18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Maksymilian Rigamonti: Afganistan jest w każdym z nas. Nie jesteśmy gotowi na przyjęcie weteranów

Anita CzuprynZaktualizowano 
- Nie jestem fotografem wojennym. Zdjęciami opowiadam historie o ludziach - mówi Maksymilian Rigamonti, fotoreporter, w rozmowie z Anitą Czupryn.

Jak reagujesz, gdy słyszysz, że mówią o Tobie: fotograf wojenny?
Absolutnie się za takiego się nie uważam. Gdybym nim był, to pewnie powinniśmy rozmawiać teraz przez telefon satelitarny, a ja powinienem być w Syrii albo w innym zakątku świata, gdzie trwa jakiś konflikt. Wyjeżdżałem tylko do Afganistanu, bo wymyśliłem sobie artystyczny projekt. Jestem fotografem, który przez zdjęcia opowiada historie o ludziach.

Pięć razy jeździłeś do Afganistanu. Co Cię tam ciągnęło?
Nie o samą wojnę mi chodzi, ale o to, jak wojna wpływa na ludzi, na ich relacje. Kiedy pojechałem tam pierwszy raz, popełniłem ten sam błąd, który popełniali też inni dziennikarze czy fotoreporterzy. Koncentrowali się na newsach, relacjonowaniu wydarzeń czy oficjalnych uroczystościach, delegacjach. Dawali się uwodzić temu pierwszoplanowemu elementowi wojskowości. Nie widzieli człowieka. Ja też wpadłem w te sidła. I zobacz - od czasu misji w Iraku i misji w Afganistanie nie powstała żadna dziennikarska, reportażowa czy fotograficzna, artystyczna publikacja. Ja ze swojego pierwszego wyjazdu wybrałem jedno zdjęcie. A byłem tam trzy tygodnie. Z perspektywy czasu - jestem wdzięczny za ten pierwszy wyjazd, bo dzięki temu złapałem atmosferę.

Rozumiem, że po to, żeby nie popełnić już tego błędu nowicjusza. Każdy z wyjazdów był inny?
Różniły się diametralnie. Wszystkim.

Po co pojechałeś po raz piąty do polskiej bazy Ghazni? Znałeś już tam przecież wszystkie miejsca, uliczki, ludzi i oni cię znali.
Już za drugim razem pojechałem z pomysłem. Wiedziałem, co chcę zrobić. Chciałem, żeby to było rzetelne, ale moim zadaniem nie było tylko proste opowiedzenie o historii polskiej misji w Afganistanie. Nie wiem, czy to w ogóle możliwe. Tam, jak sama dobrze wiesz, bardzo ważną sprawą jest zdobycie zaufania. Jeśli dziennikarz to zaufanie w końcu zdobędzie, to może wymknąć się spod tej "opieki" oficjalnego wojska. Wojsko daje więc dziennikarzom możliwość wyjazdu, transport, wyżywienie, tylko czy w tym przypadku dziennikarz może być do końca obiektywny?

Wyprzedziłeś moje pytanie, bo chciałam o to zapytać - czy w Afganistanie dziennikarz lub fotograf mogą pozostać bezstronnym obserwatorem?
Pokłóciłem się o to z Marią Wiernikowską przy okazji wywiadu, jaki przeprowadzała z nią moja żona Magda. Wiernikowska uważa, że nie można relacjonować wojny, będąc po jednej ze stron, bo w to wpisana jest nierzetelność. I ona ma rację. A ja tego też nie odkryłem wczoraj, tylko kilka lat temu. Dlatego celowo odłożyłem obiektywizm na bok, bo inaczej się nie da. Jeśli gospodarz, czyli wojsko polskie, zaprasza do Afganistanu dziennikarza, to istnieje pisana czy niepisana umowa, że o pewnych rzeczach bez wglądu wojska nie informujesz. Chciałem pokazać życie polskich żołnierzy w Afganistanie i miało to być moje autorskie, artystyczne spojrzenie. To nie miała być relacja z osiągnięć Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Ciekawili mnie ludzie. To, jak żyją tam, jakie mają lęki. Teraz interesującym tematem są ich powroty do Polski. Byli kilka razy w Iraku, kilka razy w Afganistanie. Polska nie doświadczyła wcześniej powrotów ludzi z zespołem stresu bojowego, z traumami.

Twój plan był taki, aby czekać, by móc to pokazać na wystawie, której otwarcie nastąpi 3 grudnia?
Oczywiście, też. Chciałem się do tych ludzi zbliżyć. Tymczasem pracę dziennikarza, fotografa tam na miejscu wyznacza rzecznik prasowy i wszystko zależy od szczęścia - czy jesteś mniej, czy bardziej kontrolowana. Ja miałem to szczęście, że podczas tego pierwszego wyjazdu poznałem ludzi, którzy zaufali mi, przekazywali o mnie dobrą opinię kolegom i ja do nich wracałem. Płynąc na fali tego zaufania, udawało mi się trochę umknąć kontroli oficjalnego wojska.
Jak myślisz, jak zareagują żołnierze, którzy są na Twoich zdjęciach?
Fotografowałem ich w różnych sytuacjach. Intymnych, które na pierwszy rzut oka mogłyby wystawiać im złe świadectwo. Ale jeśli spojrzy się na nie głębiej, to można zobaczyć, że drugi i trzeci plan wskazuje na ich zalety.

Czy spodoba im się to, co zobaczą?
Miałem tego przedsmak, kiedy na jedną z moich wcześniejszych wystaw przyjechało siedmiu żołnierzy w galowych mundurach. Weszli do galerii, gdzie powitało ich z 300 zaciekawionych spojrzeń. Zapadła cisza. Ten świat medialno-aktorsko-cywilny nagle skonfrontował się ze światem wojska, który niespecjalnie znają i rozumieją. I jedni, i drudzy w tym momencie poszukiwali mojej twarzy, bo to ja byłem łącznikiem między tymi światami. Po chwili lody puściły, towarzystwo się wymieszało, zaczęły się fajne rozmowy. Myślę, że teraz też będzie miała miejsce podobna sytuacja. Spodziewam się różnych reakcji, ale zaprosiłem oficjalnych przedstawicieli wojska, ministra MON.

Obawiasz się ich reakcji?
Trochę się obawiam. Ale mam koronny argument - wszyscy w Afganistanie jesteśmy za publiczne pieniądze. Są sprawy ściśle tajne, ale nie wszystko może być tajne, bo wszyscy mamy prawo do informacji. A my - dziennikarze - mamy prawo je upubliczniać.

W Afganistanie było wielu dziennikarzy i fotoreporterów, którzy publikowali swoje zdjęcia stamtąd. Czego Ty sam nie chcesz już oglądać na zdjęciach dokumentujących misje?
Setne zdjęcie lecącego chinooka czy startującego apache'a, przy którym stoi oparty żołnierz z karabinem - tego nie chce się już oglądać. Ale to, jak tam żyją, jak funkcjonują - tego nie wiemy. To chciałem pokazać.

Każde zdjęcie ma historię, a każdy fotograf swoją misję. Twoja misja to tworzenie świadectwa, zatrzymanie życia w kadrze, odkrywanie tajemnic, jakie noszą ludzie, a może przez te zdjęcia chciałeś poznać samego siebie?
Nieprzypadkowo tytuł mojej wystawy brzmi "Afganistan jest w nas". Nie w nich, ale w każdym z nas - i w żołnierzach, i w dziennikarzach, i w gościach, którzy przyjdą oglądać wystawę, i w całym społeczeństwie. Już choćby dlatego, że teraz musimy przyjąć tych, którzy z Afganistanu wracają, a wcale na to nie jesteśmy gotowi. Pokazał to przypadek Włodzimierza N., który w Afganistanie opracowywał plany wywiadowcze w sztabie, nie wyjeżdżał poza bazę, a potem znaleziono go półżywego w Tatrach, z odmrożonymi kończynami.

Ciekawią mnie kulisy powstania Twojego zdjęcia i historia, jaka za nim stoi. Ale takiego zdjęcia, które Ty cenisz sobie najbardziej.
Strasznie przeorał mi psychikę pobyt na VII zmianie. Baza w Ghazni była wielokrotnie ostrzeliwana. Byłem tam prawie dwa miesiące i czterech spośród ludzi, z którymi się tam zaznajomiłem, wróciło do kraju ze straszliwymi ranami. Raz miałem trzy minuty, aby dobiec na pas startowy, skąd startują śmigłowce, aby polecieć do bazy Warrior. Lądujemy, podjeżdża karetka, wynoszą człowieka na noszach, podrywa się brezent, który go pokrywa, i rozpoznaję żołnierza, którego poznałem wcześniej. Wesoły koleś, zabezpieczał mnie, kiedy wyjeżdżaliśmy poza bazę. I nagle ma on otwartą miednicę, pęknięte kości, powybijane zęby, a na czole wymalowaną literę M. Zadałem wtedy głupie pytanie, dlaczego ma to M?

Ja wiem, dlaczego. W Afganistanie nie rozstawałam się z fiolką morfiny.
Właśnie. Dostał 20 miligramów morfiny. Ale nie wszyscy o tym wiedzą, że po podaniu morfiny trzeba to w taki sposób zaznaczyć, aby nie było możliwości przedawkowania. Nie wszyscy więc mogą zrozumieć zdjęcie, jakie mu wtedy zrobiłem.

Wracasz z Afganistanu i nagle po adrenalinie, jaką się tam karmiłeś, słyszysz: "Maks, wynieś śmieci, proszę, zajmij się dziećmi". Łatwo przeszedłeś z jednego życia do tego zwyczajnego?
Tam człowiek jest wyjęty z rzeczywistego świata. Ma gdzie spać, co jeść, ale też zagrożenie, kreatywna adrenalina, doświadczasz najróżniejszych emocji, zawierasz najsilniejsze przyjaźnie. Dzieci, kredyty, rachunki - wszystko to jest daleko. Wyjazd się kończy, wraca się do domu. I pytanie - gdzie jest to prawdziwe życie? Wejście w to życie z obowiązkami jest szokiem. Ale to tu dzieje się to prawdziwe życie.

Wystawa "Afganistan jest w nas" zamknie Twój etap jeżdżenia na wojnę?
Zdecydowanie. Wszystkie moje wyjazdy tam miały duże konsekwencje rodzinne, kosztowały mnie wiele zdrowia, również psychicznego.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie