„Mam we Wrocławiu przyjaciół. Więc do niego wracam” - rozmowa z Grahamem Mastertonem

Nadia Szagdaj
Nadia Szagdaj
"Dreszcz towarzyszący uczuciu strachu kojarzy mi się z… miłością".
"Dreszcz towarzyszący uczuciu strachu kojarzy mi się z… miłością". Nadia Szagdaj
Jest autorem popularnych horrorów, choć jak sam przyznaje nie stroni od innych gatunków literackich. Zasłynął takimi tytułami jak „Manitou” czy „Zwierciadło Piekieł”. W Polsce urzekły go gościnność i ciepłe przyjęcie fanów. Graham Masterton opowiada o swoich kontaktach z Wrocławiem i planach na przyszłość. - Nie wykluczone, że tu zamieszkam – mówi.

Wybrał Pan horror jako gatunek literacki. A może… było na odwrót? Może to horror wybrał Pana na przedstawiciela gatunku?

Zacząłem od czytania horrorów i to już w wieku ośmiu lat. Szczególnie ukochałem sobie Edgara Allana Poe. Zaczytywałem się w jego historiach. Wtedy też zacząłem pisać własne, które potem czytałem kolegom, w szkole, podczas przerw. Wokół nas jest tyle strasznych historii. A ja nigdy nie stroniłem od dosłownych opisów. Można więc powiedzieć, że moje historie są próbą oswojenia strachu. Pomagam innym oswoić ich lęki.

No właśnie, odnośnie do rzeczywistości. Przecież jest Pan także dziennikarzem.

Kiedy moi rodzice się przeprowadzili, a ja zmieniłem szkołę, Szekspir przestał być dla mnie atrakcyjny. Suzan, Jennifer i inne dziewczyny stały się o wiele ciekawsze niż nauka. Pewnego dnia dyrektor wezwał mnie do siebie, by zauważyć, że nie przykładam się do lekcji. „Lepiej odejdź” – powiedział. Więc odszedłem i przez jakiś czas pracowałem w sklepie z warzywami. Do tej pory umiem ładnie zapakować pomidory. Zostałem nawet kierownikiem warzywniaka, ale nie kręciła mnie kariera sprzedawcy warzyw. Łut szczęścia sprawił, że lokalna gazeta szukała reportera - praktykanta, którym zostałem mając lat siedemnaście. Wtedy właśnie napatrzyłem się na horrory z życia wzięte. Najgorszy widok, jaki pamiętam to mężczyzna, którego pociąg przeciął na pół. I mimo to, wciąż był przytomny! Rozmawiał z lekarzami z pogotowia, uśmiechał się, żartował. Jego mózg jeszcze nie zanotował tego, co się stało. Pamiętam, że wtedy pomyślałem, że sam nie wymyśliłbym takiej historii. A ona przecież była prawdziwa.

Więc życie pisze najlepsze scenariusze?

Oczywiście. Nie muszą być krwawe, ważne by były autentyczne. Myślę, że pomagają ludziom radzić obie ze stresem w życiu. Szczególnie że gdy zaczynamy czytać horror, wiemy, ze bez względu na zakończenie, my, czytelnicy, jesteśmy bezpieczni. To pomaga nam oswoić lęki.

To już dziesiąty raz, gdy odwiedza Pan Wrocław. Podoba się Panu to miasto?

Bardzo, choć musiałaby Pani zobaczyć ten hotel (Art Hotel – przyp. ns), kiedy odwiedziłem miasto po raz pierwszy, w latach 70-tych. Strasznie śmierdział papierosami. Teraz jest oczywiście wspaniały. Tak naprawdę jeździłem po całej Polsce, ale Wrocław lubię szczególnie. Mam tu przyjaciół, więc do niego wracam.

A teraz dodatkowo planuje Pan małe tournée po miejscowościach wokół miasta?

W tym tygodniu są nimi Wiązów, Prusice i Malczyce. Uwielbiam entuzjazm, z jakim czytelnicy w Polsce podchodzą do takich spotkań.

Czyli Polska czyta horrory?

Oczywiście, tu czyta się ich bardzo dużo, podczas gdy na przykład w Niemczech prawie w ogóle.

Wróćmy do Wrocławia. Wkrótce będzie Pan tu miał własnego krasnala, Mastertonka.

Bardzo mi to schlebia, bo wiem jaka historia stoi za pojawieniem się krasnali we Wrocławiu. Oczywiście, sekretnie marzę o posągu naturalnej wielkości. Może być na środku Rynku, na przykład [śmiech].

Wygląda na to, że coraz więcej łączy Pana z Wrocławiem...

Czuję się tu jak w drugim domu, a taki krasnal pogłębia tę więź. Rozważam przeprowadzkę do Wrocławia. Choć muszę za wstydem przyznać, że nie zdołałem nauczyć się języka polskiego.

Mimo to jest pan jurorem, a przede wszystkim pomysłodawcą dość nietypowego konkursu literackiego. Niezwykłego z tego względu, że jest on organizowany dla osadzonych w zakładach karnych.

Wymyśliłem go po wizycie w wołowskim więzieniu. W spotkaniu ze mną brało udział stu osadzonych. Pamiętam, że spotkanie zacząłem słowami: nie cierpię ludzi, którzy używają narkotyków. Popatrzyli na mnie groźnie. Dodałem więc, że nie cierpię ludzi, którzy używają ich jako dowodów w sprawie, albo do badań laboratoryjnych. Od razu przełamałem lody między mną, a publicznością. Potem osadzeni podchodzili do mnie, by podzielić się swoimi historiami. Pomyślałem, że gdyby je spisali, można by jakoś wyróżnić te najlepsze. Wtedy narodził się pomysł na konkurs.

To już piąta edycja, zgadza się?

Podczas ostatnich lat wpłynęło do na prawie 500 prac konkursowych. Ich selekcją zajmuje się Joanna Opiat-Bojarska. Wybiera opowiadania, które zostaną przetłumaczone, a potem wspólnie je oceniamy. Niektóre z tych historii są oszałamiające.

A co z filmem promocyjnym dla Wrocławia, który tworzy Pan we współpracy z Łukaszem Śmiglem? Podobno będzie to promocja miasta poprzez przerażające historie z nim związane? Czy to w ogóle możliwe, by w taki sposób promować miasto?

Dreszcz towarzyszący uczuciu strachu kojarzy mi się z… miłością. Dlatego sądzę, że to możliwe, by przez strach i związany z nim dreszczyk emocji, rozkochać ludzi we Wrocławiu.

Znamy decyzję w sprawie trzeciej dawki szczepionki.

Wideo

Materiał oryginalny: „Mam we Wrocławiu przyjaciół. Więc do niego wracam” - rozmowa z Grahamem Mastertonem - Gazeta Wrocławska

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Marcin Nowak
5 sierpnia, 6:27, Jozin:

zna ktoś człowieka?

Ja znam i uwielbiam

G
Gość
Jak się czyta to się zna
J
Jozin
zna ktoś człowieka?
Dodaj ogłoszenie