Marcin Meller: Politycy opozycji to tłuste misie. W czasie wyborów zachowywali się tak, jakby chcieli znieważyć swój elektorat

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Zaktualizowano 
Marcin Meller
Marcin Meller Bartek Syta Barteksyta.Blogspot.Com
Bonzowie Platformy nie muszą wygrywać wyborów. Oni i tak będą sobie siedzieć w Sejmie, i tak dostaną jakieś komisje, budżety na prowadzenie biur. To, jak zachowali się w tych wyborach, jest zniewagą dla elektoratu opozycji - mówi Marcin Meller, publicysta, w rozmowie z Anitą Czupryn.

Twoja najnowsza książka, „Nietoperz i suszone cytryny” to zbiór felietonów, jakie powstały na przestrzeni ostatnich 4 lat. We wstępie piszesz, że w książce jest całkiem sporo komiczno-smutnej Polski. Ciekawa jestem, co Cię śmieszy, a co smuci w Polsce dzisiaj?
Akurat w tym wyborze nie ma felietonu na ten temat, ale napisałem raz tekst o ulicznych demonstracjach kabareciarzy. Protestowali przed Kancelarią Premiera przeciwko temu, że rząd uprawia dumping, bo kabareciarze, autorzy skeczów, internetowych portali muszą się wysilić, pogłówkować, siedzieć nocami, żeby wymyślić żart, napisać dowcip, a każdego dnia czy to premier, czy minister z jego rządu wychodzi i publicznie oraz za darmo wali takie teksty, od których można się zdrowo pośmiać. I tak trochę dzisiaj w Polsce jest.

Jak? Rząd zastępuje kabaret?
Dobra zmiana ma tę cudowną cechę. Nawiasem mówiąc, uwielbiam czytać „ASZdziennik”, czyli serwis fałszywych wiadomości.

„Asz” często nie można uwierzyć, że newsy zamieszczane na tym portalu, choć brzmią fałszywie, to są prawdziwe (śmiech).
O to właśnie mi chodzi. Rano odpalam internet, czytam informacje, myślę sobie, że to są jakieś jaja, że to „ASZdziennik”, a okazuje się, że to na serio. „ASZdziennik” więc też zaczął wrzucać tego typu informacje, podkreślając, że to nie jest wymyślone; że to się naprawdę dzieje. Ostatnio poznałem nawet ojca dyrektora „ASZdziennika” Rafała Madajczaka i zapytałem, jak mu się pracuje w tych czasach. „Ciężko - powiedział. - Bardzo ciężko. Konkurencja ze strony władz jest tak silna, że naprawdę trzeba się nagimnastykować”. I to jest ten aspekt komiczny.

Trochę jednak śmiech przez łzy.
Oczywiście, że przez łzy. Ta władza przegina we wszystkim. Wszystkie wartości skądinąd pozytywne obraca w karykaturę. Z patriotyzmu robi nacjonalizm i to prymitywny, prostacki; ze stadionowych bandytów robi wzór cnót obywatelskich. I co więcej, to wszystko unurzane jest w takim megapatetycznym i strasznie ideolo sosie. Wychowałem się na Monty Pythonie, na „Paragrafie 22” i z domu wyniosłem wyczulenie na tego rodzaju ideologiczne szarże - nie tylko dobrej zmiany, bo tak samo śmieszą mnie lewicowi radykałowie. Nieraz wyzłośliwiałem się z nich w felietonach. Pamiętam, jak razu pewnego, pewna pani doktor chciała zrobić z Zośki, Rudego i Alka gejów, bo jeden drugiemu, umierając, powiedział: „Kocham cię”. Oszalałem wtedy ze szczęścia i od razu machnąłem felieton o tym, że ja i wszyscy moi kumple jesteśmy kryptogejami, bo przy powitaniu wołamy do siebie: „Cześć stara d…, kocham cię”.

(Śmiech).
Na to jestem uczulony, na wszystkie tego rodzaju szarże ideologiczne, a w przypadku dobrej zmiany to jest mieszanka, jednak, totalnego prymitywizmu myślowego - mówienia wielkimi literami, a z drugiej strony okładania kijem.

Wyśmiewasz to w swoich felietonach, z tego kpisz. A co Cię smuci na poważnie?
Na poważnie? Już mówię. Żart i śmiech traktuję trochę jak tarczę. W tym sensie, żeby nie oszaleć.

Przypomniałeś mi, jak to w redakcji, w której kiedyś pracowałam, mieliśmy kierowcę, byłego wojskowego. Zwykł powtarzać, że najlepszym sposobem na złego czy głupiego dowódcę było „zaj…bać śmiechem”.
O! Ten kierowca jest moim autorytetem moralnym. Ale dochodząc do powagi, powiem, że dla mnie jedną z lepszych odtrutek na dobrą zmianę jest „Last Week Tonight”, czyli Johna Olivera przegląd tygodnia, który śmiechem rozbraja Amerykę Trumpa, a ja znajduję w tym dużo podobieństw. Poza tym podoba mi się jego podejście do życia, polityki i powinności dziennikarskiej, choć na dobrą sprawę on nie jest dziennikarzem, jest komikiem. Tylko tak wyszło, że teraz stał się najpoważniejszym publicystą politycznym. Wracając do tematu - ten śmiech jest po prostu zbawczy.

A wracając do powagi?
Poważnie - i tego się wystrzegam w pisaniu felietonów, żeby nie przyduszać pedału patosu - to wydaje mi się, że dobra zmiana zatruła Polskę i zatruła Polaków. Konsekwencje tego będziemy ponosić przez długie lata.

Co konkretnie masz na myśli?
Dobra zmiana, w uproszczeniu, mówi: „Wszystkiego tego, czego się wstydziliście, już się wstydzić nie musicie, możecie o tym mówić i to głosić” - od antysemityzmu, przez rasizm i wszystkie te rzeczy paskudne, które zawsze istniały, ale nie wypadało ich wynosić na powierzchnię. Jak nienawiść do gejów, nienawiść do Żydów, nienawiść do wszystkich odmienności. Słowem - jesteście super i możecie publicznie głosić to, czego nienawidzicie, a nienawidzić powinniście wszystkich poza sobą. Tylko że dobra zmiana odejdzie, ale to, co się stało z Polską, z Polakami, będzie trwało dziesięciolecia. Najprostszy przykład, zresztą rozmawialiśmy już o tym przy okazji ustawy o IPN: w imię kokietowania najgorszej grupy ludzi, wysadzono w powietrze lata pracy nad stosunkami polsko-żydowskimi. OK, władza się kiedyś zmieni, ale przez ile czasu będziemy musieli to odkręcać? Nie trzeba szukać daleko - to, co się działo teraz po meczu Polska - Izrael, wszystkie te komentarze w internecie, o gazowaniu, zagazowaniu, rozstrzeliwaniu, spalaniu…
… o pogromie.
Wszystko to jest efektem tego, co robi dobra zmiana.

To pewnie wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego nie był dla ciebie zaskoczeniem?
Zaskoczył mnie w sensie technicznym. Myślałem, że ten wynik bardziej będzie remisem, ewentualnie różnica będzie dotyczyła dwóch procent w jedną czy drugą stronę.

Dlaczego tak się stało? Dlaczego, twoim zdaniem, PiS te wybory wygrał?
Nie powiem niczego mądrzejszego ponad to, co zostało zawarte w omówieniu Klubu Jagiellońskiego - po prostu nastąpiła radykalna konsumpcja transformacji, która się dokonała, czyli wszystkich tych transferów, jakie robi PiS. Sam we wrześniu dostanę, jako rodzic dwójki dzieci jakieś - jak mi to wyliczył kolega - 2,5 tysiąca złotych na rękę, z wyrównaniem od lipca.

Z wdzięczności jesienią też zagłosujesz na PiS? Taką wdzięczność czuje dziś mnóstwo ludzi, o których wcześniejsza władza nie dbała. To dlatego, jak mówią, głosują, żeby pomóc temu dobremu rządowi.
I ja to naprawdę rozumiem. W pewnym sensie, zwłaszcza jeśli myślę o ludziach uboższych, to jest pierwszy rząd po 1989 roku, który z takich czy innych powodów pochylił się nad tymi, co mają pod górkę. W związku z tym ja to głosowanie na PiS doskonale rozumiem. To jedna rzecz. Po drugie - przez poprzednie 25 lat władza i elity mówiły że idziemy do Europy, że musimy dorównać europejskim standardom. Obecna władza powiedziała, że chrzanić standardy europejskie, jesteśmy fantastyczni nawet jak pierdzimy w pokoju przy ludziach, bo to jest nasze, polskie pierdzenie i mamy do tego prawo. To też jest zaletą dla bardzo wielu ludzi. Ze strony władzy idzie krótki komunikat: „Jesteśmy fantastyczni i niech wszyscy na całym świecie idą się pier…”. A trzecia rzecz, jeśli chodzi o wyniki, to opozycja sobie te wybory olała. Poza szlachetnymi i chlubnymi wyjątkami pracy Bartosza Arłukowicza i - z drugiego końca Polski - Elżbiety Łukacijewskiej - reszta uznała, że „państwu się należało”. Uważam za skandal, że Włodzimierz Cimoszewicz będzie sobie eurodeputowanym, nóż w kieszeni mi się otwierał, kiedy widziałem, a raczej nie widziałem, bo w kampanii nie zrobił zupełnie nic. Koalicja Europejska głosiła, że to megaważne wybory, że trzeba się starać, że to przed jesienią, bla bla bla… - w rzeczywistości była to pełna olewka. Totalna. Na zasadzie, że „nam się należy”. Skojarzyło mi się to z dokumentem, jaki oglądałem na Netflixie, z amerykańskiej kampanii wyborczej z ubiegłego roku, pt. „Podbić Kongres”, o czterech lewicowych działaczkach partii demokratycznej, które startują przeciwko establishmentowi. W tym Alexandria Ocasio-Cortez, 29-letnia kelnerka, która staje przeciwko Joe Crowleyowi, czwartemu najważniejszemu politykowi partii demokratycznej, któremu nie chce się nawet przyjść na pierwszą debatę, wysyła swoją współpracownicę. Kiedy widziałem tę scenę, to myślałem o naszych politykach opozycji, tłustych misiach. Wiem, jak to działa.

Jak?
Niestety, działa to tak, że bonzowie Platformy, starzy wyjadacze, nie muszą wygrywać wyborów. Oni i tak będą sobie siedzieć w Sejmie, i tak dostaną jakieś komisje, dostaną budżety na prowadzenie biur i tak dalej. To, jak oni zachowali się w tych wyborach, jest, uważam, zniewagą dla elektoratu opozycji.

A może jest tak, jak twierdzi Bogusław Sonik, mówiąc w wywiadzie dla „Polski”, że liderzy Koalicji Europejskiej swoje przekonania budowali na nastrojach tak zwanej „warszawki”. Tylko że „warszawka” to nie Polska i w Polsce nie sprzedają się takie ideologiczne tematy jak np. LGBT. Przez to, że „warszawka” nadała taki ton, to stała się kulą u nogi tych wyborów. A ty jesteś częścią tej „warszawki”.
Jestem, tylko wydaje mi się, że mam lepszy słuch społeczny niż większość polityków opozycji. Po pierwsze, jestem częścią „warszawki”, ale mam też dom na Mazurach, na wsi, gdzie spędzam pewnie jedną trzecią roku. Żyję w realiach miasteczek gminnych i powiatowych Reszel-Mrągowo i słucham, co ludzie mówią. Nawet napisałem o tym publicznie. Zgadzając się z ideą układu LGBT+, warszawskiego, mówiłem, że uważam to za błąd.

Ale co jest błędem?
Podpisanie karty LGBT+ przez Rafała Trzaskowskiego. Robienie tego przed cyklem trzech wyborów to jest właśnie spojrzenie czysto warszawskie, bo Warszawa to pod wieloma względami jakby inny kraj. Szlachetne skądinąd intencje kłócą się z nastrojami społecznymi. Te nastroje mogą się nie podobać, może się nie podobać to, że Polacy generalnie są bardzo konserwatywnym narodem i że wiadomo, jak jest poza dużymi miastami. Podpisanie deklaracji LGBT+ w Warszawie dało paliwo i miało swoje znaczenie, jeżeli chodzi o mobilizację elektoratu wiejskiego w ostatnich wyborach. Rzecz kolejna - „warszawce” bardzo się podobało wystąpienie Leszka Jażdżewskiego przed Tuskiem.
Trzeciego Maja na Uniwersytecie Warszawskim.
Tak. Ja uważam, że to była katastrofa. Słuchałem go i nie mogłem uwierzyć własnym uszom, co słyszę. Tylko, że znowu - zgadzam się z każdym słowem, jakie powiedział Jażdżewski, a co więcej, myślę, że w perspektywie długoterminowej Kościół zapłaci za wszystkie swoje grzechy; tego się nie da odwrócić. Tylko nie da się tego zrobić w dwa tygodnie, pewne procesy trwają. Pamiętam, rozmawiałem kiedyś z moim kolegą, producentem telewizyjnym. Zapytałem, dlaczego w popularnym serialu, który produkuje, nie występuje żaden gej. Powiedział: „Serial jest popularny, robiliśmy badania i z badań wychodzi, że Polacy jeszcze nie są na to gotowi. Jak będą gotowi, to wprowadzimy taką postać”. Minęło kilka lat, pojawił się jeden, drugi, trzeci gej, a dzisiaj to już jest zupełna norma. Wracając do Jażdżewskiego: są dwie interpretacje jego wystąpienia. Albo to, co zrobił, było świadome - a tak uważa prawica - jeśli więc było to świadome, to był to katastrofalny błąd. A jeżeli Jażdżewski sobie wyszedł i po prostu chlapnął, to świadczy o tym, że ta opozycja jest kompletnie niepoukładana - przed wystąpieniem Donalda Tuska wychodzi jakiś koleżka i obwieszcza, co chce. Czy weźmiemy pod uwagę jeden wariant, czy drugi - oba są katastrofą.

Ale przecież zagłosowałeś na Trzaskowskiego.
No tak.

Pamiętam ten moment i ty go też doskonale pamiętasz - luty 2011 rok, kiedy to ci się ulało i napisałeś na Facebooku, że nigdy już nie zagłosujesz na Platformę.
I publicznie przyznałem się do kolejnej konsekwencji - to znaczy do tego, że głosowałem na Trzaskowskiego i nawet z tego powodu jestem zadowolony. Przychodzi taki moment, kiedy trzeba wybrać, ten wybór nie zawsze jest prosty, ale on jest - albo ci, albo tamci. Ja naprawdę uważam, że dobra zmiana jest złem, które niszczy mój kraj. Już dokonała naprawdę wielu szkód, a jej dłuższe trwanie będzie tylko gorsze. Nie jestem ślepy, widzę co się dzieje, ale jak przychodzą wybory - no cóż, zatykam nos. Akurat w przypadku samorządowych nie zatykałem, bo nawet jeśli mówię o tym, co myślę o warszawskim układzie LGBT, to uważam, że Rafał Trzaskowski może być dobrym prezydentem. I w sumie patrząc na jego działania przez te miesiące, na jego pracę u podstaw - jak ostatnia akcja ze żłobkami, to na razie nie przyszło mi się rozczarować.

Tak jak przyszło ci się rozczarować prezydentem Dudą, na którego głosowałeś?
Nie głosowałem! Tak się właśnie tworzą mity. Kiedy Andrzej Duda został wybrany prezydentem i wielu moich znajomych zaczęło deklarować w mediach społecznościowych, że emigrują z Polski, napisałem post, który odbija mi się i będzie się odbijać czkawką. Trudno, muszę ponosić tego konsekwencje. A napisałem, żeby dać na luz, że tak działa demokracja, że zdemoralizowana władza została ukarana i został wybrany kandydat, który się starał, a o tym, jakim prezydentem będzie, to porozmawiamy za dwa lata. To właśnie napisałem. Ale nigdy nie głosowałem i bym nie głosował na kogokolwiek związanego z Prawem i Sprawiedliwością. Przez ten post zaczęła funkcjonować informacja, że głosowałem na Dudę. Normalne jest, że raz wygrywa jedna partia, innym razem druga. Problem z dobrą zmianą polega na tym, że mamy teraz do czynienia z ugrupowaniem de facto rewolucyjnym, które chce zmienić funkcjonujący w Polsce system. Czyli niszczy demokrację liberalną, która w Polsce funkcjonowała od 1989 roku. Na tym polega różnica. Przyznaję: mój błąd, kiedy w 2015 roku zakładałem, że będzie zmiana, będzie przełożenie akcentów, będą zmiany w polityce gospodarczej, kulturalnej i każdej innej, ale będziemy stosować się do reguł, które obowiązują. Okazało się - i przyznaję, byli tacy, którzy to przewidywali - że ten obóz nie ma zamiaru stosować się do reguł gry i w trakcie meczu piłki nożnej chce stosować zasady ulicznej bójki. Wcześniej, po 1989 roku, kiedy wygrywała jakaś partia, której nie lubiłem, mówiłem: „Trudno, tak wybrali rodacy. Trzeba to respektować”. I takie też podejście miałem w 2015 roku: nie mój kandydat, nie moja bajka, ale wygrał i głowie państwa należy się szacunek, tak jak zakładałem, że głowa państwa też będzie szanować kształt polityczny kraju, w jakim funkcjonujemy. A okazało się, że tak nie jest.

Co ci teraz mówi twoja ufność i przesadny optymizm, o których piszesz, i które przebijają przez twoje felietony?
Wydaje mi się, że mimo wszystko, mimo wielu rozczarowań, optymizm warto mieć. W książce znalazł się felieton, który napisałem, bo moja małżonka kazała mi przeprosić za Dudę; za to, że dawałem mu kredyt zaufania. Przytaczam w nim prawdziwe badania psychologów, które, jak pamiętam, zrobiły na mnie duże wrażenie. A mianowicie jest coś takiego, że jeśli ktoś ma pozytywne podejście do życia, to nawet jeśli spotka go jakieś życiowe nieszczęście, jeśli nawet wyląduje na wózku inwalidzkim, to po okresie rozpaczy, smutku, które się z tym nieszczęściem wiąże, wraca do tego swojego podejścia, że life is good, życie jest w porządku, większość ludzi jest fajna. A z kolei jak ktoś jest przesiąknięty żółcią i goryczą, to choćby wygrał milion w lotto, na chwilę ucieszy się, że ma pieniądze, a potem znów będzie tak samo zgorzkniałym człowiekiem, jakim był wcześniej. I tak trochę z ludźmi jest. Często na spotkaniach autorskich ludzie zadają mi pytanie, jak sobie radzę z hejtem, który na mnie spływa w internecie. Bo wiadomo, że cokolwiek napiszę, choćby o pszczołach, to mimo że prawica mówi, że w Polsce nie ma antysemityzmu, ktoś będzie mi kazał spierd…ać do Izraela. I co ja na to.
I co ty na to?
Odpowiadam, że owszem, regularnie czytam na swój temat straszne rzeczy i zawsze jest wątek antysemicki. Natomiast w tak zwanym realu przez ostatnie lata momenty, w których doświadczyłbym słownej agresji, mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Za to na co dzień spotykam się z sympatią i życzliwością. To znaczy, że ten internet to jednak dzieło szatana, ludziom w internecie zupełnie odbija; a w rzeczywistości jest inaczej - zwłaszcza że nie jestem zamknięty w Warszawie czy „warszawce”, bo oprócz moich Mazur dużo jeżdżę po Polsce. Dziś rozmawiam z tobą, będąc we Wrocławiu, jutro będę w Poznaniu, potem w Gliwicach, nie wspominając o Mazurach i Warmii. Kiedy więc dopada mnie smutek z powodu tego, co widzę w internecie, to sobie przypominam, że na żywo ten świat jest o wiele lepszy. Poza tym staram się kasować ze wspomnień niedobre doświadczenia. Wolę się nawet nieraz przejechać na ludziach, zawieść na nich niż żyć w jakimś stanie paranoi, podejrzliwości. Ponieważ bardzo wiele o tym, w jakim kraju żyjemy, mówi mi historia o tym, jak to Jarosław Kaczyński, udzielając wywiadu już w XXI wieku, jako dowód niegodziwości swoich przeciwników wspomina, że w latach 70. na jakimś spotkaniu opozycjonistów ktoś nie ustąpił mu krzesła. Szczerze mówiąc, ta historia więcej mówi o tym, co się z Polską dzieje niż analizy socjologiczne.

Z Polską?
Z tym, że rządzi nami facet, który po kilkudziesięciu latach ma żal, pretensje i frustrę, bo ktoś kiedyś nie ustąpił mu krzesła, nie traktując go wystarczająco godnościowo, jakby sobie tego życzył. Kiedy więc mnie zdarzają się tego rodzaju „krzesła”, to zapominam o tym w trybie błyskawicznym. Ale to nie oznacza, że jestem beztroskim wesołkiem, który w ogóle nie dostrzega zagrożeń. Przyglądam się temu, co się dzieje w Polsce, co się dzieje w Europie i na świecie, i wiedząc, że historia nigdy się nie powtarza jeden do jednego, to jednak mam absolutną świadomość tego, co się działo w Europie w latach 30. Nie porównuję tego, co mamy teraz, do lat 30., ale pewne mechanizmy, zjawiska są podobne. Nic nie robi na mnie większego wrażenia niż wspomnienia tych, którzy przeżyli Holocaust - mówię o zasymilowanych polskich Żydach uczestniczących w polskiej kulturze, polityce - i tym, jak opisywali w latach 30. Hitlera, jako żałosnego i śmiesznego pajaca. A zatem mam świadomość różnych zagrożeń. Pomijam już to, że jako ojcu dwójki dzieci w ogóle zmieniło mi się podejście do życia.

To przy okazji: chciałbyś, żeby Twoje dzieci w szkole dowiadywały się o seksie i seksualnych orientacjach, co wynika z podpisanej przez prezydenta Trzaskowskiego karty LGBT+?
Oczywiście, że tak. Ostatnio przyszedł do mnie mój synek, lat 7 i spytał, kto to są geje. Od razu zapytałem, skąd mu to pytanie przyszło do głowy. Odparł: „Widziałem w telewizji”. Powiedziałem: „My z mamusią się kochamy, ale czasem jest tak, że pan kocha pana, albo pani panią i to są właśnie geje”. Powiedział „aha” i poszedł. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.

Wracając do Twojej książki - sporo w niej jest twojego temperamentu społeczno-politycznego. Ale mnie najbardziej podobały się te felietony, które nie traktują o polityce. Tylko o życiu. Na przykład historia o czterech dżentelmenach, którzy spotkali się w restauracji „Pod Samsonem”. Bardzo smakowita opowieść.
O tak, to jest samo życie. Teraz jestem w trasie promocyjnej i na spotkaniach autorskich widzę, że tego typu historie poprawiają ludziom nastrój. To mnie najbardziej cieszy. Albo kiedy piszą mi, że mieszkają co prawda na wsi albo w małym miasteczku, ale w tym, co piszę, czy o dzieciach, czy o piłce nożnej, czy o spotkaniu starszych panów w restauracji, oni widzą swoje życie i jest im przyjemniej. Dla mnie nie ma nic lepszego nad te słowa.

POLECAMY W SERWISIE POLSKATIMES.PL:

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie