pomóc osobom koczującym po stronie białoruskiej, to w żaden sposób nie powinni wpisywać się w narrację Łukaszenki, ale powinni wesprzeć rząd w działaniach. Liczymy na konstruktywne działanie opozycji, a nie happeningi na granicy.

Jakie konkretne metody walki z wojną hybrydową może podjąć Polska?

To wszystko zależy od instrumentów w jej ramach, czyli od tego, jakie działania prowadzi druga strona. W przypadku imigrantów oczywistym jest, że uszczelniamy swoją granicę. Przez ostatnich kilka tygodni była ona dodatkowo wzmacniana. Poza tym trwa praca dyplomatyczna, aby ten kryzys rozwiązać poprzez takie instrumenty. Walczymy również z dezinformacją. Jesteśmy krajem wolnych mediów, w ich ramach docieramy do Polaków i przekonujemy ich, żeby nie brali udziału w scenariuszu Łukaszenki, pokazując jakie są cele drugiej strony i jakie mogą być skutki. Powiedzmy sobie wprost – jeśli ta grupa imigrantów na żądanie posłów opozycji zostanie wpuszczona do Polski, za chwilę mogą się pojawić tysiące takich osób i wtedy część komentatorów powie „jeśli wpuściliście jednych, to wpuśćcie i drugich”. W takiej sytuacji mielibyśmy tysiące imigrantów sprowadzanych przez Łukaszenkę, a na to zgodzić się absolutnie nie możemy.

Pozostając na Wschodzie, przejdźmy teraz do sprawy Ukrainy. Kilka dni temu ten kraj świętował 30 lat swojej niepodległości, a wizytę na Ukrainie składał wówczas prezydent Andrzej Duda. Jak obecnie wyglądają relacje między naszymi krajami.

Relacje między Polską a Ukrainą są wielopoziomowe. Po pierwsze – mamy politykę bezpieczeństwa i wspieramy Ukrainę w walce z agresją rosyjską, nie uznajemy aneksji Krymu, wspieramy Ukrainę dyplomatycznie. Po drugie – mamy świadomość, że Ukraina buduje swoje państwo i administrację, wspierana przez szereg szkoleń czy stypendiów. Po trzecie – rozwija się dialog i współpraca gospodarcza. Ukraina jest dużym rynkiem, na którym są obecni polscy przedsiębiorcy. Również na cele infrastrukturalne i graniczne Polska udziela kredytów tak, ażeby były one na Ukrainie lepsze. Po czwarte – w Polsce są pracownicy z Ukrainy, którzy z uwagi na nie tak dobrą sytuację gospodarczą w tym kraju przyjeżdżają pracować do naszego kraju, a później część środków, którą u nas zarobią, inwestują na Ukrainie.

Mówiąc o stosunkach Polski z Ukrainą, nie sposób nie wspomnieć o historii, która nie zawsze była łatwa...

Oczywiście. Z jednej strony staramy się pokazywać elementy wspólne, które łączą naszą historię, jak np. Trójkąt Lubelski i odwoływanie się do Unii Lubelskiej, pierwszej Rzeczypospolitej. Była niedawno bardzo dobra deklaracja ministrów spraw zagranicznych, w której po raz pierwszy Ukraina odwołała się I RP, jako też do swojego dziedzictwa. Nie patrzy na to, jako na dominację Polski nad tamtymi terenami, ale właśnie jako na własne dziedzictwo. Część ludzi, którzy decydowali o najważniejszych sprawach I RP, pochodziła właśnie stamtąd. Tak jak mówił św. Jan Paweł II: „od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”. A Unia Lubelska była naszym pierwszym elementem współpracy zagranicznej z Ukrainą. Z drugiej strony w naszych relacjach są i tematy trudne, czyli próby gloryfikacji ukraińskich nacjonalistów i chęć budowy tożsamości narodowej na bazie tejże idei. To w Polsce są sprawy absolutnie nieakceptowalne. Mamy świadomość faktów historycznych i tego, co działo się w latach 40-tych na terytoriach dzisiejszej Ukrainy. Nie ma naszej zgodny na to, żeby ukraińska tożsamość budowała się i umacniała wokół tendencji nacjonalistycznych. Nie chodzi tylko o naszą wrażliwość i prawdę historyczną, ale także o dobro samej Ukrainy. Tego typu tendencje integralnego nacjonalizmu, na jakich zbudowana była ideologia OUN-UPA w dzisiejszych czasach są całkowicie nieakceptowalne, także w Unii Europejskiej. To były ideologie bardzo zbieżne z tymi, które w latach 30-tych i 40-tych funkcjonowały w Niemczech. Dla samego dobra Ukrainy, warto zniuansować swoją pozycję i odrzucić zwłaszcza te postaci, które były zbrodniarzami, jak np. Szuchewycz.

Bodaj największym sprawdzianem dla Ukrainy przez 30 lat niepodległości była agresja Rosji na ten kraj. Czy Ukraina poradziła sobie z inwazją rosyjskich sił zbrojnych?

To bardzo trudna sytuacja. W 2014 roku Ukraina była dużo słabszym państwem niż jest dzisiaj. Pierwsze tygodnie agresji rosyjskiej były dla Ukrainy bardzo trudne. Kraj ten był infiltrowany przez rosyjskie służby, co mogliśmy zauważyć na Krymie i Donbasie. Po tych kliku latach Ukraina jest państwem wzmocnionym, siły zbrojne są w dużo lepszym stanie, ale to nie znaczy, że wojna się kończyła, wręcz przeciwnie. Trzeba jeszcze bardziej przyspieszyć reformy polityczne, społeczne i gospodarcze na Ukrainie, do czego usilnie namawiamy stronę ukraińską, oferując też swoją pomoc. Ukrainie gotowe są też pomóc USA i kraje Europy Zachodniej. Ten kraj cały czas mierzy się z agresywną polityką rosyjską. Z perspektywy bezpieczeństwa jest to sytuacja, której powinniśmy się przyglądać i wspierać Ukrainę. To dokładnie tak, jak mówił śp. Lech Kaczyński na placu w Tibilisi. w 2008 roku: „dziś Gruzja, jutro Ukraina, a później może i czas na mój kraj”.

Polska zawsze była ambasadorem dążeń Ukrainy do NATO oraz Unii Europejskiej. Jak Pan widzi przyszłość tego kraju w tych kontekstach?

Polska dalej optuje za polityką otwartych drzwi, zarówno z zakresie integracji z UE, jak i z NATO. Uważamy, że te organizacje wtedy są żywe, kiedy można do nich wstępować, mogą się rozszerzać i stanowią cel dla krajów w reformowaniu. Co do UE – Ukraina podpisała z nią umowę stowarzyszeniową. Tej umowy nie chciał podpisać prezydent Janukowycz, a po tej decyzji mieliśmy protesty i Majdan. Dzisiaj Ukraina ma z UE ruch bezwizowy oraz porozumienia gospodarcze, dające stronie ukraińskiej pewne prawa funkcjonowania na rynkach europejskich oraz otwierania swojego rynku na produkty europejskie. Jednak to wszystko musi iść w parze z dalszymi reformami w tym kraju i dostosowywaniem sytuacji gospodarczej, prawnej, społecznej i politycznej do wymogów UE. Podobnie jest ze sprawą NATO – mamy świadomość, że aby Ukraina mogła wstąpić do Sojuszu Północnoatlantyckiego, muszą zaistnieć pewne warunki. Po pierwsze – kraj ten musi być do tego gotowy, a po drugie – musi być też zgoda polityczna wszystkich państw NATO. Namawiamy więc Ukrainę, aby dalej reformowała swoją strukturę sił zbrojnych oraz cywilny nadzór nad tymi siłami. Mamy nadzieję, że okienka wejścia Ukrainy zarówno do UE, jak i do NATO, kiedyś się otworzą, bo sytuacja w tym kraju będzie na tyle dobra i stabilna, że to się wydarzy. Oczywiście, do tego wszystkiego dochodzi jeszcze rozwiązanie sytuacji na Krymie i w Donbasie. Nie możemy o tym zapomnieć i pozwolić na siłowe zmiany granic w Europie, stąd też taka, a nie inna polityka Polski.

Kończąc naszą zapytam Pana jeszcze o Afganistan. Ile samolotów w sumie wylądowało w Polsce i jaka liczba ludzi została ewakuowana przez nasz kraj?

14 samolotów cywilnych, które wysłaliśmy w kierunku Afganistanu po to, aby ewakuować naszych obywateli, pracowników byłej polskiej ambasady, którzy pracowali bezpośrednio dla naszego kraju. To byli także współpracownicy polskiego kontyngentu wojskowego, tłumacze, kierowcy, pracownicy administracji. Wszystkim tym ludziom Polska była winna swoją sojuszniczą lojalność. To kilkaset osób, które bezpiecznie dotarło do Polski. Są dzisiaj w bezpiecznych warunkach, przebywają w ośrodkach, są objęte pomocą medyczną i psychologiczną. Część z nich deklaruje, że chciałaby dołączyć do swoich rodzin na zachodzie Europy, a część być może będzie chciała zostać w Polsce i będziemy chcieli ich zaadaptować tak, aby nauczyli się języka i mogli tutaj funkcjonować, ale w zgodzie z naszymi normami kulturowymi, bo to jest dla nas bardzo ważne.

O pomoc w ewakuacji z Afganistanu prosiły nas też inne kraje. Jakim państwom pomogła Polska?

Inne kraje widząc, jak w krótkim czasie i w bardzo trudnych warunkach stworzyliśmy tę misję, zwróciły się do nas o pomoc w ewakuacji ich współpracowników. Z taką prośbą zwrócił się do nas Międzynarodowy Fundusz Walutowy z Waszyngtonu i Polska w sposób bezpieczny ewakuowała kilkudziesięciu ich pracowników. Zwróciła się do nas również Litwa i pomogliśmy ewakuować 150 osób z Afganistanu. Zwróciła się do nasz także Estonia, pomogliśmy obywatelom Niemiec, rodzinie holenderskiej. Wykazujemy się solidarnością sojuszniczą, ale musi się to odbywać w warunkach bezpieczeństwa, dlatego została podjęta decyzja o zakończeniu w czwartek tej misji.

PSL chce restrykcji dla niezaszczepionych

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
28 sierpnia, 6:38, AB:

Demokracja s[obraźliwe]onego Zachodu nie przyjęła się na Białorusi

W ubiegłym roku zdławił na Białorusi pełzającą żydo-rebelię finansowaną i sterowaną przez żydowski reżim z Warszawy na polecenie Waszyngtonu – finansowaną oczywiście przez polskiego podatnika, dokładnie: przez podatnika okradanego przez żydowski reżim IIIRP.

Dyktator A.Łukaszenko w swoich działaniach poniewierających [wulgaryzm] demokrację Zachodu wydaje się całkowicie niefrasobliwy i jakby nie pomny przestróg mężów UE – z tymi mężami to jest jednak niejaki kłopot.

R.Sikorski – mąż A.Applebaum z Manhatanu, szczęśliwy ojciec dwóch synów i może przyszłych rabinów oraz – no, to nie mąż, to pederasta -, G.Westerwelle, obydwaj szefowie MSZ, jeden z IIIRP, drugi z RFN – oto polityczna elita UE -, złożyli prezydentowi A.Łukaszence w listopadzie 2010r., na miesiąc przed wyborami prezydenckimi, pewną propozycję. Sikorski pochwalił się w TVP1, że przedstawili prezydentowi Białorusi bardzo demokratyczną ofertę:

w wypadku, gdy Łukaszenka umożliwi któremuś z jego konkurentów wygranie wyborów, odejdzie z polityki jako zamożny i żyjący w bezpieczeństwie obywatel Europy. Ale w wypadku, gdy na ten „odważny” krok się on nie zdecyduje, to winien oczekiwać losu Miłoszwicia w Jugosławii, Nadżbullacha w Afganistanie lub Saddama Husseina w Iraku…

Oto i oferta godna najwyższych wartości syjonistycznej demokracji s[obraźliwe]onego Zachodu, której dyktator A.Łukaszenko najzwyczajniej w świecie nie przyjął. Dziwi mnie tylko, że nie kazał obić i spuścić ze schodów tych dwu nasłanych przez [wulgaryzm] demokrację syjonistycznych oferentów. No, ale dyktator A.Łukaszenko jest politykiem, dyplomatą i wie, że parlamentariuszy w [wulgaryzm] się nie leje, nawet jeśli są to szumowiny spod ciemnej gwiazdy – tylko niech nikt nie próbuje mi zarzucać, że gwiazda Dawida jest tu domyślna, niech każdy myśli na swój rachunek. Dyktator A.Łukaszenko doskonale wie także, że zbydlęcenie elit s[obraźliwe]onego Zachodu nie ma granic, co w końcu bez ogródek zakomunikował mu syjonista Sikorski: że jeśli Łukaszenko nie odejdzie, to s[obraźliwe]ony Zachód go zamorduje.

I tak oto kolejny raz [obraźliwe]ska demokracja lub demokracja s[obraźliwe]onego Zachodu nie przyjęła się na Białorusi, mimo ogromnych wysiłków zbydlęconych elit Zachodu od Waszyngtonu poczynając, a na Warszawie kończąc. Dyktatorowi A.Łukasznko, białoruskim władzom i służbom należą się wyrazy najwyższego uznania za właściwe rozpoznanie i potraktowanie sterowanej i opłaconej przez Zachód „białoruskiej demokratycznej opozycji”.

Dyktator – tego określenia w stosunku do prezydenta A.Łukaszenko używają powszechne żydowskie media w IIIRP. Jednak nie warto rozważać jego trafności, bo co by nie mówić, zawsze lepiej być dyktatorem niż [obraźliwe]em.

Abadon, to koniec łukaszonka. UNTERGANG. Ostanie tchnienia. Znowu kopiujesz artykuł z białoruskiej gadzinówki ty ścierwo? Ile rubli rubli za post dostajesz?

A
AB
Demokracja s[obraźliwe]onego Zachodu nie przyjęła się na Białorusi

W ubiegłym roku zdławił na Białorusi pełzającą żydo-rebelię finansowaną i sterowaną przez żydowski reżim z Warszawy na polecenie Waszyngtonu – finansowaną oczywiście przez polskiego podatnika, dokładnie: przez podatnika okradanego przez żydowski reżim IIIRP.

Dyktator A.Łukaszenko w swoich działaniach poniewierających [wulgaryzm] demokrację Zachodu wydaje się całkowicie niefrasobliwy i jakby nie pomny przestróg mężów UE – z tymi mężami to jest jednak niejaki kłopot.

R.Sikorski – mąż A.Applebaum z Manhatanu, szczęśliwy ojciec dwóch synów i może przyszłych rabinów oraz – no, to nie mąż, to pederasta -, G.Westerwelle, obydwaj szefowie MSZ, jeden z IIIRP, drugi z RFN – oto polityczna elita UE -, złożyli prezydentowi A.Łukaszence w listopadzie 2010r., na miesiąc przed wyborami prezydenckimi, pewną propozycję. Sikorski pochwalił się w TVP1, że przedstawili prezydentowi Białorusi bardzo demokratyczną ofertę:

w wypadku, gdy Łukaszenka umożliwi któremuś z jego konkurentów wygranie wyborów, odejdzie z polityki jako zamożny i żyjący w bezpieczeństwie obywatel Europy. Ale w wypadku, gdy na ten „odważny” krok się on nie zdecyduje, to winien oczekiwać losu Miłoszwicia w Jugosławii, Nadżbullacha w Afganistanie lub Saddama Husseina w Iraku…

Oto i oferta godna najwyższych wartości syjonistycznej demokracji s[obraźliwe]onego Zachodu, której dyktator A.Łukaszenko najzwyczajniej w świecie nie przyjął. Dziwi mnie tylko, że nie kazał obić i spuścić ze schodów tych dwu nasłanych przez [wulgaryzm] demokrację syjonistycznych oferentów. No, ale dyktator A.Łukaszenko jest politykiem, dyplomatą i wie, że parlamentariuszy w [wulgaryzm] się nie leje, nawet jeśli są to szumowiny spod ciemnej gwiazdy – tylko niech nikt nie próbuje mi zarzucać, że gwiazda Dawida jest tu domyślna, niech każdy myśli na swój rachunek. Dyktator A.Łukaszenko doskonale wie także, że zbydlęcenie elit s[obraźliwe]onego Zachodu nie ma granic, co w końcu bez ogródek zakomunikował mu syjonista Sikorski: że jeśli Łukaszenko nie odejdzie, to s[obraźliwe]ony Zachód go zamorduje.

I tak oto kolejny raz [obraźliwe]ska demokracja lub demokracja s[obraźliwe]onego Zachodu nie przyjęła się na Białorusi, mimo ogromnych wysiłków zbydlęconych elit Zachodu od Waszyngtonu poczynając, a na Warszawie kończąc. Dyktatorowi A.Łukasznko, białoruskim władzom i służbom należą się wyrazy najwyższego uznania za właściwe rozpoznanie i potraktowanie sterowanej i opłaconej przez Zachód „białoruskiej demokratycznej opozycji”.

Dyktator – tego określenia w stosunku do prezydenta A.Łukaszenko używają powszechne żydowskie media w IIIRP. Jednak nie warto rozważać jego trafności, bo co by nie mówić, zawsze lepiej być dyktatorem niż [obraźliwe]em.
Dodaj ogłoszenie