Marcin Kwieciński: Z czasem nie wygrasz, ale możesz nim świadomie gospodarować

Anita Czupryn
Anita Czupryn
mat. pras.
Ludzie od zawsze zastanawiali się, jak coś zrealizować. To naturalne – jeżeli chcemy cokolwiek osiągnąć, mieć jakiś efekt, to potrzebujemy po pierwsze zaprojektować przyszłość i odpowiedzieć sobie na pytanie, jak chcielibyśmy, aby ta nasza przyszłość docelowo wyglądała – mówi Marcin Kwieciński, ekspert produktywności, autor projektu “Ogarnij Chaos”.

Udało Ci się wygrać z czasem?

Co rozumiesz przez słowa „wygrać z czasem”?

Rozumiem to w taki sposób, że na wszystko mam czas. Mam czas na pracę i na przyjemności. Na spotkania ze znajomymi. Nie powtarzam ciągle, że mam tyle rzeczy do zrobienia, więc nie mam czasu i gonię w piętkę.

Jasne. Moja odpowiedź brzmi: nie, nie udało mi się wygrać z czasem, ponieważ to jest niemożliwe. Nie jest możliwe, by na wszystko mieć czas.

Możliwe jest w takim razie tak zarządzać swoim czasem, aby być szczęśliwym?

Jak najbardziej. Kluczem jest tutaj świadome gospodarowanie czasem; uświadomienie sobie, że w ciągu jednej doby mamy do wykorzystania 86 tysięcy 400 sekund. Ani mniej, ani więcej.

Percepcja mi siada przy takich liczbach. Jak ocenić – to mało, czy dużo czasu?

Każdy powinien sobie sam odpowiedzieć na to pytanie. Natomiast mamy pewność co do jednego: na wszystko, co chcielibyśmy zrealizować, czasu nam nie starczy. Zwłaszcza, że dziś żyjemy w czasach nadmiaru możliwości. Nie jesteśmy w stanie zrealizować wszystkiego, co sobie wymyślimy. Nie wykonamy wszystkich zadań, nie zrealizujemy wszystkich projektów, nie spełnimy wszystkich marzeń. Nie jesteśmy w stanie utrzymać wszystkich pomysłów na życie. Podobnie, jak nie damy rady pielęgnować wszystkich relacji z ważnymi dla nas osobami, nie jesteśmy w stanie obejrzeć wszystkich seriali na Netflixie czy Amazonie. Myślę, że osoby, które świadomie gospodarują swoim czasem, oswajają perspektywę "nie zrobię wszystkiego”, jak i to, że zawsze będzie coś do zrobienia. To, myślę, jest fundamentalne w rozpoczęciu optymalizacji swojego działania – stanąć w prawdzie, że na wszystko czasu nam nie starczy.

Co więc wybrać? Na co się zdecydować? Na co, w pierwszym rzędzie, powinno nam starczyć czasu? Podskórnie czuję, że tu zaczyna się problem.

Rzeczywiście. Nie odpowiem na pytanie, na co powinno starczyć czasu, bo jest to praca domowa, którą każdy człowiek będzie odrabiał samodzielnie, co najwyżej słuchając podpowiedzi czy porad. Jeżeli popatrzymy na to z punktu widzenia zawodowego, to musimy przede wszystkim zadbać o to, co jest trzonem naszej pracy. Każdy zawód posiada ten tak zwany trzon. Jest nim działalność prowadząca do takich efektów, na których nam zależy. I tak na przykład w pracy grafika to będzie przede wszystkim tworzenie różnych, odpowiednich grafik. W pracy copywritera to będzie głównie przygotowywanie tekstów. W pracy specjalisty do spraw marketingu to będzie realizacja kampanii marketingowej. W pracy menadżera – realizacja strategii. Długo można by wymieniać.

Ale człowiek nie żyje tylko pracą.

W obszarach pozazawodowych potrzebujemy zdefiniować, na co ma nam tego czasu starczyć. No, bo jeśli na wszystko nie starczy, to osoby wysoko produktywne bardzo świadomie wybierają i określają, na co chciałyby, aby im tego czasu wystarczyło. Ludzie różnie tu sobie odpowiadają. Jedni mówią: „Ma mi starczyć na moje pasje”. Inni mówią, że oprócz pasji, dla nich są ważne relacje. I definiują, jakie relacje są dla nich nadrzędne. Bardzo ważne jest też to, żeby zadbać o siebie, bo czasami przy przepracowaniu, kiedy realizujemy wiele zadań i utrzymujemy bardzo dużo różnych relacji, zapominamy zadbać o siebie. W dziedzinie produktywności przyjmuje się, że jeżeli układamy priorytety, to zaczynamy od trzech perspektyw: co to znaczy, że zadbam o siebie, co to znaczy, że zadbam o ważne dla mnie relacje i co to znaczy, że zadbam o ważne aktywności (zawodowe i pozazawodowe).

Co to więc znaczy, na przykład, zadbać o siebie? Muszę znaleźć czas na dentystę?

W przypadku zadbania o siebie patrzymy na cztery obszary. Obszar pierwszy to zadbanie o moje ciało. Czyli, co robię dla siebie w tym fizycznym sensie obejmującym zdrowie, kondycję, ruch, wygląd. Kolejny obszar to zadbanie o rozwój intelektualny, umysłowy – czyli co robię, żeby się rozwijać, jak mam poszerzać swoją wiedzę, w jaki sposób chcę myśleć. Następny obszar to rozwój emocjonalny, na który składa się wszystko to, co się wiąże z emocjonalnym dobrostanem, a inaczej mówiąc – poczuciem szczęścia. No i jest jeszcze duchowość, która w holistycznym modelu produktywności też jest uwzględniona.

Zaraz, zaraz. Czy to znaczy, że dbanie o ciało powinno być na pierwszym miejscu? Jest ważniejsze niż dbanie o rozwój intelektualny? Znam ludzi, którzy powiedzą, że mają gdzieś dbanie o siebie w fizycznym sensie, bo ważniejsze dla nich jest dbanie o intelekt. Inni natomiast – że dbanie o duchowość. Nie jest to więc kwestia podjęcia decyzji i ustanowienia takich a nie innych, indywidualnych priorytetów?

Nie określałbym, co z tego miałoby się znaleźć na którym miejscu, natomiast z pewnością powiedziałbym, że są to obszary równorzędne, a priorytety zmieniają się na danym etapie życia i kariery. Jeżeli na przykład zaczniemy chorować, to wtedy zdrowie stanie się priorytetowe, ale jeżeli regularnie utrzymujemy nasze ciało w pewnej sprawności, a zaniedbaliśmy rozwój intelektualny, to wówczas priorytetem będzie rozwój intelektualny. Myślę, że na pewno warto przypominać, że zadbanie o siebie powinno być priorytetowe. Zdarza się bowiem, że czasami idziemy w kierunku dbania o innych, dbamy o różne zobowiązania, a zapominamy zadbać o siebie.

Zgadza się. Ale z drugiej strony – w dzisiejszym świecie dużo mówi się o ludzkim egoizmie, o tym, że ludzie myślą tylko o sobie. Może wcale nie potrzeba tak się nad sobą skupiać i sobą przejmować? A Ty namawiasz, aby myśleć o sobie.

Wiesz, to jest tak, jak z tankowaniem samochodu – żeby jeździć samochodem to muszę regularnie jeździć na stację benzynową, żeby zatankować, bo inaczej silnik przestanie pracować. Podobnie jest z człowiekiem – jeżeli nie zadbam o siebie, to będzie mi bardzo ciężko dbać o wszystkie inne zobowiązania. Dramat dzisiejszych czasów polega na tym, że trzeba zacząć ludziom o tym przypominać, bo w codziennym zabieganiu po prostu o tym nie pamiętamy.

Zanim porozmawiamy o tym, jak uczynić swoje życie szczęśliwe, czy jak zaplanować sobie szczęście, hodować ogród marzeń, jakkolwiek to nazwać, muszę Ci coś wyznać. Kiedy słyszę takie słowa jak: cele, priorytety, sukces, motywacja, realizacja, robi mi się niedobrze. I założę się, że nie tylko mnie. Rażą mnie te korporacyjne terminy, które nagminnie przenosimy do naszego prywatnego życia. Tak powinno być?

Nie wiem, czy tak powinno być. To są narzędzia. Chodzi o to, aby nie przesadzić z ich używaniem. Ale warto też pamiętać, że te wszystkie terminy wzięły się z życia, a często z filozofii i zostały spopularyzowane w korporacjach. Stąd dziś mówimy, że to takie korporacyjne. Ludzkość zawsze zastanawiała się, do czego dąży. Już w dawnych czasach znano termin planowanie. Największe cuda świata nie powstałyby, gdyby ludzie nie umieli planować. Od zawsze też ludzie zastanawiali się, jak coś zrealizować, choć może inaczej to nazywali. To naturalne – jeżeli chcemy cokolwiek osiągnąć, mieć jakiś efekt, to potrzebujemy po pierwsze zaprojektować przyszłość i odpowiedzieć sobie na pytanie, jak chcielibyśmy, aby ta nasza przyszłość docelowo wyglądała. Niektórzy mówią i brzmi to może korporacyjnie – potrzebujemy stworzyć wizję przyszłości. Ale chodzi o to, aby wytworzyć obraz tego, do czego dążymy. Na tym polega projektowanie przyszłości. Po drugie – potrzebujemy to zaplanować. Czyli odpowiedzieć sobie na pytanie, jak przemieścić się pomiędzy dniem dzisiejszym do tego zdefiniowanego kierunku. Wytyczyć trasę. No i po trzecie w końcu potrzebujemy to realizować i to w taki sposób, że albo dzień w dzień, albo tydzień w tydzień przybliżamy się do tego naszego obrazu przyszłości. Najlepiej zgodnie z planem.

Cher, znana amerykańska piosenkarka i aktorka powiedziała raz: „Najpierw zastanów się, co najbardziej chciałbyś robić. A potem zacznij to robić”. Gdyby to jeszcze było takie proste. Na dodatek coraz częściej spotykam ludzi, którzy nie mają żadnych aspiracji, ambicji, tylko po prostu chcą żyć.

Warto by zadać pytanie: co dla ciebie znaczy, że żyjesz? Masz kompletne, spełnione życie? Pewnie każdy odpowie na to inaczej. I właśnie odpowiedź na pytanie „Po czym poznasz, że twoje życie jest wyjątkowo dobre dla ciebie”, jest odpowiedzią o aspiracje.

Wiele osób, przynajmniej spośród tych, które znam, wolałoby się nie zagłębiać w próbę odpowiedzi na to pytanie, ze strachu przed wpadnięciem w depresję. Nie realizują celów i ich życie zdaje im się beznadziejne. Nie wiedzą, dokąd idą, nie mają osiągnięć, a jeśli jakieś się pojawiają, to wydaje im się, że zupełnym przypadkiem.

Rozumiem. Wydaje mi się, że należy tu rozdzielić dwie rzeczy. Pierwsza – to emocje, które się pojawiają. Rzeczywiście, jeśli dojdziemy do odpowiedzi, że chcemy osiągać to, na czym nam zależy, to uświadomienie sobie tego, że za bardzo nie wiem, o co mi chodzi, może na początku powodować duży dyskomfort emocjonalny. To sytuacja, w której człowiek niejako budzi się i mówi, że nie wie, dokąd zmierza. Pyta siebie: „O co mi w życiu chodzi”? Albo, jak powiedziałaś, zastanawia się, co lubi robić. Ten emocjonalny dyskomfort trzeba w jakiś sposób oswoić. Jedni powiedzą: „Do niczego mi to nie jest w życiu potrzebne” – i to też będzie w porządku. A inni powiedzą: „Chcę coś z tym zrobić i jakoś to nazwać”. I włożą trochę energii w to, żeby to nazwać. Ale jest tu jeszcze, jak zapowiedziałem, druga kwestia. Dotyczy ona tego, że człowiek w danym momencie może w ogóle nie mieć przestrzeni na myślenie o takich tematach. Często jest tak, że kiedy ktoś ma bardzo dużo rzeczy do zrobienia, to powiedzenie mu: „Weź usiądź, zastanów się, o co ci w życiu chodzi” będzie dla tej osoby czymś abstrakcyjnym, wręcz absurdalnym.

Zwłaszcza, że on musi gasić pożar, albo naprawiać elektrykę, bo poszła mu faza w domu, czy też sąsiad zalał mu mieszkanie.

Otóż to. W czasie ogarniania chaosu pierwsze co robimy, to bierzemy się za bieżące zobowiązania. To oznacza, że nie zastanawiamy się w takiej chwili nad tym, dokąd chcemy dojść i na czym nam zależy, tylko najpierw zatrzymujemy się i mówimy: „OK, zróbmy inwentaryzację wszystkich moich zobowiązań, wszystkich zadań, jakie mam do zrobienia. Czy one w ogóle są w stanie zmieścić się w moją dobę?” Może się bowiem okazać, że mamy zobowiązania, które wymagają 300 godzin pracy w miesiącu, a praca na etacie wynosi przecież miesięcznie około 160 godzin. Sprawdzenie, że taka liczba zobowiązań praktycznie się w dobie nie mieści, jest punktem wyjścia do ogarnięcia chaosu. Nie zawsze jest konieczność stawiania sobie wielkich filozoficznych pytań o najważniejsze, życiowe sprawy. Zaczynamy od tego, co właściwie mamy do zrobienia.

Czyli od konkretów.

Właśnie. Przechodzimy więc od myślenia w stylu: „Wydaje mi się, że mam za dużo pracy”, do myślenia: „Mam 40 otwartych zobowiązań, z czego 10 idzie w porządku, 15 jest zagrożonych, a pozostałych 15 w ogóle nie idzie.”.

Zatrzymajmy się przy tych cholernych zobowiązaniach. Czytałam na blogu, który prowadzisz, że jeśli o nie chodzi, to masz dla nich całą drogę: najpierw przyjmujesz zlecenie, następnie analizujesz, w końcu podejmujesz decyzję o realizacji. Wydaje mi się, że już na etapie przyjęcia zlecenia, podejmujesz decyzję, że go przyjmujesz do realizacji właśnie. A zważywszy na to, ile mamy dziennie próśb, telefonów, słowem tego, że wiecznie ktoś coś od nas chce, to naprawdę można oszaleć.

Wielu ludzi ma takie przekonanie: jeśli ktoś przychodzi do mnie z jakąś sprawą, to muszę rzucić wszystko, co w tej chwili robię, żeby zająć się tą nową sprawą. Warto tu uświadamiać ludzi, że po pierwsze nie musimy niczego rzucać. Możemy powiedzieć: „Przyjdź do mnie za dwie godziny i wtedy o tym porozmawiamy, bo teraz chcę dokończyć to, co robię” i to jest profesjonalna odpowiedź. A po drugie, nawet jeżeli już zaczynamy rozmawiać o tym, co jest do zrobienia, bo ktoś przychodzi i mówi: „Czy mógłbyś przygotować dla mnie taki dokument”, albo: „Czy mógłbyś zrobić dla mnie zakupy”, to my też mamy prawo powiedzieć: „Zastanowię się nad tym i wrócę do ciebie z informacją, kiedy to mogę zrobić”. Wcale nie musimy rezygnować ze wszystkiego, co w danej chwili robimy, tylko dlatego, że ktoś przyszedł i powiedział: „Chcę czegoś od ciebie”. Swoich klientów uczę takiego myślenia: „Jeśli ktoś do ciebie przychodzi z jakąś sprawą, to w istocie, niezależnie w jakiej formie to powie, komunikuje ci: „Chcę wynająć twój mózg do wyprodukowania pewnego efektu”. Ale jak ten efekt wyprodukujemy, zależy od tego, jak to sobie wynegocjujemy i ustalimy. Oczywiście, w sytuacji zagrożenia życia nie będzie dyskusji. Jeżeli ktoś powie: „Pali się, trzeba ewakuować budynek”, to nie dyskutujemy, tylko przystępujemy do gaszenia pożaru. Później będziemy się martwić stratami. Ale jeżeli ktoś przychodzi i mówi: „Potrzebuję, żeby przygotować taki dokument”, to możemy zadać pytanie: „Na kiedy go potrzebujesz? Czy będzie w porządku, jeśli zrobię to za tydzień”? Słowem, możemy wejść w tryb negocjacji, analizy i umówienia się, kiedy coś zrobimy.

Czasem prośby, z jakimi przychodzą do nas ludzie, nawet nie z pracy, nawet nie bliscy znajomi, graniczą z bezczelnością: „Zrób mi to, czy tamto, bo jesteś na miejscu i masz czas”. Raz znajoma spoza Warszawy zapytała, czy nie zrobiłabym bibliografii do jej pracy magisterskiej, co dla mnie wiązało się ze ślęczeniem w bibliotece. Nie mam pojęcia, jak ludzie wpadają na pomysł, żeby na kogoś zrzucić swoje obowiązki.

Nie oceniałbym, że to jest bezczelność. Po prostu ktoś ma jakąś prośbę i próbuje zaspokoić jakąś swoją potrzebę. Jeśli mamy z kimś jakąś relację, to i my możemy przyjść do tej osoby i powiedzieć: „Słuchaj, mam taki kłopot, czy mógłbyś mnie w tym wesprzeć?” A jeśli jestem czyimś szefem, to mogę wręcz powiedzieć: „Jest do zrobienia taka rzecz”. To, że ktoś do nas przychodzi z jakimś zleceniem jest jak najbardziej w porządku. Natomiast ważne jest w tym wszystkim, żeby zadbać o siebie. Można odpowiedzieć: „Słyszę, że to jest dla ciebie trudna sytuacja, ale ja w tym tygodniu mam już zaplanowane to i to. Co moglibyśmy zrobić, żeby jakoś ci pomóc?” Ale nie będzie się to odbywało w taki sposób, że teraz rzucę wszystko, aby to robić. To jest właśnie ten element negocjacji. Możemy się umówić: „Mogę to dla ciebie zrobić, ale najwcześniej za dwa tygodnie. Czy to jest dla ciebie ok?” A czasem należy powiedzieć wprost: „Jest to dla mnie nierealne do zrealizowania, bo teraz mam inne zobowiązania”. Tu przypomnę też, że nie zawsze należy się tłumaczyć.

Ale w związku z tym, że życie jest żywe, to w żywym życiu wydarzają się niezaplanowane, nieoczekiwane i wydarzenia. Czasem mogą one być przyjemne. Na przykład dostajesz maila: „Szanowny Panie Marcinie, zapraszamy na wyjazd integracyjny na Sycylię. Zbiórka na lotnisku za dwa dni”. Żeby skorzystać z tak atrakcyjnego wyjazdu, też musiałbyś rzucić wszystko, czym się zajmowałeś i co masz do zrobienia.

Polemizowałbym z tym, czy musze wszystko rzucić. To, że się pojawia jakaś szansa, a dziś takich szans pojawia się kilkanaście, albo kilkadziesiąt dziennie, ponieważ, jak wspomniałem, żyjemy w czasach nadmiaru możliwości, nie znaczy, że ja muszę poświęcać im uwagę. Mogę powiedzieć: „Fajnie, ale ja w tym momencie nie chcę jechać na Sycylię, bo dwa tygodnie temu wróciłem z urlopu i nie potrzebuję jechać na kolejny”. Pierwsza rzecz, to uświadomienie sobie, że nie muszę reagować na wszystkie szanse, które się pojawiają. Ale mogę. Jeżeli uznam, że ta oferta jednak jest dla mnie istotna, to mam do podjęcia decyzję, czy robię to, co sobie zaplanowałem, czy zmieniam te plany. Ponieważ wolność polega na tym, że mimo posiadania planu, mogę go zmienić w każdym momencie. Wiele osób unika planowania, bo wydaje im się, że jak już zaplanują coś, to się usztywnią i stracą wolność. A to w ogóle nie na tym polega. Jeżeli sobie planuję, to żeby zwiększyć prawdopodobieństwo, że coś się wydarzy. Jeżeli natomiast pojawi się coś, co uznam, że jest ważniejsze od moich planów, coś dla mnie istotniejszego, niż to co wcześniej zaplanowałem, to na tym właśnie polega wolność, że mogę w każdej chwili z tego zrezygnować. Trochę tak, jak w filmie „Gorączka”, gdzie główny bohater miał swoją maksymę życiową: „Planuj na lata, bądź gotów, by spakować się w pięć minut”. Czyli mimo robienia planów, warto się do nich nie przywiązywać. One też są jedynie narzędziem do tego, żeby coś sprawniej osiągnąć.

Tak, tak, ale chciałam tu zwrócić uwagę na podejmowanie decyzji. Jak w tym świecie nadmiaru, jak to nazywasz, wybierać i podjąć taką decyzję, która w krótkiej czy dłuższej przyszłości zaowocuje. Kto wie, może decydując się na wyjazd na Sycylie, poznasz kogoś albo zainspirujesz się czymś, co zmieni Twoje życie na lepsze, albo popchnie je w pożądanym kierunku?

Tu znów wracamy do projektowania przyszłości. Żeby podjąć decyzję i uznać, co jest dla mnie naprawdę ważne, musze mieć pewien punkt odniesienia. A punktem odniesienia są moje aspiracje i moje wartości. Ponieważ to aspiracje mówią mi, gdzie chciałbym być za jakiś czas – za rok, dwa czy trzy. Krótko mówiąc, jak bym chciał, aby wyglądała moja przyszłość za jakiś czas. W momencie, gdy pojawia się szansa, to zastanawiam się czy ta szansa, która właśnie się pojawia, przybliży mnie do moich aspiracji, czy raczej mnie od nich oddali. Podobnie z wartościami. Czy będzie w zgodzie z tym co dla mnie ważne, czy przeciw temu. Po to więc projektujemy, żeby mieć taki filtr – czy to, co się pojawia istotnie wpływa na to, co chcę osiągnąć w bliższej czy dalszej perspektywie. Jeśli tego filtru nie mam, to wówczas podejmowanie decyzji jest bardzo trudne. Przy czym warto pamiętać, że są różne techniki podejmowania decyzji. Są osoby, które podchodzą do tego w sposób intuicyjny. Mają tak rozbudowaną intuicję, że od razu wiedzą: „To nie jest mi potrzebne. Mam nosa i wybieram właściwie”. Tylko, że takich ludzi jest bardzo mało. Choć z badań nad mózgiem wiemy, że intuicję można kształtować. Jeżeli znajduję czas na świadomą refleksję i myślenie o przyszłości i wyciągam wnioski z tego, co się dzieje, to okazuje się, że moja intuicja działa lepiej. Bardzo dobrze rozwinięty proces podejmowania decyzji mają na przykład jezuici. Nazywają to rozeznawaniem, z uwzględnieniem wymiaru umysłowego, emocjonalnego i duchowego. Można więc i w ten sposób sobie pomóc. Metod podejmowania decyzji jest dużo, a każda z nich daje nam jakieś wskazówki, na co zwrócić uwagę. Ale trzeba też pamiętać, że życie co do zasady jest trudne.

I bywa opresyjne.

Wybieranie jednego oznacza, że rezygnujemy z czegoś innego. I z tym, wydaje mi się, jest też duży kłopot. Dzisiaj jest nam bardzo trudno rezygnować z pewnych rzeczy.

Znana zasada: chcę zjeść ciastko i mieć ciastko.

Dlatego między innymi łapiemy się wszystkiego. Nie chcemy wkładać wysiłku emocjonalnego i zrezygnować czy odciąć się od tego, co nam nie pasuje.

A przecież już nawet małe dziecko wie, że bez pracy nie ma kołaczy, a żeby coś osiągnąć, to trzeba włożyć w to wysiłek. Złuda polega na tym, że życie bierzemy za zabawę i korzystamy z tego, co łatwe i przyjemne.

Tu dochodzimy do filozofii życiowej i sytuacji życiowej, w jakiej jesteśmy. Jeśli jesteśmy w takiej sytuacji, że stać nas na to, żeby nic nie robić, czyli mamy zabezpieczoną przyszłość i możliwość funkcjonowania, albo posiadamy tak dużą wolność, że niczego do życia nie potrzebujemy; co życie przyniesie to z tego korzystamy – to wtedy faktycznie nie musimy robić nic. Jeżeli jednak uznamy, że z jakichkolwiek powodów osiąganie efektów jest dla nas ważne, to wtedy okaże się, że wszystkiego nie jesteśmy w stanie zrobić. I tu rodzi się pytanie, z czego zrezygnujemy i co wybierzemy. Niestety, jeżeli mówimy o osiąganiu efektów, bo tym się zajmuje produktywność – dziedzina wiedzy dla ludzi, którzy chcą osiągać efekty – to zasada, że bez pracy nie ma kołaczy jest nadal aktualna. Ale i tu nie możemy przesadzić. Zdrową metodą planowania jest planować tylko 60 procent swojego czasu. Nie 100 procent. Zawsze przecież może zdarzyć się coś nieprzewidzianego albo pojawią się szanse, które będziemy chcieli wykorzystać.

Marcin Kwieciński – ekspert produktywności, autor projektu “Ogarnij Chaos”. Pomaga pracownikom umysłowym wyjść z przepracowania, aby mogli się cieszyć życiem którego pragną. Uczy jak osiągać cele pracując mniej. Z jego usług korzystają najbardziej nowoczesne firmy, którym zależy na zapewnieniu swoim pracownikom równowagi życiowej oraz komfortu pracy w drodze do ambitnych celów, m.in: Microsoft, Citibank, PGE, BNP Paribas, Orange, PwC. Prowadzi blog o nowoczesnych metodach produktywności.

Ten program to kuźnia wokalnych talentów

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Można było krótko w dwóch, trzech zdaniach jak zawsze przy wyjątkowo ważnych tematach.

Z czasem nie wygrasz ale jak ograbisz naród z jego majątku to zaoszczędzisz go mnóstwo na dorabianie się i ogarniesz chaos biedy w kilka dni.A potem żyjesz jak byś miał wieczność przed sobą i nic ci z tymi miliardami nie jest straszne. Nawet spokojne ślamazarne projektowanie jeszcze bardziej świetlanej przyszłości.

Dodaj ogłoszenie