Marcin Duma: Wyimaginowana klasa średnia realnie zmienia polskie społeczeństwo i politykę

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Adam Jankowski/Polska Press
Polakom zrobiło się nieco lepiej w sensie ekonomicznym, przestali walczyć o przetrwanie od pierwszego do pierwszego i to już wystarczyło, by masowo poczuli się członkami klasy średniej. To oczywiście nieporozumienie - ale w ślad za nim idą realne przemiany postaw i aspiracji Polaków - mówi Marcin Duma, szef IBRiS

Podobno IBRiS odkrył, że Polska stała się krajem dobrobytu i społeczeństwem klasy średniej?
Dobre! A kto tak mówi?

Całkiem ważny polityk. Jego kolega był na pańskiej prezentacji na Forum Ekonomicznym w Karpaczu i potem tak to sobie mniej więcej opowiedzieli na jakimś spotkaniu.

Oj, to musiała być jakaś grubsza impreza, bo tej interpretacji nie da się obronić.

Spróbujmy więc im pomóc. W Karpaczu przedstawił pan wyniki badań, z których wynika, że aż 72 procent Polaków identyfikuje się obecnie z klasą średnią - wcale niekoniecznie w jakimkolwiek powiązaniu z realiami dotyczącymi ich jednostkowej kondycji materialnej. Jak to właściwie możliwe?

Mniej więcej to samo, co z tego ostatniego badania wynika również z całego projektu badawczego, który prowadziliśmy przez około 20 miesięcy. Znamy wyjaśnienie - bierze się to stąd, że w ciągu ostatnich kilku lat w życiu znacznej części Polaków dokonała się istotna zmiana ekonomiczna, która miała ogromny wpływ na ich nastroje społeczne. To wynik działania wielu różnych czynników, zarówno stałego wzrostu gospodarczego notowanego w Polsce już od dekad, jak i wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, czy wreszcie transferów socjalnych, o czym szerzej za moment. W efekcie Polacy, którzy dotąd gonili, i gonili, by jakoś związać koniec z końcem, zyskali całkiem realne poczucie, że zaczęło im starczać do przysłowiowego pierwszego i że stać ich na to, i na owo, w tym na rzeczy, które uważają za atrybuty nieco lepszego życia.

POSŁUCHAJ PODCASTU O WYIMAGINOWANEJ KLASIE ŚREDNIEJ:

Co to za rzeczy?

Wakacje. Jakieś oszczędności, które można przeznaczyć na większy zakup - z naszych badań wynika, że odsetek Polaków deklarujących, że takowe posiadają znacząco się w ostatnich latach zwiększał. Ale także choćby ubiór.

W jakim sensie? Warszawa zaraz zacznie wyglądać jak Mediolan?

Nieee, nie chodzi o to, że Polacy chcą się teraz ubierać w świetnie dopasowane garnitury. Ważną rolę odgrywają raczej koszulki czy buty określonych marek uważanych za na tyle drogie, czy też nietanie, że mogą sobie na nie pozwolić ludzie o określonym statusie.

Dlaczego akurat buty i koszulki?

Żeby było widać. Żeby był to jasny sygnał - mnie stać, ja już przynależę do tego lepszego świata, o którym wcześniej wszyscy tyle marzyliśmy. Ja coś w życiu osiągnąłem. Ludzie zdecydowanie chcą się tak czuć - i coraz częściej się tak czują. Właśnie dlatego tak łatwo identyfikują się z klasą średnią. Podkreślmy po raz kolejny, że jest to ich subiektywne odczucie - autoidentyfikacja.

No dobrze, a czy Polacy w ogóle wiedzą, co to jest klasa średnia?

Powiedzmy, że mają na ten temat określone wyobrażenia.

A czy są one zbieżne z którąkolwiek socjologiczną definicją klasy średniej?

Oczywiście, że nie.

Klasa średnia to pewnie dla nich „ci, co mają średnio”?

Dokładnie tak. To ci, którzy zarabiają „nie za dużo i nie za mało”, ci, „którym starcza” - to są właśnie najczęściej powtarzające się wyobrażenia na temat tego, czy ma być klasa średnia. Chodzi o osiąganie dochodów, które pozwalają na zbilansowanie domowego budżetu i płacenie na bieżąco rachunków oraz raty kredytu mieszkaniowego. Trzeba też mieć jakieś auto - z naciskiem na „jakieś”.

Oj to rzeczywiście niewiele w porównaniu z kryteriami określającymi realną klasę średnią.

Zaznaczmy tu uczciwie, że istnieje i taka kategoria ekonomiczna raczej niż socjologiczna, do której by to pasowało. OECD wyróżnia tzw. klasę średniego przychodu - a do niej kwalifikują się osoby z w wysokości od 75 do 200 procent średniego wynagrodzenia, co akurat pokrywałoby się mniej więcej z odsetkiem osób deklarujących, że czują się członkami klasy średniej

A ilu w ogóle jest w Polsce przedstawicieli realnej klasy średniej w rozumieniu socjologicznymi i ekonomicznym?

To oczywiście zależy od przyjętych kryteriów. Dość głośno było na przykład o raporcie Polskiego Instytutu Ekonomicznego, według którego do klasy średniej miało kwalifikować się nieco ponad 50 procent Polaków.

No tak, ale PIE przyjął bardzo egalitarne progi przynależności do klasy średniej - zaczynające się od 1500 złotych dochodu na członka gospodarstwa domowego. Dla mnie brzmi to jak żart, ale na użytek tej rozmowy przyjmijmy, że to są kryteria co najmniej dyskusyjne.

Niemniej nawet przy ich zastosowaniu, odsetek Polaków, którzy czują się członkami klasy średniej byłby aż o 20 punktów procentowych wyższy od odsetka Polaków, którzy rzeczywiście do tej klasy przynależą. Z kolei za najbardziej wyśrubowane kryterium przynależności do klasy średniej możemy uznać przekroczenie drugiego progu podatkowego. W takim ujęciu byłoby to mniej niż 10 procent Polaków.

POSŁUCHAJ PODCASTU O WYIMAGINOWANEJ KLASIE ŚREDNIEJ:

Według badań IBRiS przedstawicielami klasy średniej czuje się więc zdecydowanie większa liczba Polaków niż wynosi liczba tych, którzy naprawdę mogliby kwalifikować się do klasy średniej. Co właściwie wynika z tego paradoksu? Czy oto zaczyna się złoty wiek społecznego samozadowolenia z osiągniętego statusu?

Pod pewnymi względami nawet tak - bo Polacy mają w tej chwili bardzo powszechne poczucie, że na długiej drodze zaciskania pasa, dorabiania się, walki o jutro osiągnęli właśnie etap, który uznają za już zadowalający. Nie walczą o każdy kolejny miesiąc (czy nawet tydzień), mają poczucie pewnego ekonomicznego mikrokomfortu. Ale na tym zdecydowanie nie koniec. Bo zmiana ekonomicznego samopoczucia Polaków zmienia też ich hierarchie wartości i światopoglądy.

W jaki sposób?

Skoro wyglądam już jak klasa średnia i czuję się jak klasa średnia, to czy nie powinienem też myśleć jak klasa średnia? Dokładnie tak zdają się rozumować Polacy, bo ich poczucie społecznego awansu idzie natychmiast w parze z modyfikacją postaw w niektórych kwestiach światoglądowych. Pamiętajmy zaś, że poglądy klasy średniej są generalnie nieco bardziej liberalne i progresywne niż poglądy klasy niższej - mamy tu do czynienia z dobrze zarysowanym procesem adaptacji. Z naszych obserwacji wynika, że są trzy obszary, w wypadku których bardzo wyraźnie to widać - stosunek do aborcji, do związków partnerskich i do Kościoła instytucjonalnego i kleru.

Jak wygląda ta zmiana?

W kwestii aborcji widzimy bardzo wyraźną liberalizację postaw. Polacy oczekują już nie powrotu do stanu sprzed pamiętnego zeszłorocznego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, lecz znacznie szerszego złagodzenia ustawy antyaborcyjnej. Jeśli chodzi o związki partnerskie - zaakceptowaliby je bez najmniejszego problemu, jednak wciąż kręcąc nosem na postulat równości małżeńskiej. Zaś ich stosunek do Kościoła instytucjonalnego jest bardzo, bardzo krytyczny - choć nie przekłada się to na zmianę podejścia Polaków do katolicyzmu w znaczeniu samej wiary. W tych trzech kwestiach Polacy stają się znacznie bardziej progresywni niż identyfikuje to większość klasy politycznej - i ma to bezpośredni związek z poczuciem awansu klasowego i konieczności dostosowania wzorców postaw do tych rozpowszechnionych wśród klasy średniej.

No dobrze, a skoro Polacy tak gremialnie poczuli się klasą średnią, to czy ktoś znajduje się niżej od nich na tej mniej lub bardziej wyimaginowanej drabinie społecznej?
Tak, aczkolwiek ten ktoś nie do końca istnieje. Polacy stworzyli sobie społeczny artefakt „patologii” - urojonej klasy społecznej, która nie pracuje, nie daje z siebie nic pożytecznego społeczeństwu, jest leniwa i bezużyteczna, a żyje z „socjalu”, finansowanego z portfeli uczciwie pracujących Polaków. To ci mniej lub bardziej mityczni ludzie, którzy natychmiast po otrzymaniu świadczenia 500 Plus, czy wypłaty zasiłku z MOPS-u meldują się w sklepie monopolowym. Oczywiście - zaznaczmy tu, że w obrębie społeczeństwa takie osoby jak najbardziej występują, ale jest to zjawisko o wiele rzadsze, niż według obrazu utrwalonego w wyobraźni społecznej Polaków. Takich osób jest zdecydowanie za mało, by mogły tworzyć jakąkolwiek „klasę” w realnym socjologicznym znaczeniu. W wyobraźni społecznej Polaków odgrywają jednak bardzo istotną rolę - to jest właśnie ten rodzaj funkcjonowania w społeczeństwie, który miałby odróżniać to dolne piętro drabiny społecznej od wyższych pięter. W tym myśleniu oczywiście w interesie klasy średniej miałoby być bronienie się przed państwem, „wydzierającym” nam z portfeli w postaci podatków i innych danin środki na finansowanie istnienia owej „patologii”. Jest tez druga strona medalu. To jest też kwestia tego, że wbrew temu, co zwykliśmy o sobie często myśleć, Polacy są społeczeństwem, które zbudowało sobie dość wyśrubowany etos pracy. Pracujemy generalnie dłużej niż większość społeczeństw Europy, praca jest dla nas wartością samą w sobie, wciąż nie zawsze potrafimy nawet od niej odpoczywać. Z pracą - i tym czy i ile ktoś pracuje - łączymy przy tym nasze wyobrażenia na temat tego, na co zasłużyliśmy.

Pracowałem ciężko, więc jestem godzien czuć się klasą średnią?

Oczywiście. A państwo powinno dbać o mnie - bo jestem solą tej ziemi - a nie o „patologię”, nieważne, że ta „patologia” niemal nie istnieje.

Jeszcze kilka lat temu takie wyobrażenia dominowały głównie wśród wyborców liberalnej opozycji.

A teraz są powszechne i podlegają im również wyborcy PiS. Pamiętajmy, że ci wyborcy PiS także czują się już członkami klasy średniej, mają poczucie, że ich awans społeczny się dokonał i teraz należy bronić tego owoców.

Jakie są tego skutki dla Prawa i Sprawiedliwości? Przecież oferta tej partii była dotąd w mocnym stopniu oparta na transferach socjalnych teoretycznie skierowanych w pierwszej kolejności do klasy niższej?
Zacznijmy może od tego, co z perspektywy partii rządzącej jest niewątpliwym pozytywem. PiS postrzegany jest w tej chwili jako to ugrupowanie, dzięki któremu Polacy są ekonomicznie tam, gdzie są. Świadczenie 500 Plus stało się zaś rodzajem stempla, który udało się PiS-owi postawić na wszystkich skutkach długotrwałego wzrostu gospodarczego a także takich posunięć jak ustanowienie minimalnej stawki godzinowej czy dość konsekwentne podnoszenie płacy minimalnej. Choć wszystko to miało swój znaczący wpływ na wzrost dobrobytu, Polacy kojarzą poprawę swej sytuacji właśnie z 500 Plus. Zarazem jednak problemy z odbiorem społecznym programu Polski Ład pokazały bardzo wyraźnie, że część wyborców o niższych dochodach wcale nie czuje się już potencjalnymi beneficjentami tego programu. I że identyfikując się z klasą średnią ci ludzie czują się realnie zagrożeni, słysząc w mediach opinie, że program miałby właśnie w tę klasę uderzyć. Dzieje się tak w zupełnym oderwaniu od realiów - nawet wówczas, gdy jest zupełnie jasne, że dana osoba na Polskim Ładzie realnie by skorzystała.

A co z postawami światopoglądowymi, które także liberalizują się za sprawą poczucia przynależności do klasy średniej?

Czas twardego konserwatyzmu właśnie się kończy - i tu na pewno PiS skorzystałby na stopniowej przebudowie swej dotychczasowej oferty światopoglądowo-ideologicznej. Otwiera to zresztą także pewne nowe możliwości. PiS mógłby dziś bez najmniejszego problemu zrobić na przykład przykry kawał opozycji i wprowadzić ustawę o związkach partnerskich. Zaakceptowałby to nawet twardy elektorat PiS, a Platforma natychmiast znalazłaby się w trudnej sytuacji, partii, która według politycznej logiki powinna zażądać więcej - na to zaś ani jej struktury, ani wyborcy nie byłby gotowi.

Czy liberalne centrum ma powody do otwierania szampana? Masowe poczucie przynależności do klasy średniej razem z przyjęciem za własne jej interesów to chyba dobra wiadomość dla partii, która zawsze kierowała tam swą ofertę, czyli Platformy Obywatelskiej?
Pod wieloma względami tak. I na przykład dziś Platformie bardzo opłaca się grać motywami drożyzny i inflacji. Ceny wielu produktów rzeczywiście rosną, co przekłada się na to, że ten sam Polak, który właśnie poczuł się członkiem klasy średniej, zaczyna się bać, że za chwilę utraci swój nowy, tak cenny status. Bo w jego portfelu za sprawą inflacji właśnie zaczęło ubywać, a nie przybywać, jak jeszcze chwilę temu. Kolejną potencjalną słabością obozu rządzącego jest to, że zaufanie do niego i poczucie jego sprawczości zostało bardzo mocno podważone za sprawą drugiej i trzeciej fali pandemii, które nastąpiły po słynnej obietnicy Mateusza Morawieckiego, że oto „wirusa nie trzeba się już bać”. To był przykład, w którym bardzo jasno sformułowana - i bardzo wtedy wyczekiwana przez zmęczonych lockdownem Polaków - obietnica nie została spełniona. To też ułatwia dziś opozycji zarówno krytykę posunięć partii rządzącej, jak i podważanie realizmu jej obietnic. Zarazem jednak opozycja powinna bardzo ostrożnie stosować środki z palety twardego liberalizmu gospodarczego. Polskiej klasie średniej - i tej realnej, i tej wyimaginowanej - coraz bardziej podoba się bowiem państwo, które w kwestiach gospodarczych nie ogranicza się do roli „nocnego stróża” znanego z liberalnej opowieści. Wielkie znaczenie ma tu działanie kolejnych tarcz antykryzysowych w trakcie pandemii. Polacy zyskali dzięki nim poczucie, że gdy biznes przestaje sobie radzić, to jednak przydaje się ktoś, kto poda rękę temu, kto się chwieje. I że tym kimś powinno być państwo.

Wkrótce ruszą zapisy na szczepienie trzecią dawką

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.